​Jesteśmy w Poznaniu, przy ulicy Gdyńskiej. Jest rok 1946. Czerwiec. Mimo radosnych okoliczności spotkania, twarze dorosłych nie są wesołe. Dom, należący od lat 20-tych do rodziny, wciąż nie podniósł się i już nie podniesie z wojennych szkód.

Zdjęcie

Rodzina. Poznań, rok 1946 (fot. z archiwum autorki) /INTERIA.PL
Rodzina. Poznań, rok 1946 (fot. z archiwum autorki)
/INTERIA.PL

Zajęty w czasie walk o Poznań przez niemiecką artylerię, potem przez radzieckich sołdatów. Po wojnie zasiedlony lokatorami z urzędu, nieremontowany przez lata, będzie popadał w ruinę, a kiedy uda się go odzyskać na początku lat 90-tych, będzie można go już tylko sprzedać...

Pośrodku z poważną miną siedzi główny bohater uroczystości - ukochany brat mojej mamy - Ryszard. To jego oczami patrzę na zgromadzoną tutaj rodzinę. To z jego opowieści czerpię o nich wiedzę, łapię nitki i wątki z życia tych, którzy i mnie ukształtowali, już choćby przez to, że płynie we mnie ich krew.

Reklama

Z lewej strony siedzi senior rodu: wuj mojej babci - Maksymilian Krajewski. Powstaniec wielkopolski. Ale powiedzmy sobie szczerze - to raczej żyłka awanturnicza, a nie patriotyczne zapędy pchnęły Maksymiliana do powstania. Podobno zastanawiał się też nad wyjazdem z odsieczą dla Lwowa...

Urodzony optymista, frant i gawędziarz, jakkolwiek jego zafrasowany wygląd na zdjęciu wcale tego nie zaświadcza. To on nabył śliczny dom z ogrodem na przedmieściach Poznania, a po swoim zmarłym bracie Konstantym przygarnął i wychował jak własne dziecko małą Praksię - moją babcię (stoi pośrodku, w białej bluzce).

Prakseda z Krajewskich. Człowiek, jak mówił wuj Ryszard, dobroci wprost anielskiej, która i mnie zdążyła jeszcze ogarnąć. To babcia potrafiła użalić się nad losem zabitego królika w chwili, kiedy Niemcy wyrzucali ją i dzieci z domu. Przetrwała paniczną ucieczkę z Poznania w pierwszych dniach wojny - z noworodkiem (moją mamą, która tu na zdjęciu nachmurzona siedzi na "ryczce") w koszyku i czteroletnim Rysiem u boku, a potem doczekała się szczęśliwego powrotu ukochanego męża z niemieckiej niewoli.

Mój dziadek - Zygmunt Czarnecki - stoi obok niej z poważną miną. Kupiec po dobrej, poznańskiej handlówce, starający się w powojennym chaosie handlować, czym popadnie: od aromatów do ciast po części do rowerów. "Ojciec harował do nieprzytomności" - w każdej opowieści wuja Ryszarda pojawiały się te słowa. Zadziwiające, że w tym czasie, a i później również, dziadek pisał wiersze! Przepięknym, kaligraficznym pismem. Jakimż dla mnie zaskoczeniem było ich odkrycie!

Nie miał najlepszego kontaktu ze swoimi braćmi - był od nich znacznie młodszy. Franka - uśmiechającego się tu półgębkiem - nieodmiennie nazywał "głupim Frankiem", co datowało się od pamiętnej sceny przy rodzinnym stole, kiedy to Franek oświadczył, że podpisał volkslistę, na co mój krewki dziadek wypadł zza stołu i trzepnął go z całej siły w twarz, wrzeszcząc: "A teraz leć na gestapo i powiedz, że ci za to w mordę dałem!"

"Zygmuś, no co ty mówisz, kto by miał na ciebie na gestapo iść..." - łagodziła najczystszą polszczyzną niemiecka żona Franka - Teresa z Genslerów (którą widzimy na zdjęciu stojącą obok niego).

A rodzina była w każdym niemal pokoleniu z Niemcami przekrzyżowana, co dla nikogo nie stanowiło problemu, póki nie wybuchła wojna. Niemcy mówili po polsku, Polacy po niemiecku.

O, ta ciotka siedząca po prawej, to też Niemka - żona drugiego dziadkowego brata. U dołu, z lewej strony uśmiechnięta blondyneczka z wielką kokardą, krzyżuje nogi. Wojna, choć tak wielu przekreśliła życiowe plany, przed nią - paradoksalnie - otworzyła perspektywy. Gdyż Emilka była przed wojna wstydliwą i skrzętnie ukrywaną tajemnicą swojej matki (starszej siostry Zygmunta) - panieńskim dzieckiem! Oddana przed wojną na wychowanie do gospodarzy na podpoznańską wieś, pośród wojennego zamętu, przewartościowania spraw i dużo ważniejszych trosk niż czyjeś panieńskie dziecko, ni stąd ni zowąd przywieziona przez swoja matkę, oficjalnie zaistniała w rodzinie.

Spójrzmy na stojącą po prawej stronie ciotkę ze smutną, ściągniętą twarzą. To Kazia Gadomska - starsza siostra dziadka, która matkowała mu po przedwczesnej śmierci ich mamy. Kazia - elegancka, samodzielna, wykształcona. Przed wojną żona zamożnego urzędnika bankowego. Po wojnie, która, pozbawiła ją męża i całkowicie zmiotła jej wygodny i uporządkowany świat, wtłoczona przez nowe władze do jednego pokoiku swojego sześciopokojowego mieszkania, które odtąd przez lata będzie musiała dzielić z lokatorami, będzie opancerzać się coraz większą goryczą.

Żal mi strasznie ciotki Kazi na tym zdjęciu - przeżyje jeszcze czterdzieści samotnych lat, a z czasem opuści ją także, stojąca tu z lewej strony ciotka Zemlerska - stara panna gołębiego ponoć serca, prowadząca po wojnie zakład kapeluszniczy.

Z obecnych na zdjęciu żyje może Felek - syn Franka - ten wesoły chłopczyk siedzący obok Emilki. Kontakt z nim dawno niestety straciliśmy.

Czuję głęboką więź z moimi krewnymi na zdjęciu. Odnajduję w sobie ich cechy i zachowania. Nie ma tu wprawdzie żadnych nadzwyczajnych osiągnięć, ani przeżyć, ani historii. Ale to moi bliscy.

Ja z nich.

Renata Zychla

------------------------------

Prezentowany artykuł zdobył wyróżnienie w konkursie Historia Jednej Fotografii". Listę nagrodzonych znajdziesz tutaj

Artykuł pochodzi z kategorii: Historia jednej fotografii