To opowieść o miłości do "żołnierza wyklętego", o sile wiary w najczarniejszych czasach stalinizmu. O poczuciu obowiązku wobec Ojczyzny tych, którzy nie zgadzali się na zniewolenie. To historia dwojga ludzi toczących walkę, za którą nikt im nie dziękował i której długo nikt nie docenił – tak wydawnictwo Znak prezentuje treść książki "Żona wyklęta" Anny Śnieżko. Poniżej można przeczytać jej fragment.

Zdjęcie

Jedyne zachowane wspólne zdjęcie Anastazji Rączki i Władysława Grudzińskiego "Pilota" /materiały prasowe
Jedyne zachowane wspólne zdjęcie Anastazji Rączki i Władysława Grudzińskiego "Pilota"
/materiały prasowe

Historia starszego sierżanta Władysława Grudzińskiego "Pilota", żołnierza z oddziału Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja", nie wyszła na światło dzienne przez 70 lat. Opowieść ukochanej "Pilota" pozwala spojrzeć na losy wyklętych inaczej. Oczami młodej dziewczyny, Anastazji.

"Pilot" zginął w komunistycznej obławie 22 czerwca 1950 roku we wsi Popowo Borowe pod Pułtuskiem. Przeciwko czteroosobowemu patrolowi "Pilota" wyruszyło około dwa tysięcy żołnierzy KBW i funkcjonariuszy UB. W akcji przeciwko żołnierzom podziemia niepodległościowego użyto samochodów pancernych i samolotów.

Reklama

Początkowo "Pilot" chciał przebić się przez okrążenie. Po obserwacji komunistycznych wojsk dotarło do niego, że przeciwników jest znacznie więcej niż początkowo sądził. By nie narażać mieszkańców Popowa, nakazał podkomendnym wycofanie się do lasu. Sam osłaniał ich, strzelając z broni maszynowej. Pomimo rany, "Pilot" zdołał dotrzeć do kolegów w lesie. Niestety, komuniści przy pomocy samolotu zlokalizowali niepodległościowców. Walka trwała do momentu, gdy "żołnierzom wyklętym" zabrakło amunicji. Do 23 czerwca KBW i UB całkowicie zlikwidowali patrol. Poza "Pilotem" komuniści zamordowali Czesława Wilskiego "Brzozę", "Zryw", Hieronima Żbikowskiego "Gwiazdę" i Kazimierza Chrzanowskiego "Wilka".

***

Jak wyglądał ten tragiczny dzień dla Anastazji Rączki, tytułowej "Żony wyklętej"? Poniżej fragment książki Anny Śnieżko:

Tego samego ranka, 23 czerwca 1950 roku, Anastazja obudziła się bardzo wcześnie. Wstała, wykonała swoje codzienne prace w gospodarstwie, a potem starannie się ubrała. Miała nadzieję, że Władek zjawi się chociaż na chwilę, by razem z nią w tę noc świętojańską cieszyć się z drugiej rocznicy ich poznania. Nie czuła się jednak najlepiej, nieustające nudności bardzo jej dokuczały. W końcu postanowiła położyć się na chwilę i poczekać, aż mdłości ustąpią. Rodzina rozeszła się do swoich zajęć w gospodarstwie, a Anastazja, leżąc i myśląc, straciła poczucie czasu. Nagle usłyszała łomot do drzwi. Otworzyła je lekko zdezorientowana. Na progu, bardzo zdenerwowana, stała Janka Smolińska, najbliższa koleżanka z sąsiedniej zagrody, w której zatrzymał się "Pilot".

- Uciekaj! - zaczęła krzyczeć, zobaczywszy Anastazję. - Uciekaj natychmiast! We wsi jest obława na twojego partyzanta i jego ludzi! Strzelają! Zaraz tu mogą być! Uciekaj!

Anastazja natychmiast zrozumiała, że jej związek z Władkiem stanowił w Popowie tajemnicę poliszynela. Nie zadając zbędnych pytań, chwyciła wierzchnie okrycie i wybiegła z domu. Nie odbiegła daleko, gdy natknęła się na wojskowy patrol. Ktoś musiał wskazać ją wojskowym, bo zorientowali się, kim jest, i ruszyli do niej. Obróciła się na pięcie i zaczęła uciekać w stronę lasu, ale tupot ich nóg zbliżał się nieubłaganie i w końcu poczuła na ramieniu czyjąś dłoń.

- Chodź tu! - wrzasnął żołdak. - Odechce ci się zadawać z wrogami ludu!

Ciągnęli ją siłą za sobą, chociaż gryzła, drapała i wyrywała się z całych sił. W końcu któryś z nich chwycił ją za włosy, szarpnął i przytrzymał. Dowlekli ją na otwartą polanę w zagajniku koło jej domu. Zaskoczona zobaczyła, że stoi na niej duży, transportowy samolot. Siłą wciągnęli ją do środka i wystartowali. Gdy byli już na sporej wysokości, uchylili właz wejściowy i chcieli ją wyrzucić. Krzycząc wniebogłosy, próbowała wyswobodzić się z żelaznego uchwytu, ale tamci tylko się roześmiali.

- Za chwilę polecisz do kochanka, rozwalisz się dokładnie obok niego! To wasze ostatnie chwile, zapluci reakcjoniści!

Z całych sił wczepiła się palcami w oparcie fotela, próbując zostać jak najdalej od otwartego włazu, ale szarpali ją i popychali, bawiąc się jej przerażeniem. W końcu omdlały jej ręce. Puściła fotel, upadła na podłogę i zaczęła się osuwać w stronę włazu. Zamknęła oczy, nie chcąc nic widzieć, ale w duchu modliła się o ocalenie. Niemal w ostatniej chwili ktoś ją przytrzymał i wciągnął z powrotem. Właz zamknięto, a ją rzucono na fotel przy oknie.

- Jesteśmy litościwi. Może cię nawet nie wyrzucimy z wysokości, ale za to popatrzysz sobie z góry na kochanka - usłyszała.

"Władek w niebezpieczeństwie!", pomyślała z przeszywającą jasnością.

Nie chciała, ale nie mogła powstrzymać się przed patrzeniem w dół. Zobaczyła przerażający widok. Samolot krążył nad miejscem walki i poprzez rozpryski wybuchów i dym widziała ukochanego, jak pada ranny w nogi, obserwowała, jak czołga się w zarośla i była świadkiem rozpaczliwej walki partyzantów rozgrywającej się pod rzadkimi koronami drzew.

"Boże, pomóż im! Boże, ratuj ich!", błagała bezgłośnie.

Ale niebo pozostało niewzruszone i musiała krok po kroku przeżyć całe piekło tamtych chwil, aż po ich śmierć. Dopiero wtedy samolot zawrócił i wylądował na polanie. Wojskowi otworzyli drzwi i wypchnęli ją na zewnątrz.

- Koniec z tymi bandytami! Każdy śmieć tak skończy! Możesz iść, nie jesteś nam już do niczego potrzebna!

Posłuchała tego pozwolenia i wbiegła w las ścigana szyderczym śmiechem. Biegła długo, aż wszystkie odgłosy świata ucichły, a ona poczuła się bezpieczniej. Upadła wtedy na kolana i zaniosła się rozpaczliwym szlochem. Leżała na ziemi i płakała. Dopiero wieczorem z trudem zmusiła swoje ciało do dźwignięcia się na nogi. Chwiała się, ale zaczęła iść. Chciała zobaczyć miejsce, w którym zginął ukochany. Szła wolno, leśnymi ścieżkami i na przełaj, w kierunku starego kamiennego krzyża, który od zawsze znała, a który był teraz niemym świadkiem śmierci Władka oraz jej tragedii. Gdy doszła na miejsce, pośliznęła się na lepkiej ziemi.

- Jezus Maria! Ile krwi... - zawołała przerażona.

Miejsce było już puste, ciała partyzantów po dokonanej przez rodziny identyfikacji wrzucono na auto i wywieziono w nieznanym kierunku. Ludzie gadali potem, że podobno gdzieś w lasy popławskie. Po Władku nie został żaden ślad. Nie bacząc na zmieszaną z ziemią krew, uklękła pod krzyżem.

- Ukochany, jedyny, najdroższy, dlaczego mnie opuściłeś? Dlaczego odszedłeś? - szlochała w szoku. - Dlaczego nie zabrałeś mnie ze sobą?

A potem nagle oprzytomniała. Uświadomiła sobie, że nosi jego dziecko, które trzeba ratować. "I to ja muszę je uratować", pomyślała. Podniosła się, ogarnęła spojrzeniem krzyż oraz miejsce, które było jak cmentarz jej miłości, i weszła z powrotem do lasu.

Zdjęcie

"Kochała niezłomnego. Aby ocalić tę miłość, sama musiała stać się niezłomna" /materiały promocyjne
"Kochała niezłomnego. Aby ocalić tę miłość, sama musiała stać się niezłomna"
/materiały promocyjne

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności