Kiedy w roku 1921 dostałam od rodziców dom w posagu, u jego dołu biegła leśna ścieżka, pełna bezdennych kałuż i łukowatych korzeni. Przy każdym kroku wpatrywałam się w odbite na powierzchni wody światy, które pod dotykiem moich ciekawskich palców, zamieniały się w chaos tysięcy kolorów. Na opuszkach zostawała mi tylko czerń błota.

Zdjęcie

"Nasz dom zostanie zburzony" /Archiwum autora
"Nasz dom zostanie zburzony"
/Archiwum autora

Dzisiaj myślę o tych wszystkich niekończących się podróżach wozem drabiniastym, które przebywałam, jadąc ścieżką do domu, godzinami wpatrywałam się w niebo, czując wkuwające się w moją skórę siano. Czas wydawał się upływać powoli, droga była długa i wijąca się.

Dzisiaj kończę sto czternaście lat i chociaż mnie nie widać, ani nie słychać, wciąż czuję się obecna, czuję, jakbym była wszędzie dookoła, w każdej jednej drobince kurzy osiadłej na zapomnianym w kącie meblu, w każdej jednej roślinie na parapecie, siłującej się z okienną szybą między światłem dnia a cieniem wnętrza domu, w każdym jednym odgłosie skrzypiącej pod ciężarem stóp podłogi. Wszystko dookoła żyje, wszystko kryje w sobie historię.

Reklama

Koperta ze zdjęciem

Biblioteczka w domu babci i dziadka, na półce książka Antoniego Seroki "32 dni obrony Helu", wewnątrz koperta ze zdjęciem. czytaj więcej

W latach pięćdziesiątych, kiedy świat dookoła mnie na dobre pokrył się czerwoną farbą i zaczął się do mnie zwracać głosem, którego wcześniej nie znałam, głosem pełnym doniosłych głośnych planów i cichych noży wbijanych w plecy, drogę pod domem wyłożono brukiem. Całymi godzinami obserwowałam pracujących w dole robotników, kładących kamień po kamieniu na jasnym piasku. Czułam, jak z każdym kamieniem przybywa mi lat. Czułam, jak z każdym kamieniem giną wszystkie odbite w kałuży szanse na lepszy świat.

Nasz dom zapełniał się przedmiotami, każdy dzień przynosił nową historię, która znajdowała swoje miejsce gdzieś między czterema ścianami, ukrywała się w nowych meblach, zasuszonych kwiatach, w pamiątkach z podróży do zamkniętych granic. Oprócz przedmiotów, naszą przestrzeń wypełniali przydzielani nam lokatorzy, którzy wprowadzali się do naszych pokoi i na wiele lat stawali się właścicielami naszej historii. Swój własny pokój wydzieliłam, budując ścianę ze starej szafy i nędznej firanki, tam ukrywałam się każdego dnia przed wścibskim okiem obcych.

W latach sześćdziesiątych, kiedy świat za oknem zszarzał, a czerwone obietnice zamieniły się w puste półki na sklepach i długie kolejki po nic, drogę wyasfaltowano. Każdego dnia, wszyscy mieszkańcy naszego miasta witali poranek gonitwą za uciekającymi autobusami i  za zbyt pełnymi pociągami, wszyscy codziennie rano oglądaliśmy swoje zaspane i zmęczone twarze siedzące naprzeciwko siebie, myśląc, że nic już nigdy się nie zmieni. Nikt nie ważył się jednak narzekać, uszy były wszędzie dookoła, a każdy podmuch wiatru był podejrzany.

Czas uciekał dziwnie wolno, pamiętam plecy każdego człowieka, za którym stałam w długiej sklepowej kolejce, pochłaniałam oczami każdy szczegół jego ubioru, wzrok gromadził we mnie nudę, musiałam ją zabijać oczami wyobraźni. Wieczorami patrzyłam na drogę u dołu mojego domu i marzyłam o dalekiej podróży, chciałam, aby droga tak naprawdę dokądś prowadziła, chciałam, aby droga mnie stąd wywiozła, przekraczając granicę kraju lub granicę życia.

Kiedy w latach osiemdziesiątych ją ulepszono, za oknem zaczęły pojawiać się samochody. Identyczne pojazdy jeden za drugim sunęły z głośnym warkotem w dole balkonu. W gorące wieczory stałam oparta o balustradę i liczyłam każdy jeden z nich, chcąc wiedzieć, ile machin zdąży przejechać drogę w ciągu minuty. Z każdym rokiem ta liczba wzrastała dwukrotnie, państwo żyło iluzją postępu, obywatele gromadzili sztuczne szczęście. Musieliśmy przywyknąć do hałasu silników. Mój sen stał się bardziej kruchy i płytki, moje bezsenne oczy śledziły odbijające się od sufity światła przejeżdżających samochodów.

Niebawem jednak czasy miały się zmienić, wszyscy mieliśmy odetchnąć wolnością. Mieliśmy odzyskać coś, czego nigdy nie mieliśmy. Dla mnie to były kałuże, w których odbijało się wszystko to, czego nie miałam. Dla mnie to były korzenie, o które mogły potykać się moje nogi. Chciałam odzyskać powolny czas, odbijający się w moich leżących na sianie oczach. Wszyscy mieliśmy się zachłysnąć nową wizją świata.

Na wizytę ciotki Zofii

Scenka ze zdjęcia nieodparcie przywodzi na myśl "Autoportret z rodziną" Jerzego Dudy-Gracza, choć z pewnością nie był to zamierzony efekt artystyczny. czytaj więcej

Dzisiaj w dzień moich sto czternastych urodzin moje prawnuki dowiedziały się, że droga zostanie poszerzona o dwa dodatkowe pasy z każdej ze stron. Jej przepustowość jest zbyt niska, a dzisiaj każdy ma przecież samochód, świat należy modernizować. Dzisiaj wszystkim szkoda czasu, aby zaczekać na nadjeżdżający pociąg, dzisiaj wszystkim szkoda energii, aby gonić uciekający autobus. Dzisiaj wszystkim szkoda czasu na przeszłość.

Nasz dom zostanie zburzony, bo leży na samym środku jednego z pasów.

W swoje sto czternaste urodziny zrozumiałam, że niedługo odejdę na zawsze, zniknę z każdą jedną ścianą, podłogą, oknem. Zniknę z każdą jedną historią, które zbierałam przez te wszystkie szare dni. Moja nieśmiertelność kończy się dzisiaj, pamięć o mnie zaleje asfalt. W swoje sto czternaste urodziny zrozumiałam, że czasy się zmieniły, jednak ja nigdy nie odzyskałam tego, co dla mnie było najcenniejsze.

Adam Łuczak

-------------------------

Prezentowana opowieść to praca wyróżniona w konkursie "Historia Jednej Fotografii". Listę nagrodzonych artykułów znajdziesz tutaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Historia jednej fotografii