Utrata własnego państwa pod koniec XVIII w. narzuciła życiu Polaków, zarówno jednostkowemu jak też zbiorowemu, nowy sens. Jego istotą stała się bowiem konieczność odpowiedzi na fundamentalne, stające przed każdym kolejnym pokoleniem pytanie: czy upadek Rzeczpospolitej w wyniku rozbiorów to już jej ostateczny koniec, ów przysłowiowy "Finis Poloniae" czy też istnieje jakaś szansa na odzyskanie niepodległości, a jeśli tak to w jaki sposób.

Zdjęcie

Marszałek Józef Piłsudski podczas obchodów Święta Niepodległości przed Pałacem Saskim w Warszawie (11 listopada 1932 r.) /Danuta Łomaczewska /East News
Marszałek Józef Piłsudski podczas obchodów Święta Niepodległości przed Pałacem Saskim w Warszawie (11 listopada 1932 r.)
/Danuta Łomaczewska /East News

Pod pojęciem Polaków rozumiem tę grupę mieszkańców nie istniejącego już państwa, którzy czuli się jego obywatelami lub chcieli nimi zostać, mieli zatem jakąś formę świadomości państwowej. Skład i liczebność tej zbiorowości zmieniały się w ciągu stulecia niewoli, ale ważne jest to, że nigdy ona nie zanikła i zobowiązanie "póki my żyjemy" podobnie jak pieśń której pochodzą te słowa, srebrny orzeł z koroną i narodowe barwy zawsze były dla nich niezbywalnymi symbolami polskości. Polskości, której należało bronić i o którą należało walczyć.

Ta walka o polskość przybierała różne formy. Najbardziej spektakularne były zmagania orężne, a więc powstania. Jeśli rozpoczniemy ich wyliczanie od konfederacji barskiej a zakończymy na  trzecim powstaniu śląskim to okaże się, że było ich więcej niż zwykliśmy pamiętać, zwłaszcza gdy jeszcze  uwzględnimy takie wydarzenia jak zrywy wolnościowe jesienią 1806 i 1918 r., którym część historyków (profesorowie Jerzy Łojek, Piotr Łossowski) jest skłonna przypisać cechy powstańcze.

Ale przecież Polacy walczyli o niepodległość nie tylko szablą, czynili to także piórem, zabiegali o nią wytrwałą pracą w różnych dziedzinach gospodarki czy edukacji, działali na jej rzecz także na polu dyplomacji. Ponosili przy tym niemałe ofiary. Wzbudzały one za każdym razem, a dotyczy to także dziejów XX stulecia i kolejnych zmagań niepodległościowych, pytanie o ich sens. Pytanie to słychać i dziś, a brzmi ono nieoczekiwanie głośno. Odpowiedzi zaś padają różne, podobnie jak się to działo w czasach Kościuszki, Traugutta czy Piłsudskiego. Nic w tym dziwnego. Po pierwsze klęski, a tak kończyła się większość niepodległościowych zrywów, nie są dobrą zachętą do ich kontynuacji czy naśladownictwa.

Po drugie pojawiała się też funkcjonująca i dziś myśl, że można przecież dobrze i wygodnie żyć bez gorsetu wspólnoty narodowej i państwowej, unikając wiążących się z tym obowiązków a czasem i ofiar. Wahania z tym związane nurtowały Polaków zarówno w sierpniu 1914 r. jak i trzydzieści lat później, w sierpniu 1944 r. W jednym i drugim wypadku znaleźli się przecież tacy, którzy poszli walczyć o Polskę. Były to bowiem momenty, w których ciągle żywa i mocna idea niepodległości przemieniła się w czyn.

Wybuch  "wielkiej wojny", jak wówczas nazwano ogarniający w 1914 r. Europę pożar sprawił, że Polacy którzy nie pogodzili się z niewolą, przystąpili do czynu właśnie. Jedni skupieni wokół lidera endecji Romana Dmowskiego obrali jako metodę działania polityczne i dyplomację. Uważając Niemcy za największe zagrożenie dla sprawy polskiej, oparcia szukali w carskiej Rosji, a potem u boku jej zachodnich sojuszników. Z kolei Józef Piłsudski uważał, że najlepszym argumentem podczas wojny na rzecz Polaków będzie rzucona na szalę polska szabla. On i jego podkomendni przygotowujący się w Galicji już od kilku lat do rozpoczęcia w stosownym momencie walki zbrojnej upatrywali największego wroga w Rosji, a oparcia przeciw niej szukali w Austrii.

Obie drogi obrane przez wielkich przywódców Polaków, choć początkowo zdawały się krzyżować, prowadziły w końcowej fazie czteroletnich zmagań ku ostatecznemu sukcesowi. Jednak w zbiorowej pamięci podsycanej umiejętnie stosowaną propagandą szczególnie mocno utrwaliła się ta, na którą rankiem 6 sierpnia wyruszyła z krakowskich Oleandrów garstka młodzieży w szarych strzeleckich mundurach. Była to Pierwsza Kompania Kadrowa przyszłych Legionów. Późniejsze walki trzech Brygad  Legionów Polskich nie minęły bez echa, miały też swą militarną wagę w wojnie toczonej na froncie wschodnim, ale ich najważniejsze dokonanie było efektem postawionego przez Komendanta zadania: "Idźcie czynem orężnym budzić Polskę".

