Uważano, że rodzime siły ówczesnego reżimu nie były w stanie spacyfikować społeczeństwa. W tym się oczywiście myliliśmy. Rację miał Jan Kelus, który śpiewał w stanie wojennym: "Nie był potrzebny żaden sąsiad - rodzimej dosyć jest kanalii" - mówi PAP prof. Aleksander Hall, działacz opozycji antykomunistycznej, współzałożyciel Ruchu Młodej Polski.

Zdjęcie

"13 grudnia to data bardzo smutna, ale bardzo ważna" /Marek Michalak /East News
"13 grudnia to data bardzo smutna, ale bardzo ważna"
/Marek Michalak /East News

PAP: Jakie są Pana osobiste doświadczenia związane z wprowadzeniem stanu wojennego?

Prof. Aleksander Hall: Jest to na pewno jedno z najsilniejszych wspomnień w moim życiu. Należałem do nielicznych ludzi, którzy zostali ostrzeżeni, że tej nocy będzie się działo coś bardzo groźnego. Ostrzegł mnie współpracujący z moim środowiskiem opozycyjnym kapitan Adam Hodysz, oficer Służby Bezpieczeństwa. Widziałem się z nim rano w sobotę 12 grudnia. Powiedział mi, że wszyscy pracownicy jego wydziału zostali wezwani na popołudniową godzinę do pracy, co może oznaczać uderzenie w Solidarność. Radził mi również, abym nocował poza domem.

Reklama

PAP: Czy przekazał Pan to ostrzeżenie innym opozycjonistom?

- Przekazałem tę wiadomość m.in. Lechowi Wałęsie. Trwała wtedy Komisja Krajowa. Jednak, prawdę mówiąc, na tej Komisji Krajowej udzieliła mi się atmosfera pewnej pewności siebie, która wtedy panowała w Związku, a w każdym razie w gremiach kierowniczych. Wróciłem popołudniu do domu, ponieważ był to dzień moich imienin i zaprosiłem kilku przyjaciół ze środowiska Ruchu Młodej Polski, m.in. Jacka Taylora, znanego adwokata, obrońcę w sprawach politycznych. Zamierzałem czekać na gości, którzy powoli schodzili się. Nagle, koło godziny 18, zadzwonił telefon i usłyszałem hasło umówione wcześniej z Hodyszem, które oznaczało "uciekaj z domu". Ani przez chwilę nie sądziłem, że to chodzi o mnie, wiedziałem, że to chodzi o całą Solidarność. Z kilkoma moimi gośćmi udało się nam dostać koło godziny 20, na Komisję Krajową. Oczywiście nie mogłem ostrzec wszystkich, bo źródło moich informacji było tajne. Moje ostrzeżenie było jednak interpretowane jako zagrożenie tylko mojej osoby, a nie całej Solidarności, chociaż było już wiele znaków na niebie i ziemi, że coś się dzieje. Nadchodziły wiadomości o ruchach kolumn milicyjnych, o tym, że wyjechała szkoła milicyjna ze Szczytna. Połączenia telefoniczne międzymiastowe zostały odcięte wcześniej niż te miejskie. Nie można już było się dodzwonić do Warszawy, ale można było jeszcze telefonować w obrębie Gdańska. Rozmawiałem koło północy z moją mamą, która powiedziała, że właśnie przed chwilą była po mnie milicja. Wychodziłem ze Stoczni m.in. z Karolem Modzelewskim. Mówiłem mu, żeby się ukrył. On powiedział, że najgłupszą rzeczą byłoby dać się aresztować, ale jednak pojechał do Grand Hotelu, gdzie była zakwaterowana część ważnych działaczy Solidarności, gdzie zresztą został zatrzymany.

PAP: Gdzie Pan postanowił się ukryć tej nocy?

- Wyjechałem jednym z dwóch ostatnich samochodów z Komisji Krajowej. Byłem jeszcze namawiany przez wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej Stanisława Wądołowskiego ze Szczecina, żebym spędził noc u niego w hotelu Metropol, gdzie również byli zakwaterowani członkowie Komisji Krajowej. Odmówiłem i proponowałem mu, żeby pojechał ze mną, żeby razem się ukryć. On jednak był pewny, że to tylko mnie grozi niebezpieczeństwo, a nie całej Solidarności. Nie miałem przygotowanej "mety", ale poprosiłem, żeby wysadzono mnie z samochodu, który należał do Biura Prasowego Solidarności (tzw. BIPS-u) w Oliwie, w okolicach tzw. Osiedla Młodych i poszedłem do domu mojego wujostwa. Liczyłem, ponieważ rzadko się z nimi widywałem, że raczej tam, w każdym razie tej pierwszej nocy, Służba Bezpieczeństwa nie trafi. Wiedziałem, że tej nocy nastąpi uderzenie w Solidarność. Oczywiście nie wiedziałem, że to się będzie nazywało stanem wojennym, ale kiedy rano wysłuchałem przemówienia Wojciecha Jaruzelskiego nie byłem zdziwiony.

PAP: Jak wyglądał następny dzień? Jakie uczucie wówczas Panu towarzyszyło?

- W niedzielę nawiązywano kontakty, ustalano, kto był zatrzymany, a kto się zdążył ukryć. Dla mnie zaczął się czas ponad dwu i pół roku ukrywania się i działania w strukturach podziemnych Solidarności, a potem już tylko w Ruchu Młodej Polski. Chyba jedyny raz w życiu na Komisji Krajowej wieczorem, już po powrocie z domu do Stoczni, do Sali BHP, miałem poczucie, że żyję na pograniczu dwóch epok - epoki tych piętnastu miesięcy wolności i legalnie działającej Solidarność, która była dla mnie wspaniała oraz nowej epoki - groźnej, której jeszcze dokładnego kształtu oczywiście nie byłem w stanie przewidzieć, a okazało się, że będzie to stan wojenny.

PAP: Czy Solidarność dała się zaskoczyć wprowadzeniem stanu wojennego? Czy nie odczytała tego, co działo się wcześniej?

- Oczywiście, dała się zaskoczyć. Solidarność była pewna swej siły, tych milionów członków. Trzeba pamiętać, na usprawiedliwienie tamtego zachowania, zlekceważenia niebezpieczeństwa, że były już przecież momenty, kiedy wydawało się, że jesteśmy na granicy jakiegoś dramatu - interwencji radzieckiej czy konfrontacji z władzą. W grudniu 1980 r. były informacje o wojskach Układu Warszawskiego gromadzących się na granicach Polski, był też kryzys z marca 1981 roku. Chyba przeważało nastawienie, że jest to jeden z manewrów, a nie moment uderzenia w Solidarność.

PAP: Jaka była reakcja społeczeństwa polskiego na wprowadzenie stanu wojennego?

- Niedziela była dniem pewnego wyczekiwania. Wiadomo było, że tak naprawdę strajki mogą się zacząć w poniedziałek, kiedy ludzie wrócą do zakładów pracy. Ja oczekiwałem silniejszego oporu. Jednak okazało się, że zadziałał strach, a także fakt, że jednak zatrzymano kilka tysięcy najbardziej aktywnych działaczy. Władze robiły bardzo wiele, żeby tę atmosferę strachu wywołać, co w znacznej mierze się udało. Natomiast byłem zdecydowany na to, żeby prowadzić działalność w podziemiu i w konsekwencji znalazłem się składzie Regionalnej Komisji Koordynacyjnej Solidarności w Gdańsku, m.in. razem z Bogdanem Borusewiczem i Bogdanem Lisem.

PAP: Czy w wyniku strachu miało miejsce masowe odwrócenie się od ideałów Solidarności?

- Tak bym nie powiedział. Ideały żyły i zresztą wkrótce powstały silne podziemne i niezależne struktury. Życie przenosiło się także do kościołów, do salek katechetycznych. W kościołach na mszach za ojczyznę, ale nie tylko, ludzie demonstrowali swoje poglądy, swój opór. Ideały nie zginęły. Wiadomo jednak, że w sytuacji zagrożenia życia, a w każdym razie wysokiego prawdopodobieństwa, że za opór trafi się na długie lata do więzienia, bohatersko zachowuje się zdecydowana mniejszość. Trzeba wreszcie pamiętać, co wynika z badań socjologicznych, że poparcie dla Solidarności jednak zmalało w porównaniu z tym optymalnym okresem, jakim była wiosna 1981 r., czyli w okresie kryzysu marcowego. Ludzie byli po prostu zmęczeni kłopotami zaopatrzeniowymi, trudnościami dnia codziennego i codzienną szarpaniną. Moment wprowadzenia stanu wojennego pod tym względem został trafnie dobrany przez generała Jaruzelskiego.

PAP: Jak przyjęła stan wojenny większość społeczeństwa?

- Postawą dominującą w społeczeństwie był brak oporu. Było to pogodzenie się z sytuacją, ale bez żadnej przyjemności, a na pewno z uczuciem dyskomfortu.

PAP: Czy były grupy, które przyjęły stan wojenny z ulgą?

- Były, ale to oczywiście nieliczne, środowiska w aparacie partyjnym, w milicji, Służbie Bezpieczeństwa, w części kadry wojskowej, gdzie było poczucie satysfakcji, że wreszcie nastąpił koniec z Solidarnością. Myślę, że to była jednak bardzo wyraźna mniejszość w społeczeństwie.

PAP: Dlaczego do dzisiaj trwa podział społeczeństwa w ocenie stanu wojennego?

- Myślę, że głównym powodem jest jednak fakt, że bardzo duża część społeczeństwa uważa - i ma rację - że wtedy groziła nam również interwencja radziecka, czyli większe zło. Natomiast działanie Jaruzelskiego i jego ekipy jest interpretowane jako tzw. mniejsze zło - znacznie mniej ofiar, mimo wszystko zachowanie instytucji, chociaż niesuwerennego państwa. Prawda jest jednak taka, a ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości, że przez cały czas istnienia Solidarności groziła nam interwencja radziecka, a generał Jaruzelski operację stanu wojennego przeprowadzał w ścisłej koordynacji z władzami radzieckimi i Układem Warszawskim. Są na to dokumenty.

PAP: Co opozycjoniści myśleli o interwencji sowieckiej w grudniu 1981 r.? Czy ich ocena dzisiaj jest inna?

- Myślę, że ten pogląd się nie zmienił. Byłoby rzeczą absolutnie naiwną takie myślenie, że w warunkach podzielonego wtedy świata i zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej - nowej, wyraźnie antyradzieckiej administracji amerykańskiej Reagana i interwencji radzieckiej w Afganistanie - Związek Radziecki mógłby się wyrzec wpływu na Polskę, kraj, który leżał pomiędzy jego terytorium a Niemiecką Republiką Demokratyczną. Groźba interwencji wisiała nad nami jak miecz Damoklesa. Natomiast Sowieci woleli, co było znacznie wygodniejsze z ich punktu widzenia, że interwencja nastąpi polskimi rękoma ludzi reżimu. To, co błędnie przewidywaliśmy - mówię tutaj o tych piętnastu miesiącach wolności - to rozważany wariant "Wejdą? Nie wejdą? Kiedy wejdą?". Takie pytania sobie stawialiśmy i takie pytania były stawianie w gremiach kierowniczych Solidarności. Natomiast uważano, że ewentualne rozwiązanie siłowe ze strony władzy będzie tylko wstępem do interwencji radzieckiej, że rodzime siły ówczesnego reżimu nie były w stanie spacyfikować społeczeństwa. W tym się oczywiście myliliśmy. Rację miał Jan Kelus, który śpiewał w stanie wojennym piosenkę: Nie był potrzebny żaden sąsiad - rodzimej dosyć jest kanalii / by wytłumaczyć nam na zawsze, że nie jesteśmy w Portugalii / żeby przekonać nas raz jeszcze, że może Polak do Polaków / że nie jesteśmy w Portugalii że to nie rewolucja kwiatów.

PAP: Co stan wojenny przyniósł Polsce i Polakom? Jakie były jego długofalowe konsekwencje?

- Myślę, że najbardziej długotrwałą konsekwencją było zabicie entuzjazmu, nadziei, która cechowała te piętnaście miesięcy wolności, zwłaszcza od powstania Solidarności do lata 1981 r. Trzeba pamiętać, że jako społeczeństwo doczołgaliśmy się do przełomu 1989 r., który nastąpił w oczywiście zmienionej sytuacji międzynarodowej, w okresie, kiedy zmieniła się polityka ZSRR pod wpływem tego, co wprowadzał Gorbaczow. Tych lat jest po prostu szkoda. Szkoda jest również odpływu ludzi zagranicę. Przecież wielu Polaków wtedy wyjechało i byli to często ludzie młodzi, aktywni. To była największa strata. Natomiast jest pytanie, czy Solidarność mogła się utrzymać i jakoś przetrwać jeszcze te kilka lat do lepszej koniunktury międzynarodowej? Wymagałoby to, moim zdaniem, dużej dojrzałości od solidarnościowej części społeczeństwa, ale także dużej odwagi od rządzącej wówczas ekipy generała Jaruzelskiego, gdyby podjęła ryzyko "przejścia na stronę narodu", czy zawarcia rzeczywistego porozumienia z Solidarnością. Myślę, że oczywiście generał Jaruzelski i jego ludzie bronili swojej pozycji i pozycji partii, ale również, jestem przekonany, że bali się losu, który spotkał węgierskich komunistycznych przywódców, którzy w 1956 r. opowiedzieli się po stronie powstania narodowego, przez co stracili życie, czy losu Alexandra Dubčeka po Praskiej Wiośnie. Nie odważyli się na pójście na prawdziwe porozumienie z Solidarnością.

PAP: Czy według Pana, dokumenty z szafy Czesława Kiszczaka zmieniają coś w ocenie Wałęsy?

- One nie zmieniają mojej oceny Lecha Wałęsy. Stoję na stanowisku, które reprezentują poważni historycy ponad podziałami i sympatiami, że zasadniczo te dokumenty są prawdziwe. One pokazują Lecha Wałęsę po grudniu 1970 r., natomiast Lech Wałęsa, który zgłosił się do opozycji w 1978 r., który rozpoczynał strajk sierpniowy w 1980 roku, był już wolny od tych obciążeń. Był człowiekiem, który podejmował odważne decyzje. Kto wie, czy gdyby nie to jego niewątpliwe załamanie po grudniu 1970 r., gdyby nie miał tej chęci "odpracowania" w swoich własnych oczach, ponieważ jest on człowiekiem mającym o sobie dobre zdanie, czy zdobyłby się na to, żeby podjąć rolę przywódcy w sierpniu 1980 r. i ją udźwignąć. Trzeba też bardzo docenić to, że oparł się pokusom i naciskom władzy, by po wprowadzeniu stanu wojennego wystąpić w telewizji. Zadałby tym ciężki cios tworzącemu się podziemiu solidarnościowemu. Nie zrobił tego, a po powrocie z internowania do domu stał się rzecznikiem sprawy Solidarności, ale też Polski.

PAP: W jakiej formie 13 grudnia powinien być upamiętniany?

- Myślę, że każda forma pamięci, powagi w tym dniu jest właściwa. Nie sądzę, że powinien być jeden, oficjalny czy narzucany sposób przypominania tej daty. Dla mnie pozostanie ona jedną z najważniejszych dat w moim życiu, dlatego że było to przeżycie tak intensywne, że chociaż minęło już tyle lat od tamtych wydarzeń, właściwie to, co robiłem 12 grudnia, bo stan wojenny zaczął się jeszcze przed północą, niemal co do godziny jestem w stanie odtworzyć, a nie pamiętam tego, co robiłem przed tygodniem, musiałbym się zastanowić.

PAP: Czego symbolem powinien być dla nas dzisiaj 13 grudnia?

- Jest to data bardzo smutna, ale bardzo ważna. Była to próba zablokowania naszej drogi do wolności. Na całe szczęście za kilka lat karta historii się odwróciła, ale wtedy w grudniu 1981 r. wcale tego nie wiedzieliśmy. Muszę powiedzieć, że w tych pierwszych dniach stanu wojennego liczyłem się z tym, że może być to bardzo długa noc nad Polską.

Rozmawiała Anna Kruszyńska (PAP)

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności