3 grudnia 1917 r. w Żywcu, w domu rodziny Brasse przyszedł na świat chłopiec - ku czci cesarza, nadano mu imię Wilhelm. Jako dwudziestotrzyletni mężczyzna, w jednym z pierwszych transportów, trafił do KL Auschwitz. Kilka miesięcy później znalazł się w specjalnym komando, wykonującym m.in. fotografie więźniów, oraz dokumentację doświadczeń medycznych.

Zdjęcie

Zdjęcia policyjne więźniów KL Auschwitz - zamiieszczone w książce "Fotograf z Auschwitz" /materiały prasowe
Zdjęcia policyjne więźniów KL Auschwitz - zamiieszczone w książce "Fotograf z Auschwitz"
/materiały prasowe

Wilhelm Brasse, dzięki swym umiejętnościom - głównie znajomości języka niemieckiego, znajomości tajników fotografowania, a także mocnemu charakterowi i sile woli, przeżył ponad cztery lata w obozie, pozostając w nim aż do ewakuacji w styczniu 1945 r. "Portrecista z Auschwitz" po zakończeniu wojny nie wykonywał już więcej zdjęć. Przez obiektyw zamiast fotografowanych osób widział obrazy przeszłości - twarze więźniów obozu.

Fotograf z przypadku

Dziadek Wilhelma - Karol Brasse pochodził z Alzacji, po wojnie francusko-pruskiej wraz z innymi osadnikami udał się na żywiecczyznę. Znalazł zatrudnienie na stanowisku ogrodnika w dobrach Habsburgów w Żywcu.

Reklama

W domu rodzice rozmawiali ze sobą i dziećmi po polsku, ale ojciec i dziadek Wilhelma czasami komunikowali się także w języku niemieckim. W jego rodzinie dużą wagę przywiązywano do wykształcenia, dlatego Wilhelm Brasse uczęszczał najpierw do szkoły podstawowej, a później do miejscowego gimnazjum, gdzie uczył się języka niemieckiego.

"Najlepiej z dzieciństwa pamiętam mamę. Uczyła mnie od dziecka pracowitości, pobożności i czystości. A poza tym z okresu dzieciństwa najprzyjemniej myślę o ojcu. Pięknie grał na skrzypcach i flecie" - wspominał po latach.

Pochodził z dobrze sytuowanej rodziny, jednak światowy kryzys gospodarczy znacząco pogorszył ich sytuację materialną. Kiedy ojciec utracił pracę, Wilhelm musiał zaprzestać nauki w płatnym gimnazjum.

Kilka miesięcy później rozpoczął praktykę zawodową w zakładzie fotograficznym "Foto-Korekt" w Katowicach, którego właścicielką była siostra ojca. Sumienność, pracowitość oraz odrobina szczęścia - Wilhelm Brasse trafił w ręce fachowca - Edwarda Siudmaka, który wszechstronnie go wykształcił w takich dziedzinach jak operatorka, zdjęcia portretowe, prace laboratoryjne oraz retusz, sprawiły, że po trzech latach praktyk został czeladnikiem.

"Dążyłem do tego, by stać się mistrzem fotograficznego portretu. W tamtych czasach to była osobna profesja i wyższy stopień wtajemniczenia". Fotografowanie stało się dla niego nie tylko sposobem na zarobienie pieniędzy, ale także wielką pasją.

Więzień nr 3444

Burzliwą i radosną młodość spędzaną głównie w Katowicach i na żywiecczyźnie, przerwał wybuch II wojny światowej. Wkrótce po zajęciu Śląska, Niemcy przystąpili do sporządzania spisów ludności, w których wymagano m.in. określenia przynależności narodowej. Ze względu na pochodzenie rodziny, urzędnicy sporządzający listy namawiali Wilhelma Brasse, do zadeklarowania narodowości niemieckiej. Niewątpliwie, miałoby to dla niego wymierne korzyści, jednak Brasse jednoznacznie określił siebie jako Polaka.

Zdjęcie

Anna Dobrowolska "Fotograf z Auschwitz" Wydawnictwo Rekontrplan, partner wydawnictwa: Instytut Pamięci Narodowej /materiały prasowe
Anna Dobrowolska "Fotograf z Auschwitz" Wydawnictwo Rekontrplan, partner wydawnictwa: Instytut Pamięci Narodowej
/materiały prasowe

"Urzędnik niemiecki, który oglądał moje papiery, nie chciał ich ode mnie przyjąć i tłumaczył mi, że przecież dziadek był Austriakiem, ojciec był Austriakiem, ja nieźle mówię po niemiecku, więc nie jestem Polakiem" - wspominał po wojnie.

Ta decyzja okazała się mieć bardzo poważne skutki w przyszłości. Przez kilka następnych miesięcy okupacji Brasse przebywał w domu, skąd wyruszał często na Słowację, by przemycać towary żywnościowe i tym samym zdobywać środki na utrzymanie rodziny. Planował przy tym, by przedostać się na Węgry, tam zaciągnąć do armii polskiej i walczyć o wolność ojczyzny.

Tuż przed Wielkanocą 1940 r. wraz z bratem, wujem i kolegą wyruszyli w drogę. Niestety, zostali zadenuncjowani przez Łemków mieszkających w jednej z przygranicznych wsi i oddani w ręce Niemców.

Z więzienia w Tarnowie, 29 sierpnia 1940 r. Wilhelma Brasse wywieziono do KL Auschwitz. Transportem dojechał do obozu dwa dni później.

"Wywoływano nazwisko, każdy podchodził, oddawaliśmy ubranie a dostawaliśmy bieliznę i strój więźniarski. Ci, którzy mieli włosy na głowie zostali od razu ostrzyżeni" - wspominał swoje pierwsze chwile w obozie. Na terenie Auschwitz zabrano mu nie tylko posiadane przedmioty, ale także odebrano imię i nazwisko, a w zamian oznaczono go numerem 3444, który na kolejne lata stał się jego identyfikatorem.

Nie uśmiechać się, nie płakać...

Brasse początkowo pracował w komando zajmującym się budową dróg i baraków, później był zatrudniony m.in. w stolarni, kuchni, oraz przy transporcie zmarłych. Dopiero w lutym 1941 r. trafił do specjalnego komando, kierowanego przez Niemca Bernharda Waltera, którego członkowie mieli za zadanie fotografować przywożonych i rejestrowanych na terenie obozu więźniów. Wraz z nim znaleźli się tam więźniowie Tadeusz Bródka i Bronisław Jureczek.

Najwięcej wykonywano tzw. zdjęć policyjnych - ukazujących więźniów w trzech odsłonach: z lewego i prawego profilu oraz en face. Brasse zrobił ponad 50 tys. takich ujęć.

"Więźniowie przychodzili do atelier całymi grupami, zazwyczaj przyprowadzano jednorazowo około 20-25 osób. Bywało, że mieliśmy stu czy dwustu więźniów naraz. Pracowałem wtedy właściwie jak automat" - wspominał.

W trakcie fotografowania więźniowie nie mogli się uśmiechać, płakać, ani też wyglądać na przerażonych. I choć zdarzało się, że praca trwała kilkanaście godzin, a przed oczami fotografa przewijały się setki wychudzonych twarzy z wylęknionymi oczami, to niewątpliwie było to stanowisko uprzywilejowane. Członkowie komando fotografującego więźniów pracowali pod dachem, czasami dostawali dodatkowe racje żywnościowe, alkohol lub papierosy, mieli także większą swobodę w poruszaniu się po terenie obozu. Ponadto nie było to zajęcie wyniszczające organizm, jak np. praca przy budowie baraków lub przy uprawie roli. W warunkach obozowych te czynniki często decydowały o życiu ludzkim.

Dokumentacja specjalna

Zdjęcie

Zdjęcie obozowe zamieszczona w książce "Fotograf z Auschwitz" wyd. Rekontrplan /Wilhelm Brasse /materiały prasowe
Zdjęcie obozowe zamieszczona w książce "Fotograf z Auschwitz" wyd. Rekontrplan
/Wilhelm Brasse /materiały prasowe

Prócz zdjęć policyjnych, zdarzało się, że Brasse wykonywał fotografie portretowe Niemców - funkcjonariuszy SS. Po wywołaniu, wysyłali je do swoich rodzin lub sympatii, dlatego nawet najbardziej brutalni oprawcy pozowali z uśmiechem i starali się nadać twarzom wyraz spokoju i rozluźnienia.

Prawdopodobnie jednym z najtrudniejszych i jednocześnie najtragiczniejszych elementów tej pracy było fotografowanie efektów eksperymentów medycznych przeprowadzanych przez Josefa Mengele i innych lekarzy. Brasse wykonywał zdjęcia bliźniąt romskich i żydowskich, przypadków skarlenia, a także skutki chorób genetycznych oraz nomy, czyli raka wodnego.

Zdarzało się także, że nakazywano mu zabrać aparat do bloku kobiecego nr 10, w którym wykonywano eksperymenty ginekologiczne. Obrazy nie zatarły się w pamięci i nawet wiele lat po wojnie wspominał ze szczegółami: "Pielęgniarki układały więźniarkę na krześle, podciągały sukienkę i rozwierały dziewczynie szeroko nogi. Ja dawałem światło na narządy płciowe, a lekarz kleszczami rozciągał pochwę i specjalną łyżką wyciągał na zewnątrz macicę. Ja to fotografowałem w zbliżeniu".

Brasse wykonał około 500 fotografii różnych eksperymentów medycznych.

Zdjęcie

Anna Dobrowolska "Fotograf z Auschwitz" Wydawnictwo Rekontrplan, partner wydawnictwa: Instytut Pamięci Narodowej /materiały prasowe
Anna Dobrowolska "Fotograf z Auschwitz" Wydawnictwo Rekontrplan, partner wydawnictwa: Instytut Pamięci Narodowej
/materiały prasowe

W styczniu 1945 r., kiedy Niemcy przystąpili do ewakuacji KL Auschwitz, nakazano całkowite zniszczenie dokumentacji fotograficznej. Dzięki pomysłowości Wilhelma Brasse i Bronisława Jureczka, którzy wrzucili do pieca zbyt duże ilości materiałów - zdjęć i negatywów, a tym samym zatkali odpływ dymu, uratowano około 40 tys. fotografii identyfikacyjnych. Do dziś stanowią one dokumentację zbrodni niemieckich oraz bardzo cenne źródło do badań dla historyków.

Brasse został ewakuowany do innych obozów na terenie III Rzeszy. Ostatecznie został wyzwolony w maju 1945 r. przez żołnierzy amerykańskich w obozie Ebensee.

Po zakończeniu okupacji zmienił zawód, założył rodzinę, zaś traumatyczne doświadczenia z okresu II wojny światowej sprawiły, że przez blisko sześćdziesiąt lat milczał na temat lat spędzonych w KL Auschwitz. Zmarł 23 października 2012 r. w Żywcu.

Martyna Grądzka

historyk, pracownik IPN Oddział w Krakowie, doktorantka w Instytucie Historii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie, współpracownik Ośrodka Myśli Politycznej


Okupacyjnym losom Wilhelma Brasse oraz publikacji Anny Dobrowolskiej pt. "Fotograf z Auschwitz" będzie poświęcone spotkanie w ramach cyklu Krakowska Loża Historii Współczesnej, które odbędzie się 15 stycznia 2014 r. o godz. 18.00 w budynku Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej przy ul. Rajskiej w Krakowie.

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska walcząca

IPN