Porzucano na pastwę zapomnienia polskie więźniarki z niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück po wojnie otrzymały pomoc z najmniej spodziewanej strony. Losem okaleczonych fizycznie i psychicznie kobiet zainteresowała się Amerykanka Caroline Ferriday.

Zdjęcie

Pomnik ofiar niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück /Cyril Bitton / Polaris /East News
Pomnik ofiar niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück
/Cyril Bitton / Polaris /East News

Współwięźniarki mówiły o nich "króle", a potem nazywano je "królikami". Z niewielkimi wyjątkami wszystkie to Polki - było ich siedemdziesiąt cztery. Czekały na wyroki śmierci, głównie za działalność konspiracyjną, ale przed egzekucją miały się jeszcze "przydać" niemieckiej armii. W jaki sposób?

W trosce o swoich żołnierzy, Wehrmacht zlecił niemieckim lekarzom opracowanie metod jak najskuteczniejszego leczenia ran w warunkach frontowych. Wszystko po to, by kontuzjowani wojskowi jak najszybciej mogli wrócić do swoich obowiązków i jak najmniej cierpieli. A - według niemieckich lekarzy - najszybsza droga do osiągnięcia efektów prowadziła przez nieludzkie cierpienie więźniarek. Inaczej bowiem nie można określić tego, co przeżyły kobiety poddawane potwornym "eksperymentom" w Ravensbrück od sierpnia 1942 roku do września 1943 roku.

Reklama

Polskie więźniarki były siłą zmuszane do udziału w "doświadczeniach", które przeprowadzano w urągających podstawowym zasadom higieny warunkach. Jak wyglądały "badania" na więźniarkach?

Niemieccy lekarze między innymi wstrzykiwali do otwartych ran na nogach kobiet bakterie, często wprowadzając w miejsce okaleczenia kawałki szkła, drewna czy metalu, "symulując" w ten sposób frontowe realia. Tak zainfekowane rany zaszywano i czekano, aż same pękną albo otwierano je mechanicznie. Rany nie były pielęgnowane, niemieccy lekarze jedynie obserwowali jak rozwijało się zakażenie.

Kolejnym "eksperymentem" było łamanie albo nacinanie kości, próbowano również przeszczepiać kości z kończyn dolnych. Z premedytacją przedwcześnie ściągano założony gips, by móc przyglądać się zrastającym się kościom. Kobiety były poddane bestialskim operacjom wielokrotnie, często nawet sześć razy. "Testy" polegały również na wycinaniu fragmentów mięśni czy nerwów. To nie były jedyne pomysły obozowych medyków. Absurdalnie i złowrogo brzmi próba leczenia duru plamistego za pomocą lewatywy z moczu kobiet będących w ciąży, ale i takie "eksperymenty" mieli na koncie lekarze z Ravensbrück.

Niemcy zupełnie nie dbali o dochodzące do siebie po operacjach więźniarki. Przebywały w dramatycznych warunkach: nieprzytomne, z wysoką gorączką, z ropiejącymi ranami, zamknięte były na klucz w sali, bez możliwości dostępu do wody czy sanitariatów. "Króliki" miały zostać później zlikwidowane tak, aby po bestialskich "eksperymentach" nie został żaden ślad.

Skutki takie traktowania mogłyby być wyłącznie tragiczne dla więźniarek - okaleczenie na całe życie było czymś najmniej dotkliwym. Miały ogrom szczęścia, że udało im się przeżyć Ravensbrück.

W jaki sposób im się to udało? Dzięki własnemu samozaparciu i heroicznej pomocy współwięźniarek, który ryzykowały życie, niosąc pomoc okaleczonym koleżankom. "Króliki" były ukrywane, potajemnie dostarczano im jedzenie, opatrywano, wreszcie organizowano numery obozowe po zmarłych więźniarkach, co pozwalał ukryć je przed niemieckimi oprawcami. Co więcej, kobietom udało się sporządzić listę okaleczonych "eksperymentami", w której zamieszczono daty "operacji" i informacje o bestialstwach obozowych lekarzy.

Wyzwolone przez Armię Czerwoną "Króliki" z Ravensbruck po wojnie ponownie zostały zranione. Z racji tego, że Polska znalazła się za "żelazną kurtyną", poszkodowane polskie więźniarki nie miały szans na otrzymanie jakiegokolwiek odszkodowania. Niemcy Zachodnie tłumaczyły pokrętnie, że to ze względu na brak stosunków dyplomatycznych z ludową Polską. Na szczęście znalazł się ktoś, kto postanowił pomóc "Królikom".

Zdjęcie

Niemal 40 tysięcy uwięzionych w niemieckim obozie koncentracyjnym w Ravensbrück stanowiły Polki /IPN
Niemal 40 tysięcy uwięzionych w niemieckim obozie koncentracyjnym w Ravensbrück stanowiły Polki
/IPN

Caroline Ferriday urodziła się w bogatej i wpływowej rodzinie nowojorskiego przemysłowca Henry’ego Ferridaya. Była nie tylko utalentowana, ale również bardzo piękna i - jak na kobietę - wysoka. Materiał na gwiazdę. W 1922 roku zadebiutowała na Broadwayu w "Kupcu weneckim", ku pewnemu zaskoczeniu nowojorskiej śmietanki bogaczy.

Jednak scena nie była jej przeznaczeniem. W połowie lat 30. zeszłego stulecie, za sprawą wielkiego zamiłowania do kultury francuskiej i języka francuskiego, Ferridaya zgłosiła się jako wolontariuszka do francuskiej ambasady w Nowym Jorku. Tymczasem nad Europą zbierały się bardzo ciemne chmury. Po agresji na Polskę, Niemcy zaatakowały Francję. Dzięki pracy w ambasadzie, Ferriday mogła zapoznać się z okropieństwami wojny tocznej na odległym Starym Kontynencie. Postanowiła działać i nieść pomoc francuskim dzieciom, których rodzice zginęli walczący w ruchu oporu albo zostali wysłani do niemieckich obozów koncentracyjnych. Taki los spotkał walczące z okupantem Francuzki, które trafiły do Ravensbrück.

To dzięki zaangażowaniu w pomoc francuskim sierotom i ruchowi oporu, Ferriday po wojnie usłyszała nazwę tego nieludzkiego miejsca i poznała szczegóły okropieństw, które Niemcy zgotowali więźniarkom z całej Europy. Najstraszniejszy wspomnianym "Królikom". O losie kobiet poddanych eksperymentom medycznym dowiedziała się właśnie od francuskich koleżanek. Stało się to już w latach 50. zeszłego stulecia.

Ferriday była zdruzgotana historią Polek, które okaleczone na całe życie, nie otrzymały wystarczającego wsparcia. Dodatkowo, gdy Ameryka pomogła japońskim ofiarom bomby atomowej, opłacając im terapię i operacje plastyczne, Niemcy Zachodnie wymigały się od odpowiedzialności argumentem o braku stosunków dyplomatycznych z komunistyczną Polską, jednocześnie płacąc odszkodowanie więźniarkom z innych krajów. Polskie "Króliki" z Ravensbrück miały być pozostawione na pastwę losu.

Amerykanka zaczęła intensywnie działać. W 1958 roku wyruszyła do Warszawy, gdzie spotkała się z ludowymi władzami Polski i zaproponowała pomoc więźniarkom w Ameryce. Tam Polki miały zostać poddane leczeniu. Komuniści wyrazili zgodę. Z inicjatywy Ferriday sprawę nagłośniono również w amerykańskich mediach.

"Caroline Ferriday ma wręcz magiczny dar przekazywania poczucia pewności siebie. Jej pierwsze dni pobytu w Warszawie nie pozbawione były trudności, ale po pewnym czasie udało się ruszyć  z projektem do przodu. Wtedy właśnie otrzymaliśmy informację, że polskie władze są chętne do współpracy, przychylnie nastawione i pełne uznania dla naszego projektu" - relacjonował Norman Cousins z magazynu "Saturday Review", który w kilku artykułach zaprezentował Amerykanom temat więźniarek z Ravensbrück. W efekcie posypały się datki od osób poruszonych dramatyczną historią Polek.

