- Przydała nam się wiedza, logiczne myślenie i nasza wytrwałość, ale najważniejsze było zaufanie, jakie do siebie mieliśmy. Mnie przez sześć lat ukrywania się nikt nie wydał - tak o fenomenie Solidarności Walczącej mówi jej założyciel i lider Kornel Morawiecki.

Zdjęcie

Z wystawy o Solidarności Walczącej prezentowanej podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy /INTERIA.PL
Z wystawy o Solidarności Walczącej prezentowanej podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy
/INTERIA.PL

Solidarność Walcząca powstała 35 lat temu we Wrocławiu. Była organizacją, która wywodząc się ze zdelegalizowanego i zepchniętego do podziemia NSZZ "Solidarność", postawiła inaczej cele swojej walki. Solidarność Walcząca jasno deklarowała, że dąży do obalenia komunizmu i że szansy na odzyskanie przez Polskę niepodległości upatruje w upadku Związku Sowieckiego.

Czy postawienie takich celów w czerwcu 1982 r., pół roku po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy wojska Armii Czerwonej okupowały Afganistan, można było uznać za realne do osiągnięcia?

Reklama

- Uważano nas za szaleńców, ale okazało się, że kiedy marzy się o dobrych rzeczach, to one czasem się spełniają - ocenia legendarny przywódca Solidarności Walczącej.

Jak wspomina, przez sześć lat ukrywania się przed komunistyczną bezpieką spotykał się wieloma działaczami podziemia. - To było pewno z 1500 osób, a niektórzy z nich odnosili się z rezerwą do naszych działań. I nikt mnie nie wydał. W kierownictwie Solidarności Walczącej też nie było donosicieli. Na to, co się stało, złożyło się wiele rzeczy: trochę nasze przygotowanie, trochę szczęście, a trochę to, że jesteśmy Polakami.

Co było siłą SW, umożliwiającą jej prowadzenie skutecznej i trudnej do wykrycia działalności? Jak podkreśla Kornel Morawiecki, działacze Solidarności Walczącej zdali sobie sprawę, że trzeba stworzyć organizację opartą o inne zasady niż związek zawodowy. To już nie robotnicy w zakładach pracy, których było łatwo wyłuskać, ale składający przysięgę członkowie SW, zobowiązujący się walczyć o Polskę wolną i solidarną, stanowili o specyfice i możliwościach organizacji założonej do prowadzenia działalności konspiracyjnej.

Z punktu widzenia Służby Bezpieczeństwa organizacja postrzegana była jako utworzona na wzór Armii Krajowej, czyli na sposób wojskowy. W rzeczywistości, na co zwraca uwagę działacz Solidarności Walczącej Włodzimierz Domagalski-Łabędzki, strukturę organizacji określić można jako fraktalną - poszczególne ogniwa nie wiedziały o swoim istnieniu. - Służba Bezpieczeństwa szukała dowództwa, sztabu. Kreślili na papierze różne wersje przyporządkowania osób, a to wszystko działało inaczej. To im utrudniało infiltrację.

Kornel Morawiecki o Solidarności Walczącej /INTERIA.PL

Na wystawie, którą zaprezentowano podczas odbywającego się w tym tygodniu Forum Ekonomicznego w Krynicy, pokazano niektóre metody działania i osiągnięcia Solidarności Walczącej. Organizacja słynęła z bardzo dobrze rozwiniętej sieci drukarń, które wyspecjalizowały się w technice sitodruku. Ta niezbyt skomplikowana i możliwa do stosowania przy użyciu dostępnych powszechnie składników technologia (używano m.in. pasty "Komfort" i kisielu), zapewniała bardzo wysoka wydajność. W ciągu jednej nocy sprawa ekipa była w stanie wydrukować na ramce do sitodruku 20 tys. gazetek.

Solidarność Walcząca posiadała sieć radiostacji nadających audycje w różnych miastach. Dysponowała również urządzeniami do prowadzenia nasłuchu na częstotliwościach używanych przez SB i milicję. - Mieliśmy własny kontrwywiad. Dzięki niemu mogliśmy ostrzegać osoby obserwowane przez SB, że grozi im aresztowanie - wyjaśnia Włodzimierz Domagalski-Łabędzki, współorganizator krynickiej wystawy.

O myśli technicznej SW, której wielu działaczy, w tym Kornel Morawiecki, wywodziło się ze środowiska naukowego, świadczy korzystanie przez organizację z... łącz satelitarnych.

- Amerykanie wyłączyli z użytku satelitę komunikacyjnego Oscar 7. Okazało się, że kiedy na tego wyłączonego satelitę pada światło słoneczne, jego baterie ładują się. Trzeba było tylko wiedzieć, jak za pośrednictwem Oscara przesłać pakiet informacji, np. do Wielkiej Brytanii. Służba Bezpieczeństwa nie była w stanie tych informacji rozszyfrować - zapewnia Włodzimierz Domagalski-Łabędzki.

Zgodnie z prawem stanu wojennego - co przypomniano na wystawie - za nielegalne korzystanie z łącz satelitarnych groziła kara śmierci.

Włodzimierz Domagalski-Łabędzki o Solidarności Walczącej /INTERIA.PL

- W naszych programach było zapisane, że będziemy tak reagować, jak będzie to potrzebne. Jeżeli będą nas zabijać, to nie pozwolimy się zabijać. Na szczęście w tej tragedii stanu wojennego i lat 80. nie doszło do ekstremalnych sytuacji. Ginęli ludzi, ale w skali narodu nie było to zabijanie się, takie masowe zabijanie się. To miało taką polską miarę - stwierdza Kornel Morawiecki. - Chcieli nas pokonać walczyli z nami, ale nas nie pokonali, a w efekcie, w jakimś sensie razem pokonaliśmy komunizm. Nie ma już tego systemu, nie ma zagrożenia nuklearnego.

Jak założyciel Solidarności Walczącej patrzy dziś na wezwanie sprzed lat, aby obalić trony czerwone i trony złote? - Ze złotymi jest ciężko - przyznaje Kornel Morawiecki. I tłumaczy: - W tym naszym pomyśle, jeszcze z czasów pierwszej "Solidarności", była idea tworzenia innej perspektywy ustrojowej i moralnej, nie tylko dla Polski, ale i dla świata. Byliśmy przez to ciekawi, bo chcieliśmy nie tylko siebie poprawiać, ale poprawiać świat. Tego cały czas brakuje. Dominacja pieniądza jest wciąż obecna, jest zbyt wielka.

- Trzeba małymi środkami robić wielkie rzeczy. Tak, jak my potrafiliśmy w Solidarności Walczącej - podsumowuje Kornel Morawiecki.

NH

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności