Powstanie styczniowe było dla Zachodu zaskoczeniem; moment zrywu z perspektywy sytuacji w Europie nie był najlepszy - ocenił w wywiadzie dla PAP prof. Michał Leśniewski z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. 22 stycznia mija 153. rocznica wybuchu powstania styczniowego.

Zdjęcie

"Moment na wybuch powstania nie był najlepszy" /Reporter
"Moment na wybuch powstania nie był najlepszy"
/Reporter

PAP: Czy opinia publiczna zachodniej Europy była zaskoczona wybuchem powstania styczniowego? Czy wiedziano, że garstka powstańców rzuciła wyzwanie najpotężniejszej armii świata?

Prof. Michał Leśniewski: Była zaskoczona. Pamiętajmy, że w Polsce również było to wydarzenie raczej niespodziewane. Powstanie nie było przygotowywane. Organizacje Białych i Czerwonych myślały o rozpoczęciu powstania, ale nie planowały go na rok 1863. Jego wybuch był skutkiem zbiegu różnych okoliczności. Zachód miał więc prawo być zaskoczonym. W Europie Zachodniej działały różnego rodzaju polskie organizacje emigracyjne, takie jak Hotel Lambert, których często trochę nie doceniamy. Gdyby więc powstanie było lepiej przygotowane, to ludzie tacy jak Władysław Zamoyski i Władysław Czartoryski prowadziliby jakieś działania dyplomatyczne. Nie robili tego, ponieważ nie przypuszczali, że sytuacja w Królestwie Polskim przybierze taki obrót.

Reklama

Pamiętajmy, że moment na wybuch powstania nie był najlepszy. W Europie było wówczas dość spokojnie. Z perspektywy wiemy, że kilka lat później wybuchła wojna prusko-austriacko-duńska, ale był to raczej okres odprężenia po wojnie krymskiej. Opinia publiczna skupiała się na wydarzeniach wojny secesyjnej po drugiej stronie Atlantyku. Nie raz zresztą zarzucano przywódcom powstania, że wywołali je w najgorszym możliwym momencie. Ten argument wciąż jest podnoszony przez współczesnych historyków. Sam fakt rzucenia się garstki młodych na wielką armię był jednak wtórny wobec politycznego zaskoczenia powstaniem.

PAP: Jaka była wiedza Europejczyków na temat sytuacji w Polsce? Czy wiedzieli, jakie są cele powstania, skoro w gazetach europejskich często błędnie określano powstanie jako rewolucję?

Prof. Leśniewski: Od czasów powstania listopadowego, okres Wielkiej Emigracji i Wiosny Ludów wiedza o sprawie polskiej w społeczeństwach Wielkiej Brytanii, Francji i niektórych państw niemieckich nie była zła. Oczywiście często była zestawem mitów i stereotypów. Takim mitem, popularnym we Francji, było m.in. wyobrażenie walki uciemiężonych Polaków z rosyjskim, azjatyckim despotyzmem. Polacy byli widziani jako przedstawiciele cywilizacji zachodniej, w jakimś stopniu liberalni, których ciemięży carski reżim. Znaczną rolę w tym obrazie odegrała wojna krymska, podczas której próbowano wykorzystać sprawę polską. Inną kwestią jest, na ile była to wiedza rzeczywista, a na ile mit i czy postrzegano powstanie jako racjonalne i sensowne.

Na Zachodzie orientowano się, że istnieją stronnictwa Białych i Czerwonych. Nie do końca orientowano, się czym one są, ale wśród wielu ruchów rewolucyjnych na Zachodzie budowano obraz powstania jako rewolucji, co miało sprawić, że pomogą one sprawie polskiej. W innych zaś środowiskach pojęcie rewolucji mogło wywoływać pewien niepokój.

PAP: Wspomniał pan o ocenach powstania na Zachodzie. Czy było postrzegane jako racjonalne?

Prof. Leśniewski: Co do tego raczej zgadzano się, że nie było działaniem racjonalnym. Bardzo często pojawiają się opinie, że prasa Zachodu była nieprzychylna powstaniu. To nieprawda. Na przykład brytyjski "Times" był początkowo raczej przychylny. Nastawienie do powstania zmieniło się w maju i czerwcu 1863 r. W tekstach tej gazety jest wiele empatii dla walki Polaków postrzeganej jako starcie z despotyzmem. W Wielkiej Brytanii bardzo silna była rusofobia. Rosja była wskazywana jako odwrotność systemu brytyjskiego, państwo bezprawia i despotyzmu. W tym kontekście postrzegano powstanie jako irracjonalne i bez szans, ale zrozumiałe i godne sympatii.

PAP: Czy poza wyrazami sympatii opinia publiczna na Zachodzie podejmowała naciski na swoje rządy, mające skłonić je do wsparcia Polaków? Czy oddolnie planowano działania, które dziś określilibyśmy jako humanitarne?

Prof. Leśniewski: Tak, były to działania różnych ruchów społecznych, które bardzo żywo zareagowały na wybuch powstania. Poza napływem ochotników do walki z wielu krajów Europy, takich jak najbardziej znany Francesco Nullo, odzew na powstanie był najsilniejszy wśród niższych warstw społecznych w ugrupowaniach, które dziś nazwalibyśmy lewicowymi. Widziały one bowiem w powstaniu nie tylko walkę narodowowyzwoleńczą, ale również rewolucyjną rozumianą jako radykalna zmiana społeczna. Organizowano zbiórki pieniędzy na zakup broni, środków medycznych. Planowano przemyt broni do Polski.

Jeśli chodzi o naciski na rządy, to zauważmy, że początkowo sam Napoleon III wykonywał gesty sugerujące chęć udzielenia poparcia powstaniu. Podejmował rozmowy z cesarzem Franciszkiem Józefem na temat sojuszu przeciw Rosji czy odtworzenia Polski z którymś z Habsburgów na jej tronie.

Tymczasem lord Palmerston, stojący na czele rządu brytyjskiego, który bardzo nie lubił Rosji, powiedział wprost, że nie udzieli wsparcia militarnego Polakom, ponieważ nie ma takiej możliwości, a wsparcie moralne niczego nie da. Prywatnie sympatyzował ze sprawą Polski, ale Anglia zachowała postawę pragmatyczną. W tym kontekście powstanie miało pecha, że na czele Wielkiej Brytanii stał człowiek, który powiedział, że jego kraj nie ma wiecznych sojuszników i wiecznych wrogów, a jedynie wieczne interesy. W środowisku popierającym sprawę polską w Wielkiej Brytanii był m.in. najbardziej wpływowy filozof liberalny ówczesnej Anglii John Stuart Mill. Dla rządu brytyjskiego nie miało to jednak żadnego znaczenia.

W Stanach Zjednoczonych Polaków wspierały środowiska irlandzkie. To również nie miało wielkiego znaczenia, ponieważ rząd Unii miał poczucie wdzięczności wobec Rosji, która jako jedyne mocarstwo stanęło po jej stronie, a nie Konfederacji. Rosjanie popierali Unię, ponieważ prowadzili politykę antybrytyjską. Niemal cały wiek XIX to rywalizacja rosyjsko-brytyjska. Rosja sprzedała Alaskę USA, aby nie wpadła w ręce Anglików.

PAP: Czy choćby przez moment był cień nadziei na przerodzenie się powstania styczniowego w ogólnoeuropejską wojnę, o której marzyli Polacy?

Prof. Leśniewski: Nie, ponieważ nie był to właściwy moment. Tylko w jednej chwili, gdy znana stała się konwencja Alvenslebena (porozumienie między Rosją i Pusami z lutego 1863 r., dot. możliwości wzajemnego przekraczania granic przez siły zbrojne tych mocarstw, w celu zwalczania polskiego powstania - PAP) w środowiskach rządowych Francji nastroje antyrosyjskie nasiliły się. Nawet wtedy jednak nastrój ten nie przekroczył granicy werbalnych deklaracji skutkujących jedynie krótkotrwałym zbliżeniem brytyjsko-francuskim. Wielka Brytania nie była jednak zainteresowana konfliktem europejskim, lecz budowaniem równowagi sił na kontynencie.

Konwencja Alvenslebena niepokoiła ją, ponieważ była naruszeniem tej równowagi. Poza tym Wielka Brytania miała świadomość, że jest nieprzygotowana do wojny. Dopiero zaczynały się reformy wojskowe Cardwella, po których armia miała stać się realną siłą. Znamy powiedzenie Bismarcka, który stwierdził, że gdy Brytyjczycy wylądują w Danii, to wyśle oddział policji, aby ich aresztować. Była to bowiem armia kompletnie anachroniczna, szczególnie na tle potężnej floty. Wielka Brytania prowadziła wówczas politykę poprzez swoje wpływy gospodarcze. Francja zaś gotowa była jedynie na lokalne konflikty, takie jak we Włoszech. Napoleon III przy całej swojej nieobliczalności nie był gotowy do takiej wojny. Wkrótce później ze znacznie większej od powstania wojny austriacko-pruskiej nie wynikł żaden wielki konflikt, choć byłby to znacznie lepszy moment na jego wybuch. Odpowiedź jest więc krótka: nie było szans na wojnę o sprawę polską.

Rozmawiał Michał Szukała

Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności

Więcej na temat:powstanie styczniowe