Dwóch marynarzy zginęło u wybrzeży Bornholmu w pożarze polskiego drobnicowca MS "Reymont". Jednak dramat załogi nie skończył się na morzu.

Zdjęcie

Z powodu błyskawicznie rozprzestrzeniającego się ognia załodze nie udało się wysłać sygnału SOS (zdjęcie ilustracyjne) /AFP
Z powodu błyskawicznie rozprzestrzeniającego się ognia załodze nie udało się wysłać sygnału SOS (zdjęcie ilustracyjne)
/AFP

Zwodowany w 1958 roku drobnicowiec MS "Reymont" wyszedł w morze w drugim dniu świąt wielkanocnych 16 kwietnia 1979 roku. Portem docelowym był niemiecki Rostok, gdzie na "Reymonta" miano załadować towar od azjatyckiego eksportera.

Około godziny 20.20 z jednej z kajut marynarskich zaczął wydobywać się dym. Dwóch marynarzy, którzy zauważyli pożar, przystąpili do akcji gaśniczej, nie powiadamiając jednak kapitana Zbigniewa Kurowskiego.

Reklama

W między czasie pożar rozprzestrzenił się. Gaszący otworzyli bowiem bulaj, co spowodowało przeciąg, a w konsekwencji rozprzestrzenienie się pożaru poza kajutę. Wówczas poinformowano o sytuacji mostek kapitański, ale na "Reymoncie" wciąż nie ogłoszono alarmu pożarowego.

Z powodu błyskawicznie rozprzestrzeniającego się ognia załodze nie udało się wysłać sygnału SOS. Tymczasem załoga stopniowo przemieszczała się z ogarniętej pożarem części pokładu na dziób statku.

W tym czasie MS "Reymont" przepływał obok wyspy Bornholm. Lokalne służby zauważyły pożar i podjęły akcję ratowniczą. Wkrótce jednostki ratunkowe wyruszyły z portów w Ustce i Świnoujściu. Sytuacja była krytyczna, ponieważ istniała obawa wybuchu ponad 400 ton paliwa.

Na pokładzie podjęto decyzję o ewakuacji. Jak się okazało, brakowało jednak dwóch członków załogi. Poszukiwania ich uniemożliwiał pożar. Ewakuację utrudniała pogoda - wiał silny wiatr powodujący wysokie fale. Ostatecznie załoga opuściła pokład za pomocą śmigłowca. Pożar "Reymonta" ugaszono dopiero po kilku godzinach. Strażacy w czasie akcji natrafili na dwa ciała zaginionych wcześniej członków załogi.

Ekspertyza wykazała, że przyczyną pożaru był znajdujący się w kajucie piecyk elektryczny. Przepisy zakazywały korzystania z tego typu ogrzewania na pokładzie.

W lipcu 1979 roku kapitan Kurowski stanął przed Izbą Morską. 21 sierpnia zapadł wyrok, w którym Kurowskiego obciążono winą za utratę drobnicowca i pozbawiono na półtora roku praw do pełnienia funkcji kapitańskich. Załamany Kurowski po usłyszeniu orzeczenia popełnił samobójstwo, strzelając sobie z pistoletu w głowę. Natomiast zniszczony pożarem MS "Reymont" został sprzedany do Hiszpanii na złom.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kartka z kalendarza