Ta misja się powiodła i jesienią 1918 r. większość Polaków, inaczej niż cztery lata wcześniej, była już gotowa do usunięcia zaborców, czekając tylko na stosowny moment. Stał się nim powrót Piłsudskiego z twierdzy w Magdeburgu, gdzie od lipca 1917 r. był więziony przez Niemców. Jego pojawienie się w Warszawie wyzwoliło energię młodzieży i oto 11 listopada 1918 r. stolica Polski została uwolniona spod niemieckiej okupacji. Jej oswobodzenie własnymi siłami (marzono o powtórzeniu tego w sierpniu 1944 r.) było aktem symbolicznym uruchamiającym  w całym kraju podobną, a więc w znacznym stopniu spontaniczną akcję zrzucania jarzma niewoli. Polska budziła się do niepodległego bytu, a Polacy przeżywali euforię z odzyskania niepodległości. Niektórzy co prawda głosili przekornie, że jest to tylko "radość z odzyskanego śmietnika", ale tak czy owak była ona wielka i prawie powszechna. Dzień 11 listopada 1918 r., w którym tak udatnie idea złączona z czynem przyniosła sukces, uznany został po latach (1937) za Święto Niepodległości. Ale nim do tego doszło trzeba było wiele czasu, potu i krwi aby tę niepodległość umocnić, rozszerzyć i utrwalić.

Trzy zadania stanęły przed jej budowniczymi, niezależnie od ich ideowych i politycznych sympatii. Były to odbudowa ogromnych zniszczeń wojennych, dalej zespolenie ziem stanowiących przez z górą sto lat części trzech różnych państw i wreszcie, a może przede wszystkim wytyczenie optymalnych granic, dla których punktem odniesienia były granice przedrozbiorowe. Szczęśliwie czas, który rozpoczął się 11 listopada przyniósł ogromną i zarazem bardzo skuteczną aktywność tysięcy obywateli Odrodzonej Rzeczpospolitej. O ile samo odzyskanie niepodległości było efektem splotu wielu różnych okoliczności - przypomnijmy, że spotkało to również większość narodów środkowo europejskich niezależnie od stopnia ich wcześniejszego zaangażowania - to już jej kształt był wyłącznym dziełem Polaków. Całość granic młodego państwa została  wywalczona z bronią ręku.

Intensywne i przebiegające na kilku frontach (niemiecki, czeski, litewski, ukraiński i wreszcie ten największy i najdłuższy bolszewicki) działania zbrojne z lat 1918-1920 niektórzy z przedwojennych historyków wojskowości byli nawet skłonni nazwać "wojną polską". Ta wojna pozwoliła też na skuteczną obronę młodego państwa przed sowieckim najazdem. Trzeba jednak pamiętać, że w 1920 r. nie zdołano odepchnąć Rosji Sowieckiej dostatecznie daleko na wschód - do czego dążył Piłsudski - by zminimalizować potencjalne, a jak się niebawem okazało, rzeczywiste zagrożenie. Po zakończeniu działań wojennych Polacy z nie  mniejszą determinacją i energią przystąpili do budowy Drugiej Rzeczpospolitej. Dzieło to przerwała - o wiele za szybko - wrześniowa katastrofa. We wrześniu 1939 r. Polacy wolni byli od pojawiających się wcześniej wahań "bić się czy się nie bić". Walkę o niepodległość prowadzili z uporem w latach II wojny światowej. Niezłomni  kontynuowali ją także wbrew wszystkiemu i wszystkim po 1945 roku.

Dziś po wielu latach możemy, jeśli oczywiście tylko chcemy, się znowu cieszyć się niepodległą, Trzecią już Rzeczpospolitą. Tym razem nie było nam jednak dane poczuć smaku tryumfu i zbiorowej radości, nie bardzo możemy też wskazać moment, w którym miałaby powstać nasza wspólnota polityczna, a jej brak jest nadal odczuwalny. W to miejsce należałoby raczej przytoczyć powiedzenie słyszane także czasem jesienią 1918 roku: "ni z tego, ni z owego, mamy Polskę od pierwszego". Czasy stabilizacji rzadko sprzyjają funkcjonowaniu wielkich idei mobilizujących ludzi do czynu. Od wydarzeń Sierpnia’80 i powstania "Solidarności" które miały w sobie taki ładunek, do narodzin niepodległego państwa upłynęło zbyt wiele czasu, a państwo to nie stało się niestety Rzecząpospolitą Solidarną. Dlatego też trochę z zazdrością myślimy o tamtym pokoleniu, które potrafiło zespolić w jedno ideę i czyn.

Tomasz Gąsowski

Autor jest historykiem, profesorem, doktorem habilitowanym nauk historycznych (specjalności historia Polski XIX-XX w., stosunki polsko-żydowskie). Pracownikiem Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz kierownikiem Katedry Kultur Mniejszości Narodowych Akademii Ignatianum w Krakowie.

Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności