Lucjan "Sęp" Wiśniewski jest jednym z ostatnich żyjących likwidatorów z kontrwywiadu Armii Krajowej, który należał do elitarnego oddziału specjalnego 993/W. Żołnierze "Wapiennika", jak nazywano tę jednostkę, wykonywali wyroki śmierci na Niemcach oraz polskich zdrajcach i konfidentach Gestapo, wydane przez sądy Państwa Podziemnego.

Zdjęcie

Od lewej Tadeusz Towarnicki ps. "Naprawa", współorganizator oddziału egzekutorów 993/W (fot. opublikowana w książce "Ptaki drapieżne") /materiały prasowe
Od lewej Tadeusz Towarnicki ps. "Naprawa", współorganizator oddziału egzekutorów 993/W (fot. opublikowana w książce "Ptaki drapieżne")
/materiały prasowe

Lucjan "Sęp" Wiśniewski brał udział w ponad 60. akcjach likwidacji skazanych wyrokami Polskiego Państwa Podziemnego. Pierwszej egzekucji dokonał, gdy miał zaledwie 17 lat.

W szczerej rozmowie z Emilem Maratem i Michałem Wójcikiem "Sęp" opowiada, jak on i jego koledzy zamieniali się w bezwzględnych żołnierzy podziemia. Co czuli, kiedy zabijali człowieka? Czy mieli wyrzuty sumienia? Czy przeżywali wątpliwości, kiedy dostawali wyrok do wykonania? Gdzie leży granica między odwagą, brawurą a okrucieństwem?

Reklama

Przedstawiamy fragment książki "Ptaki drapieżne" (Znak Litera Nova, Kraków 2016).

"Niełatwo zabić człowieka"

Emil Marat, Michał Wójcik: - W ilu likwidacjach wziął pan udział?

Lucjan "Sęp" Wiśniewski: - Pięćdziesięciu, sześćdziesięciu... Nie pamiętam. Nie zawsze ja strzelałem. Zresztą nasze akcje nie polegały tylko na strzelaniu. Czasami musieliśmy coś zrobić właśnie bez jednego wystrzału, po cichu, niekoniecznie likwidować. I to bywało trudniejsze.

(...) W 2010 roku Ośrodek "Karta" opublikował wspomnienia Stefana Dąmbskiego, człowieka z tego samego rocznika co pan. Był żołnierzem oddziału dywersyjnego AK na Rzeszowszczyźnie. Publikacja zszokowała wiele osób, były protesty środowisk kombatanckich. Szczególnie zabolały byłych AK-owców słowa: "Strzelałem do ludzi jak do tarczy na ćwiczeniach, bez żadnych emocji. Lubiłem patrzeć na przerażone twarze przed likwidacją, lubiłem patrzeć na krew tryskającą z rozwalonej głowy. Spełniły się moje marzenia: byłem człowiekiem bez skrupułów... Byłem gorszy od najpodlejszego zwierzęcia. Byłem na samym dnie bagna ludzkiego. A jednak byłem typowym żołnierzem AK. Byłem bohaterem, na którego piersi po wojnie spoczął Krzyż Walecznych, tylko jeden z czterech wydanych na cały oddział Czternastki".

- Straszne... to jest straszne... Nie chcę tego czytać. Ja wiem, co to znaczy wzrok człowieka widzącego przed sobą lufę pistoletu, wiem, co to strach przed śmiercią, widziałem to, znam takie relacje. Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział.

Zdjęcie

Emil Marat, Michał Wójcik "Ptaki drapieżne" (Znak Litera Nova, Kraków 2016)
/materiały prasowe

Dąmbski napisał, że aby być "dobrym w tej robocie", trzeba było wyeliminować strach. On sam uciekł od realności, żył imaginacją, wmówił sobie, że i tak nie przeżyje wojny, a nawet jeśli mu się to uda, to nie będzie miał żadnej przyszłości. Uwierzył, że śmierć to jedyne mądre rozwiązanie...

- Każdy z nas chciał żyć... strzelaliśmy, żeby żyć, żeby przeżyć. Inna sprawa, że mieliśmy świadomość, że to robota z grupy zawodów obarczonych największym ryzykiem. Baliśmy się, każdy się bał... Może nie każdy lubił o tym mówić. Naszym paliwem była nienawiść do Niemców i do zdrajców. No i wykonywaliśmy rozkazy.

Większe szanse przeżycia miałby pan na wsi pod Płońskiem, a nie z pistoletem w okupowanej Warszawie.

- Dobrze, rozumiem. Chcieliśmy żyć, ale żyć jako wolni ludzie.

W wielu publikacjach podziemnego "Biuletynu Informacyjnego", który uchodził podczas okupacji za organ prasowy Komendy Głównej AK i cieszył się chyba największym autorytetem oraz miał duże społeczne oddziaływanie, od 1940 roku wyraźnie widać nurt z dominującym motywem zemsty na Niemcach. Zemsty za coraz okrutniejsze zbrodnie. "Żaden żywy Niemiec nie wyjedzie z Polski", "[...] morze niemieckiej krwi poleje się nad Wisłą", "żadne względy nie mogą nas powstrzymać od odwetu za te cierpienia. Piekąca i krwawa zemsta musi z naszych rąk spaść na każdego Niemca" - to kilka cytatów. 31 lipca 1944 w tekście Dzień zapłaty padły nawet takie słowa: "Warszawa lada dzień przedstawi Niemcom swój rachunek do pokrycia. Długi, bardzo długi rachunek krwi, męczarni, poniewierki, upokorzeń [...]". Jak wiadomo, tego rachunku ostatecznie nie udało się od Niemców w czasie powstania wyegzekwować. Ale było kilkaset wyjątków. W wielu przypadkach Niemcy i ich polscy współpracownicy, kolaboranci i konfidenci taki rachunek zapłacili. Ma pan dziś satysfakcję, że oddział 993/W stale regulował te rachunki?

- Oczywiście. To satysfakcja. Ja już jestem jednym z ostatnich żyjących żołnierzy naszego oddziału likwidacyjnego kontrwywiadu Komendy Głównej AK i chyba mogę to powiedzieć w imieniu kolegów i koleżanek, również tych nieżyjących. To była wielka satysfakcja egzekwować od Niemców zapłatę za ich zbrodnie. Wielka! Co ważne, nasza praca była skuteczna, konsekwentna i robiła na hitlerowcach wrażenie. Ja to doskonale pamiętam. Wysocy funkcjonariusze Gestapo wiedzieli, że jesteśmy, wiedzieli, że mamy odbezpieczoną broń, wiedzieli, że dyszymy żądzą zemsty. Oni czuli nasz oddech na plecach. "Teraz sami widzicie, w jakich warunkach musimy tutaj pracować i jak bardzo jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwo. Warszawa to nie Kraków!" - mówili przecież gestapowcy warszawscy tym z Krakowa po akcji w "Europejskiej". Pamiętacie, że "Porawa" to napisał. Nawet jeśli takie słowa w rzeczywistości nie padły, to tak właśnie było. Warszawa to nie był Kraków!

No i nie ma przedwojennej Warszawy. A Kraków jest.

- To kwestia powstania. Tego nie oceniam i nie będę oceniał.

Trudno się z pana wyciąga informacje o pracy w "wykonawstwie". Nie lubi pan o tym mówić. Tymczasem z opracowań historyków, zwłaszcza z pracy Juliusza Kuleszy, wynika, że w 993/W naprawdę był pan asem.

- Byłem najmłodszy - to tak, czy byłem asem - nie wiem. Z moich kolegów z Chomiczówki Leszek Kowalewski do tej roboty wybrał sześciu. Ale niech się wam nie wydaje, że nas wybrał, dał broń do ręki i dawaj: strzelajcie! Nie, to był długi proces. Dziś myślę, że ten wyjazd w Lasy Rozwadowskie to był właśnie taki trening. Nie tylko szkolenie z posługiwania się bronią, szkolenie fizyczne, ale przede wszystkim trening psychologiczny.

A później kto was szkolił i jak? Juliusz "Wilczur"-Garztecki w książce Armia Krajowa i nie tylko. Za i przeciw. Opowieści oficera kontrwywiadu napisał brutalnie, że nie byliście szkoleni w jakiś szczególny sposób. Stwierdził, że "jedyne szkolenia, jakie im było potrzebne, zamykało się w jednym zdaniu: podczas wykonywania wyroku, jak się strzeliło komuś w plecy czy w brzuch, należało oddać drugi strzał w głowę, bo z tego się już nie wyliże. Po przestrzeleniu mózgu istnieje małe prawdopodobieństwo przeżycia. To było całe szkolenie. Likwidatorami byli oczywiście ochotnicy, chłopcy, którzy chcieli działać w podziemiu niepodległościowym, a my akurat uznaliśmy, że oni się do tego nadają".

- Nie. Szkolenie nie dotyczyło tylko spraw technicznych. Kurs prowadził Kowalewski. Uczył całą naszą piątkę "Ptaków". Robił ciężką robotę. Trenowaliśmy na odludziu i w domach, w piwnicach, korytarzach. Ale żadne szkolenie nie jest chyba tak naprawdę w stanie przygotować do takiej roboty. Mówię o stronie psychologicznej. Pamiętam, że "Twardy" dużo z nami rozmawiał. Dużo nam opowiadał o polskiej historii, tłumaczył różne zawiłości. Pamiętam, że mówił nam, że Niemcy mordują dziennie tysiąc ośmiuset ludzi. Pamiętam, że podał tę liczbę. To był 1942 rok, trwała zagłada Żydów. Tysiąc ośmiuset ludzi dziennie! Dziś już znamy skalę tragedii całej drugiej wojny, wtedy te liczby robiły kolosalne wrażenie.

I gdy on nam to mówił, popychał nas tak jakby w stronę przekonania, że na to niemieckie bestialstwo musimy odpowiedzieć równie mocno. On mądry był! Pamiętam pierwsze spotkanie, na którym zaproponował nam pracę w likwidacji. Powiedział: "Pamiętajcie, że będziecie strzelać do Polaków, do mężczyzn" - tym nas nie zaskoczył. Powiedział: "Będziecie nawet strzelać do kobiet, jeśli na to zasłużą". Ja to przyjąłem. Ale to było trudne. Byłem z bardzo katolickiej rodziny. Byłem ministrantem. I gdy Kowalewski powiedział, że będziemy strzelać, to ja poleciałem z tym do księdza. No bo do kogo miałem pójść z tymi wątpliwościami? A na Wawrzyszewie mieliśmy bardzo mądrego księdza, Trzepałko się nazywał. Poleciałem do niego, nie wiedząc, że on jest kapelanem AK. Poszedłem do niego z Zygmuntem Szadokierskim, "Puchaczem". Może ksiądz rozmawiał z moim dowództwem już wcześniej? Powoli zbijał moje wątpliwości i pamiętam, że użył takiego argumentu, że samo kropidło nie wystarczy na ten terror, jaki Niemcy sieją. "Trzeba do nich strzelać!" - powiedział. "A do kobiet?" - zapytaliśmy. "A co, jeśli one na to zasługują?" - odpowiedział pytaniem. Pobłogosławił nas. Na pewno rozwiał moje wątpliwości. On dał nam...

Dyspensę na zabijanie.

- Tak jakby nas skierował do tej roboty. Który ksiądz by się dziś zdobył na taką decyzję?

Z amerykańskich badań nad metodami walki podczas II wojny światowej wynika, że 75 procent żołnierzy w ogóle nie strzeliło wprost do nieprzyjaciela, a tylko 2 procent nie miało z tym problemu. Pan należy do tych, co strzelali i mieli z tym problem.

- Niełatwo zabić człowieka. Ja się bardzo szybko o tym przekonałem, moi koledzy również. Raz czekaliśmy długo na "delikwenta"... za długo. Nazywał się Grabowski. Wiedzieliśmy, że jest z wyższych sfer. Właściciel ziemski czy coś. Mówiliśmy na niego "pan hrabia". Zachciało mu się współpracować z Niemcami i im donosić.

Kiedy?

- Ja już miałem swoją piątkę, czyli wiosną ’43 chyba. Dowodziłem tym patrolem i w tej grupie wykonywaliśmy wyroki. To była zresztą pierwsza akcja w tym składzie. Pamiętam, że był Jerzy Stefan Szaniawski, "Słoń", był Jerzy Sikiński, "Wiktor". Chyba jeszcze Stanisław Salach, "Kobuz" albo Zygmunt Szadokierski "Puchacz". I ja musiałem wskazać... Zawsze jest tak, że szef wskazywał tego, kto ostatecznie strzela. Wybrałem do tej roboty Stasia Gołowicza. Miał pseudonim "Blendas". Później w powstaniu był ciężko ranny, dostał Virtuti, stracił bardzo młodą żonę. Ale wtedy był jeszcze nieostrzelany. On zresztą przyszedł do nas razem z grupą "Porawy"- Matuszczyka. To byli niedoświadczeni chłopcy...

Gdzie?

- Róg Lwowskiej i Koszykowej. Tam jest dziś Wydział Architektury Politechniki, w czasie wojny była Szkoła Techniczna. Wcześniej nasze dziewczyny wyśledziły, że Grabowski mieszka przy Lwowskiej. Była Władka Nowakiewicz, "Mira". Po Izabelli Horodeckiej, "Teresie", to ona chyba była najlepsza. To był jej "delikwent". Nie mieliśmy jego zdjęcia, ale "Mira" mogła go rozpoznać. I ona na tej Lwowskiej dyskretnie tasowała wzrokiem tłum przechodniów. A my czekaliśmy na niego w szkole, kręcąc się to tu, to tam. Czas się dłużył, to potwornie długo trwało... z półtorej godziny. W pewnym momencie postanowiłem, że kończymy na dziś. A może to Tadeusz Towarnicki, "Naprawa", zdecydował. Nie pamiętam już dziś... Tak, to chyba on.

Trzeba było dać hasło do odwrotu.

- "Mira" była na zewnątrz. Chłopcy w tym czasie porozłazili się po budynku. To znaczy stali na schodach na piętrze i jeszcze wyżej. Ja im powiedziałem, że kończymy, bo dziś nic z tego nie będzie. No to schodzimy... Pierwszy wyszedłem na zewnątrz. I w tym momencie, dosłownie zaraz, gdy otworzyłem drzwi, nadziałem się na "Mirę". Ona krzyknęła: "Idzie tam! Idzie tam!". Była blisko, tuż przy mnie, ale aż krzyknęła z wrażenia. Głośno! Grabowski rzeczywiście szedł Koszykową w kierunku dzisiejszego placu Konstytucji. I musiał przejść koło tych naszych drzwi. I jak "Mira" krzyknęła: "Idzie tam!" - to on akurat przeszedł koło nas, minął mnie i szedł dalej spokojnie. Ja... nie wiem... Jakoś tak impulsywnie postanowiłem, że kontynuuję... Bez oglądania się na chłopaków. Że to ja go zastrzelę. Ale straciłem kontakt wzrokowy z nim... i gdy podniosłem głowę, pomyliłem go z kimś innym.

To znaczy?

- Nie zdążyłem mu wcześniej zajrzeć w twarz. Wtedy gdy nas mijał. Widziałem tylko sylwetkę z tyłu. I nagle straciłem z nim kontakt, a jak popatrzyłem znowu, to wybrałem innego człowieka. Pobiegłem za nim, bo odszedł może z dziesięć kroków. I wtedy "Mira" zaczęła krzyczeć za mną: "Nie ten! Tamten!". I mi pokazuje. On wtedy się oczywiście zorientował, że to o niego chodzi, zaczął uciekać. Ja młody byłem, nie te nogi co dziś. Dogoniłem go prędko. W biegu wyciągnąłem pistolet i nacisnąłem spust. Jeden strzał. Próbuję strzelić drugi raz. Nic. Zaciął się. To wyciągnąłem drugi, ten też się zaciął. Stałem na ulicy z dwoma pistoletami!

A ludzie?

- Spokój, na początku nikt się nie połapał, o co chodzi. Ale po chwili... to są sekundy... dzieje się coś strasznego. Tuż za mną wyrasta jak spod ziemi granatowy policjant. To był błąd, że postanowiłem zlikwidować człowieka bez chłopaków za plecami. Stoję z tymi pistoletami jak zamurowany i nie wiem, co robić. A ten policjant powoli sięga do swojej kabury i mówi: "Tak to się robi!".

"Tak to się robi?". Ale co?

- No, chyba strzela.

Ale do kogo?

- Chyba do mnie chciał strzelić. Przecież on pilnował porządku.

I już pan nie żyje.

- Chłopaki w końcu nadbiegli. Pierwszy wyleciał z drzwi szkoły "Kobuz" albo "Puchacz". Nie pamiętam... Wyskoczył, zobaczył mnie bezbronnego i policjanta, który szykuje się, aby mnie zastrzelić, po prostu. I wiecie co?

Pociągnął za spust i władował w policjanta cały magazynek?

- No właśnie nie! Pokazał mu tylko, że nie jestem sam, że jesteśmy wszędzie i niech nie szarżuje. Wystarczyło. Policjant pogłaskał się po kaburze i rzucił do ucieczki w stronę zieleniaka. Pocieszne.

A Grabowski?

- Leżał na chodniku. "Puchacz" pociągnął po nim z maszynowca. Ale ja nie o tym chciałem... Mówiłem o "Blendasie". Gdy czekaliśmy tam w szkole na Grabowskiego, na to, kiedy się wreszcie pojawi, siedzieliśmy obok siebie i nieumyślnie dotknąłem swoją nogą jego nogi. I poczułem, że jemu ta noga trzęsie się straszliwie... charakterystyczne drżenie... On na mnie spojrzał. Zrozumiał, że to zauważyłem. Zapytałem: "Stasiu, co? Boisz się?". A on: "Słuchaj, żeby tu był pluton Niemców, to ja bym sam się na nich rzucił. Ale strzelać do człowieka?!". Słyszę to jego pytanie do dziś: "Strzelać do człowieka?!". Chodziło mu o to, że wyrok wykonywać...

O to chcemy zapytać. Co innego brać udział w walce, strzelać podczas wymiany ognia jak w powstaniu, a jednak co innego śledzić swoją ofiarę, tropić ją, a potem zastrzelić, często przy świadkach na ulicy. W plecy strzelić. Albo w tył głowy, jak tam na Powiślu pan pierwszy raz strzelał. Czy można się było przyzwyczaić do takich rzeczy?

- Nie. I każda "robota" to był oddzielny temat. Każda była zaplanowana. Czy można się przyzwyczaić do zabijania? Myślę, że można dojść do wprawy, ale przyzwyczaić? Nie.

Która pana akcja była najtrudniejsza? Pierwsza?

- Najtrudniejsza była na Maryniuka, bo nie mieliśmy prawa wyjść z tej akcji żywi. A pierwsza? Do pierwszej akcji, tej na Powiślu, nie byłem przygotowany. To nie ja miałem strzelać. Dobrze się stało, że nie musiałem się długo szykować, myśleć.

Ale napisał pan w swoich nieopublikowanych wspomnieniach, takie zdanie: "Najtrudniej jest wejść jedną nogą w »przestępstwo «, potem idzie już łatwo". Kiedy zaczęło panu iść "łatwo"?

- Nabiera się wprawy. Wprawy technicznej. Pod tym względem akcje, choć były przygotowywane, były rutynowe. Wielu już dziś nie pamiętam, skleiły mi się w jeden ciąg. Często nie odróżniam jednej od drugiej. Pamiętam radość, gdy dorwaliśmy jakiegoś potwornego łobuza. Cieszyłem się, gdy zastrzeliłem Śliwińskiego. To była prawdziwa szumowina. Miałem satysfakcję, że zastrzeliliśmy tego czy innego konfidenta. Wiedzieliśmy, że rozchodzi się fama: nie warto być świnią dla rodaków...


Zdjęcie

Lucjan Wiśniewski podczas rozmów z autorami książki "Ptaki drapieżne" (zdjęcie aktualne) /materiały prasowe
Lucjan Wiśniewski podczas rozmów z autorami książki "Ptaki drapieżne" (zdjęcie aktualne)
/materiały prasowe

Tak, zawsze pan podkreślał, że nie lubił pan swojej roboty, że zabijanie nie jest miłym zajęciem.

- Tak uważałem i tak uważam.

Ale do powstania pracowaliście z "Gilem" "na dwa etaty", jak sam pan mówi. Choć mieliście kategoryczny zakaz służby w dwóch oddziałach na raz. "Adrian", pana dobry znajomy, próbował nawet pracować w trzech oddziałach... Czyli chcieliście strzelać jak najwięcej!

- Wywodziliśmy się z Boernerowa. Tu była nasza siedziba, nasz matecznik. Gdy przyszła propozycja pracy w kontrwywiadzie, nie mogliśmy zostawić naszych starych dowódców i kolegów. Stąd praca "na dwa etaty". Nie z miłości do zabijania!

*   *   *

(...)W styczniu 1940 roku szef ZWZ, generał Stefan Rowecki, wysłał rządowi we Francji postulat dotyczący powołania sądownictwa podziemnego. 2 lutego generałowie Sikorski i Sosnkowski zaakceptowali plan. I rząd na uchodźstwie, i struktury krajowe zgadzały się co do jednego: należy karać szpiegów i prowokatorów. Już w maju 1940 roku podstawa prawna organizacji Sądów Kapturowych ZWZ była gotowa (dopiero w listopadzie 1941 roku generał Rowecki przeforsował zmianę tej nazwy, która kojarzyła się Polakom źle). "Biuletyn Informacyjny" w kwietniu 1941 (powtórzyła to za nim "Rzeczpospolita Polska") na pierwszej stronie  wydrukował tekst: "Podajemy do publicznej wiadomości, że czynne są w kraju Sądy Specjalne, których zadaniem jest rozpatrywanie i wyrokowanie w sprawach zdrady i denuncjacji".

W ciągu kolejnych miesięcy prawnicy podziemia doprecyzowali, na czym będzie polegać to sądownictwo i jakiego rodzaju przestępstwami zajmą się Wojskowe Sądy Specjalne. Już po aresztowaniu "Grota" ostateczna dyrektywa określiła kompetencje WSS-ów jako przeciwdziałanie czynom przestępczym "godzącym w bezpieczeństwo Sił Zbrojnych w Kraju".

W ciągu czteroletniej działalności WSS-y zbierały się ponad sto razy (w tym wiele razy w nieużywanej sali audiencyjnej przedwojennego Sądu Apelacyjnego w Warszawie), rozpatrzyły dwieście spraw, z czego w co dziesiątej zapadł wyrok uniewinniający, kolejnych 25 procent skończyło się wyrokiem śmierci, a sto spraw zostało "zawieszonych" do czasu uzyskania niepodległości. Jak podał Władysław Sieroszewski, który podczas okupacji pełnił funkcję szefa WSS Okręgu Warszawskiego, ze względu na trudności techniczne na podległym mu obszarze wykonano 60 procent zasądzonych wyroków śmierci. Tylko kilka nie zostało zatwierdzonych i sprawę rozpatrywano powtórnie.

Według ustaleń Andrzeja Krzysztofa Kunerta Wojskowy Sąd Specjalny przy Komendzie Głównej AK wydał od lata 1940 do lipca 1944 roku sto wyroków śmierci, WSS Obszaru Warszawskiego - około stu pięćdziesięciu, a WSS Okręgu Warszawskiego - około stu. Daje to około trzystu pięćdziesięciu wykonanych w Warszawie i okolicach wyroków śmierci.

Ile wyroków wykonano na terenie całego kraju? Zdaniem Leszka Gondka znamy tylko szacunkową liczbę: 2500 wykonanych wyroków WSS-ów i CSS-ów łącznie. W samym okresie od stycznia 1943 do czerwca 1944 zlikwidowano 2015 agentów i konfidentów. W wyliczeniach tych nie uwzględniono okresu powstania warszawskiego (co najmniej 51 zasądzonych wyroków, z czego wykonano 35). Gondek uważa, że zasądzonych wyroków było więcej: od trzech do trzech i pół tysiąca, samych rozpatrywanych spraw zaś około pięciu tysięcy.

Jak wyglądały rozprawy WSS-ów?

Zgodnie z prawem Sąd Kapturowy ZWZ, który z czasem zmienił nazwę na WSS, składał się z prokuratora, sędziego śledczego, obrońcy i składu orzekającego - przewodniczącego i dwóch sędziów. Jeden z nich był profesjonalnym, przedwojennym prawnikiem, drugi - nie musiał. Wszyscy byli członkami ZWZ. Zanim zebrał się sąd, odbywało się dochodzenie "ściśle i bezwzględnie tajnie" oraz zaocznie. Jego wyniki przedkładał prokuratorowi sędzia śledczy; prokurator sporządzał akt oskarżenia albo zwracał materiały do ponownego rozpatrzenia lub opracowania. W razie komplikacji lub większych wątpliwości powoływano biegłego. Ten na sporządzenie ekspertyzy miał czterdzieści osiem godzin. Pośpiech wskazany był z przyczyn oczywistych: na wojnie sytuacja rozwija się dynamicznie i opóźnienia mogły skutkować stratami.

(...)

Sądy zbierały się w godzinach przedpołudniowych po to, aby nad prawnikami nie ciążył pośpiech wynikający ze zbliżania się godziny policyjnej. Nie znamy ani jednego przypadku wezwania na rozprawę oskarżonego. Rozprawa, wraz z wydaniem wyroku, trwała do trzech godzin. Strony zachowywały się jak w normalnym sądzie: przemawiał oskarżyciel, potem obrońca, sąd wyrabiał sobie opinię. Kolejnym etapem była tajna narada składu orzekającego. Głosowanie, jeśli się odbywało, dotyczyło jedynie winy oskarżonego. Protokołu rozprawy nie sporządzano. Wyrok zapadał większością głosów. Wyrok był prosty: uniewinnienie lub skazanie na śmierć. Nie było odwołania. Wyrok stawał się prawomocny i ostateczny. Wtedy do akcji wkraczały oddziały specjalne. Jednym z nich, powołanym w ramach kontrwywiadu Komendy Głównej, był 993/W. Gdy Leszek Kowalewski, "Twardy", a po nim Stefan Matuszczyk, "Porawa", otrzymali taki wyrok, skazany stawał się  "delikwentem". W archiwach zachowały się oryginały wyroków. Przy nazwisku w wielu miejscach widnieje znaczek krzyża, względnie litera V. Oznacza wykonanie wyroku. W żargonie wykonawców: "zrobienie".

(...)

*   *   *

W wielu powojennych wspomnieniach mowa jest o likwidacjach, które zawsze poprzedzało przeczytanie wyroku. I na filmach też to widać. Był czas na czytanie całej sentencji: "W imieniu Rzeczypospolitej..."?

- Nie, nie przypominam sobie. Ani razu. To jest tylko legenda.

Przecież Stefan Korboński nawet zatytułował swoją książkę: "W imieniu Rzeczypospolitej..."


- Nigdy nie było nawet takiego polecenia, żebyśmy skazanym na śmierć czytali sentencję wyroku Sądu Wojskowego czy Cywilnego. Nie było ani czasu, ani możliwości... Żadnego czytania wyroków nie było. Była taka jedna sytuacja, rzeczywiście, ale nie czytaliśmy wyroku "delikwentowi", tylko wytłumaczyliśmy jego żonie, że wykonujemy wyrok w imieniu Rzeczypospolitej... To było wiosną 1944 roku. To była dziwna, nietypowa akcja. Poszedłem tylko z "Naprawą".

Tylko we dwóch? Wbrew zasadom.

- Wezwał mnie "Naprawa". Tradycyjnie, do naszego zakonspirowanego lokalu na Elektoralnej 7. Mieli przyjść inni, ale jakoś tak się stało, że ich nie było. Przychodzę i "Naprawa" mówi: "Chodź, idziemy, tu masz pistolet". Zapamiętałem, bo po raz pierwszy dostałem pistolet z tłumikiem. Naprawa też taki miał. Pojechaliśmy na Sadybę, chyba na ulicę Okrężną. "Co mamy robić?" - pytam. "Zastrzelimy jednego drania" - powiedział "Naprawa". Dojechaliśmy i wchodzimy do willi niby jako funkcjonariusze Kripo. W środku jest mężczyzna, jego żona i dwoje dzieci. Siedem i dwanaście lat. Pamiętam ich wystraszone twarze.

Wiedział pan, o co jest oskarżony ten człowiek?

  - Nie! A widzę te wystraszone dzieci. Dwóch obcych mężczyzn pakuje im się do mieszkania... Tadeusz wziął tego mężczyznę pod bronią do piwnicy. Ja zostałem z jego żoną na górze, zaczęliśmy rozmawiać. Ona trochę się uspokoiła, bo rozmawialiśmy przyjaźnie, żadnych wrzasków, gestapo czy policja przecież krzyczała, biła... I ona mi powiedziała, że w jej rodzinie była jakaś wsypa, że niedawno byli tu gestapowcy... Aresztowali ciotecznego brata, kogoś ze strony ojca... "Naprawy" długo już nie ma, mijają minuty, nic się nie dzieje. Nagle słyszę strzał. Potem drugi. Strzały nie były głośne, ale słyszeliśmy je. Ona się poderwała, to nią wstrząsnęło. Po pięciu minutach "Naprawa" wrócił z piwnicy, już bez głównego lokatora. Żona się zorientowała, że przyszliśmy zabić jej męża.

Nie krzyczała, nie wzywała pomocy?

- Wszystko było dziwne. Pamiętam, że rozmawiałem z nią przyjaźnie, czułem, że szukała jakby we mnie oparcia. "Naprawa" wchodzi i od razu zwracam się do niego, melduję to, czego się dowiedziałem: "Panie poruczniku, okazuje się, że w tej rodzinie była wpadka, tu byli gestapowcy". I wtedy "Naprawa" zwrócił się bezpośrednio do niej: "Proszę pani, czy pani wie, kto wsypał waszą rodzinę?". "Nie, skąd, co to znaczy »wsypać«"? "On, ten drań, był konfidentem, proszę pani, on wsypał" - powiedział.

Co ona na to?

- Oczy jej się otwierają, widzę, że coś zaczyna kojarzyć, jakby sięgała pamięcią. Coś w końcu skojarzyła, za głowę się złapała. Pyta: "Gdzie on teraz jest?". "Naprawa": "Zastrzeliłem go, jest w piwnicy". I wtedy wyjaśnił tej kobiecie, że przyszliśmy wykonać wyrok w imieniu Polski Podziemnej.

Wymówił tę formułę? I powiedział całą sentencję?

- Nie pamiętam. Zapamiętałem co innego. Gdy tylko dotarło do niej, że mąż nie żyje, że przed chwilą został zastrzelony, krzyknęła: "Boże, za co ja go pochowam?!". Mieliśmy się już wycofać, ale przypomniałem sobie, że mam przecież żołd dla chłopaków, to już był okres, gdy jako żołnierze kontrwywiadu dostawaliśmy pieniądze, Tadeusz wręczył mi pulę dla mnie i dla chłopaków z mojego patrolu. Całomiesięczny żołd. Miałem te pieniądze przy sobie i jakoś tak, nie namyślając się, wyciągnąłem i jej dałem. To była duża kwota. Ze trzy pensje. Wzięła. Na koniec okazało się, że będę za to postawiony do raportu. Bo zachowałem się nieregulaminowo.

"Sprzeniewierzył" pan pieniądze. Kupił pan sobie spokój sumienia za pieniądze kumpli?

- Niczego nie kupowałem. Spotkanie z przełożonymi się odbyło. "Oskar" Zakrzewski dał mi naganę. Jakiś czas potem Stefan Ryś, "Józef", wziął mnie na stronę i powiedział: "My nie jesteśmy instytucją charytatywną". Użył takiego sformułowania. A finał tej sprawy był taki, że wypłacili mi ponownie żołd i mogłem chłopakom oddać pieniądze. Aha, a potem okazało się, że w tym domu, w którym wykonaliśmy wyrok na konfidencie, mieszkał właśnie Ryś. Wynajmował mieszkanie. Może stąd wiedział wcześniej, jak się sprawy mają z tym mężczyzną.

Czyli idąc na tę akcję, nie mieliście pisemnego wyroku?

- Nie, nigdy, żadnych kartek. Na akcję szło się bez dokumentów i bez żadnych papierów. To było niebezpieczne. Jakieś odczytywanie wyroków na filmach to śmieszne. W razie wsypy taki dokument to przecież "wyrok śmierci" na siebie samego. To może dobrze wygląda na filmie. Tak naprawdę nigdy nie było na to czasu, zresztą nie można było z "delikwentem" wdawać się w jakieś polemiki. Pamiętajcie, że my wykonywaliśmy wyroki, wierzyliśmy w cały system sprawiedliwości, wierzyliśmy naszym zwierzchnikom, byliśmy trybami maszyny sprawiedliwości. Sądownictwa Polski Podziemnej. I ja żadnego papieru nie potrzebowałem.

------------

Emil Marat, Michał Wójcik "Ptaki drapieżne" (Znak Litera Nova, Kraków 2016)

Artykuł pochodzi z kategorii: Książka do historii