Jeszcze tego samego roku Ferriday powróciła do Warszawy, tym razem w towarzystwie doktora Williama Hitziga, który pomógł sprowadzonym do Ameryki "Pannom z Hiroshimy", japońskim dziewczynom okaleczonym wybuchem bomby atomowej. Hitzig przekazał polskim władzom deklarację pomocy ze strony amerykańskich lekarzy, a następnie przebadała "Króliki" pod kątem przyszłej terapii.

Zdjęcie

Polskie więźniarki niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück w gościnie u Caroline Ferriday (z prawej) /Connecticut Landmarks /INTERIA.PL
Polskie więźniarki niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück w gościnie u Caroline Ferriday (z prawej)
/Connecticut Landmarks /INTERIA.PL

W 1958 roku wciąż żyły 53 polskie więźniarki z Ravensbrück. Postanowiono, że do Ameryki na leczenie wyjedzie 35 kobiet. Postanowiono również odejść od określenia "Króliki" ("Lapins"), a Polkach zaczęto mówić godniej i z większą wrażliwością - "Damy" ("Ladies"). Do Ameryki przybyły w grudniu 1958 roku. Dodajmy, że był to pierwszy przypadek bezpośredniego lotu z Warszawy do Nowego Jorku cywilnym samolotem amerykańskim od zakończenia wojny. Polki podzielono na mniejsze grupy, a podczas trwającego dwanaście miesięcy pobytu, pacjentki korzystały z gościnności prywatnych rodzin z kilkunastu miast Stanów Zjednoczonych. W tym czasie lekarze operowali najbardziej poszkodowane z nich, Polki przechodziły również zabiegi rehabilitacyjne, zapewniono im także pomoc psychologiczną. "Najbardziej znacząca zmiana, jak w zaszła u Dam, związana była z ich odnową emocjonalną i psychologiczną" - pisał Cousins.

W czasie pobytu w Ameryce więźniarki spotkały się z kongresmenami na specjalnym lunchu w sali bankietowej Senatu. Już po powrocie Polek do kraju, mający polskie korzenie senator Edmund Muskie, podziękował na forum izby wyższej Kongresu Ferriday i Cousinsowi, dodając: "To znamienne, że blisko półtorej dekady od zakończenia wojny, wciąż jesteśmy daleko od zadośćuczynienia sprawiedliwości ofiarom najbardziej nieludzkich działań w historii ludzkości".

Obecność Polek w amerykańskim Senacie najwyraźniej zmobilizowała rząd zachodnioniemiecki, którego ambasada w Stanach Zjednoczonych przekazała czek mający pokryć koszty leczenia 30 Polek. Poinformowano również, że Bonn "gruntownie i w trybie pilnym sprawdza możliwości kolejnego wsparcia w przyszłości".

Cztery Polki zostały zaproszone przez Ferriday do jej posiadłości, gdzie kobiety spędziły Boże Narodzenie. W prezencie "Damy" przywiozły filantropce niewielkie drzewko bożonarodzeniowe, zwieńczone figurka anioła. “Choinka symbolizowała nadzieję, dzięki której Króliki z Ravensbrück zdołały przetrwać obóz. (...) Te kobiety przeżyły piekło, którego człowiek nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić" - relacjonował cytowany wcześniej Cousins.

"Nie można było cofnąć urazów, jakich doświadczyły, ale otrzymały najlepszą opiekę medyczną, jaką ten kraj mógł zaoferować. Można się było wzruszyć, gdy się obserwowało, jak przygotowując się do powrotu do Polski, były już w stanie cieszyć się i śmiać" - to kolejny cytat z artykułu dziennikarza.

Epilogiem dla historii "Królików" jest zapowiedź Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu o podjęciu śledztwa dotyczące niemieckiego obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Śledztwa zawieszonego w 1975 roku. Formalna decyzja o podjęciu dochodzenia zapadnie prawdopodobnie na początku 2017 roku.

Artur Wróblewski

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności