Zamachowcy z Ukraińskiej Organizacji Wojskowej dokonali nieudanego ataku bombowego na wizytującego Lwów prezydenta Stanisława Wojciechowskiego.

Zdjęcie

Pobyt prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego we Lwowie /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Pobyt prezydenta RP Stanisława Wojciechowskiego we Lwowie
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

5 września 1924 roku Stanisław Wojciechowski po raz pierwszy odwiedził Lwów. Niedaleko ulicy Kopernika i Legionów w stronę limuzyny, którą podróżował prezydent, rzucono ładunek wybuchowy. Bomba na szczęście nie wybuchła.

Kto stał za próbą terrorystycznego ataku na głowę państwa? Początkowo sądzono, że odpowiedzialnym jest pracownik spółki handlowej Meinla i studenta prawa pochodzenia żydowskiego Stanisław Steiger. Mężczyzna został aresztowany i przez cały czas trwania procesu, czyli przez 15 miesięcy, przebywał w więzieniu. Groziła mu nawet kara śmierci, ale wtedy na jaw wyszły nowe okoliczności zamachu. Trop wiódł do Niemiec.

Reklama

Tam bowiem na początku października zatrzymano nielegalnie przekraczającego granicę Ukraińca Teofila Olszewskiego. Ten zeznał Niemcom, że próbował dokonać zamachu na prezydenta Wojciechowskiego z inspiracji Ukraińskiej Organizacji Wojskowej. Skonfliktowani wówczas z Polską Niemcy postanowili wykorzystać osobę Olszewskiego do ataków na II Rzeczpospolitą, nadając zamachowcy status... uchodźcy politycznego.

Zachodni sąsiad Polski nie ujawnił Warszawie faktu przetrzymywania Olszewskiego. Co więcej, w prasie niemieckiej zaczęły pojawiać się dyskredytujące państwo polskie artykuły na temat Steigera, którego opisywano jako niewinną ofiarę nieudolnego polskiego wymiaru sprawiedliwości.

29 sierpnia 1931 r. Zamach na Tadeusza Hołówkę

W Truskawcu koło Drohobycza ukraińscy nacjonaliści zamordowali działacza PPS Tadeusza Hołówkę. Poseł Bezpartyjnego Bloku Wspierania Rządu i jeden z bliskich współpracowników Józefa Piłsudskiego był zwolennikiem porozumienia z Ukraińcami na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Z tego powodu stał się... czytaj więcej

Niemcy pewnie dalej krytykowaliby Polskę, gdyby nie żądanie posłów opozycyjnej socjaldemokracji w parlamencie, która zmusiła niemiecki rząd do ujawnienia tożsamości zamachowcy.

To jednak nie był koniec niemieckich "gierek". Pomimo zdecydowanego żądania polskiego resortu spraw zagranicznych, zwlekano z wydanie akt sprawy Olszewskiego. Kiedy już je przekazano, okazało się, że zeznania ukraińskiego zamachowca zostały... wykropkowane. Tymczasem w niemieckiej prasie pojawiły się kolejne oszczercze artykuły dotyczące - tym razem - sądzenia rzekomo niewinnego Olszewskiego, które nie tylko stawiały II Rzeczpospolitą w złym świetle, ale też podsycały konflikt polsko-ukraiński.

Ostatecznie Steiger został wypuszczony z aresztu i uniewinniony, a Olszewski skazany jedynie za nielegalne przekroczenie granicy. Władzom polskim nie zależało bowiem na rozdmuchaniu incydentu zwłaszcza, że obyło się bez ofiar, a na Kresach południowych wciąż pamiętano o niedawnej wojnie polsko-ukraińskiej. Dla młodego państwa najważniejszy był wówczas spokój, a nie zaognianie wewnętrznych konfliktów.

Zresztą nawet żadną sensacji prasa albo zupełnie pominęła próbę zamachu na prezydenta Wojciechowskiego, jak warszawski "Tygodnik Ilustrowany", albo zbagatelizowała incydent określając go słowami "usiłowanie zmącenia uroczystości", jak uczyniła to "Gazeta Lwowska".

Artykuł pochodzi z kategorii: Kartka z kalendarza