Rząd Jana Olszewskiego został odwołany ze względu na jego sprzeciw wobec kompromisu z komunistami, którzy godzili się m.in. na wpływy Rosji w Polsce - mówi minister w kancelarii premiera Piotr Naimski, który w 1992 r. był szefem Urzędu Ochrony Państwa.

Zdjęcie

Na zdjęciu Jan Olszewski (1992 r.) /Jarosław Stachowicz  /Agencja FORUM
Na zdjęciu Jan Olszewski (1992 r.)
/Jarosław Stachowicz /Agencja FORUM

Norbert Nowotnik: 25 lat temu, w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 r., Sejm udzielił wotum nieufności rządowi Jana Olszewskiego. Co - z perspektywy minionych 25 lat - było tego zasadniczym powodem?

Piotr Naimski: - Dyskusja na temat powodów odwołania rządu Jana Olszewskiego 4 czerwca 1992 roku została przysłonięta problemem lustracji, czyli ujawnienia agentury komunistycznej w Polsce. Mówię, że została przysłonięta, dlatego że tak naprawdę powodem odwołania rządu Jana Olszewskiego było zanegowanie podstawowych ustaleń "okrągłego stołu" z 1989 roku, czyli kompromisu z komunistami, który zakładał utrzymanie struktur, ludzi i własności - w szczególności w sektorze gospodarczym - w rękach spadkobierców PRL-u.

Reklama

Postawa Jana Olszewskiego i strategia rządu spowodowały gwałtowny opór. Mówię to nie bez powodu. Po pierwsze rząd sprzeciwił się ustalonej w 1989 r. formie prywatyzacji gospodarki. Trzeba pamiętać, że proces prywatyzacji był prowadzony bardzo szybko w roku 1990 i 1991.

To było robione pod różnymi pretekstami. Duża część polskiej gospodarki przechodziła w ręce aparatczyków PZPR-u z dawnej epoki. Wtedy było takie powiedzenie, że "legitymacje partyjne zamienili na książeczki czekowe". Zatrzymanie tego procederu zostało uznane za zamach na ustalenia, które w 1989 roku zostały poczynione m.in. w Magdalence.

Druga rzecz, która była istotnym powodem, można powiedzieć, nienawiści w stosunku do rządu Olszewskiego, to jego stosunek i plany wobec wojska, a w szczególności WSI, czyli struktury wojskowych służb specjalnych, które pod tą nową nazwą zostały przeniesione do nowej - jak nam się wydawało - Polski.

Do tego dochodził konflikt z prezydentem Lechem Wałęsą. Co było przedmiotem tego sporu?

- Prezydent Lech Wałęsa w tamtym czasie miał dziwaczne pomysły. Na przykład w momencie, kiedy premier Jan Olszewski jechał z wizytą do Waszyngtonu i miał w swojej agendzie jasne wystąpienie z postulatem przyjęcia Polski do NATO, prezydent zadeklarował publicznie, że będzie popierał coś, co nazwał NATO-bis, czyli tak naprawdę utrzymanie w innej formie pozostałości Układu Warszawskiego. Moim zdaniem to była dywersja, świadomie poczyniona w stosunku do działania rządu. Podobnie zresztą było z EWG, ze wspólnotami europejskimi. Wałęsa znowu chciał Polskę trzymać w jakiejś szarej strefie pomiędzy Rosją a Europą Zachodnią i nazywał to EWG-bis.

Bardzo ważna była też kwestia pozbycia się fizycznej obecności wojsk rosyjskich z terytorium Polski. Armia Czerwona stała w Polsce przecież od 1945 roku. Miała bardzo rozbudowaną sieć baz wojskowych. Negocjacje w sprawie wyjścia wojsk rosyjskich z Polski - jak się okazało - były faktycznie zatrzymane przez rząd Mazowieckiego i rząd Bieleckiego. Negocjacje zostały wznowione przez rząd Olszewskiego i osiągnięto porozumienie. Tylko że w tym porozumieniu nagle okazało się, że jest zawarty punkt mówiący o tym, iż mienie po bazach sowieckich w Polsce będzie podstawą do utworzenia spółek "joint venture" pomiędzy Rosjanami a podmiotami w Polsce.

To był słynny artykuł siódmy tego porozumienia. Powodował, że w Polsce powstałaby infrastruktura umożliwiająca działanie nie tylko gospodarcze, ale też wywiadowcze, wymierzone przeciwko bezpieczeństwu nowego polskiego państwa, a tak naprawdę utrzymujące je w podległości. Można sobie wyobrazić, że gdyby to się stało, to wtedy nasze członkostwo w NATO byłoby po prostu niemożliwe.

Kto był autorem tego punktu negocjowanego traktatu i jak on znalazł się w propozycji porozumienia polsko-rosyjskiego?

- To jest historia, która do dzisiaj nie jest w pełni wyjaśniona. Autor zapisu pozostaje nieznany. Zapis był niewątpliwie wspierany, a może nawet inicjowany przez Lecha Wałęsę czy jego otoczenie. Współdziałało z tym pomysłem ówczesne Ministerstwo Spraw Zagranicznych. To oczywiste.

Kiedy pojawił się ten projekt, premier Olszewski doprowadził do spotkania marszałków Sejmu i Senatu i kilku innych osób. Zostało ustalone, że tego punktu nie może być. A później okazało się, że pod nieobecność w kraju prezydenta i ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego, ktoś - prawdopodobnie Iwo Byczewski (ówczesny wiceszef MSZ - PAP) - parafował dokument z tym artykułem numer siedem.

W tej sytuacji premier Olszewski spotkał się z prezydentem wylatującym już do Moskwy i powiedział mu, że absolutnie nie ma zgody rządu na punkt dotyczący polsko-rosyjskich spółek. Prezydent wsiadł do samolotu, jest w drodze do Moskwy, a tymczasem jego rzecznik Andrzej Drzycimski występuje w Dzienniku Telewizyjnym i mówi, że nie ma żadnych rozbieżności i kontrowersji wobec dokumentu, który prezydent wiezie do podpisania.

Ostatecznie po szyfrogramie przesłanym do Moskwy ten punkt został zmieniony, a właściwie wycofany. Stał się ogólnikowy, bez zapisu związanego z powstaniem spółek.

- Tak, kiedy dowiedzieliśmy się wieczorem, że sytuacja jest właśnie taka, że za chwilę grozi nam podpisanie tego niechcianego, niemożliwego do zaakceptowania punktu, premier Olszewski ad hoc zwołał spotkanie. Był oczywiście minister Antoni Macierewicz, byłem ja. I premier napisał depeszę do prezydenta. Ta depesza została wysłana drogami komunikacyjnymi Urzędu Ochrony Państwa i dotarła do prezydenta Wałęsy w Moskwie. Wałęsa został zmuszony twardym stanowiskiem premiera Olszewskiego do podjęcia tego problemu raz jeszcze z Rosjanami.

Ostatecznie Rosjanie się cofnęli, zgodzili się na zrezygnowanie z tego punktu. Tym niemniej Wałęsa, wracając z Moskwy już wtedy postanowił, że doprowadzi do obalenia rządu Jana Olszewskiego. Po powrocie wysłał list do marszałka Sejmu Wiesława Chrzanowskiego z żądaniem odwołania rządu. Było to jeszcze przed podjęciem uchwały lustracyjnej przez Sejm, co nastąpiło 28 maja.

To wciąż dość tajemnicza historia, ponieważ projekt uchwały lustracyjnej zgłosił Janusz Korwin-Mikke, który podkreśla, że to była jego własna inicjatywa. Czy rzeczywiście tak było?

- To jest oczywiście pytanie, które jest zadawane nam, to znaczy premierowi Olszewskiemu, ministrowi Macierewiczowi i mnie, od 25 lat.

Zanim jednak na nie odpowiem odniosę się jeszcze do kwestii wojsk rosyjskich obecnych w Polsce i roli prezydenta Wałęsy. Otóż uważam, że była ona szkodliwa dla Polski w sensie strategicznym. Gdyby plany Wałęsy i jego najbliższego otoczenia zostały wtedy zrealizowane, to dzisiaj Polska nie byłaby częścią struktur Zachodu. I to jest być może najważniejsze. Lech Wałęsa był uwikłany, wiemy o tym, był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. To jest dowiedzione, pokazane. On wtedy nie chciał tego publicznie powiedzieć, w związku z tym zasadne jest przypuszczenie, że mógł być szantażowany.

Natomiast wracając do pytania o projekt uchwały lustracyjnej, jeszcze raz to powtórzę: nie było żadnego porozumienia między nami, którzy przygotowywaliśmy w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych ustawę lustracyjną, a Korwinem-Mikke. Zapowiadaliśmy publicznie przygotowanie ustawy już od stycznia 1992 roku, zatem kwestia lustracji nie była dla nas żadnym zaskoczeniem.

Jednak pomysł Janusza Korwin-Mikkego pojawił się 28 maja rano na posiedzeniu Sejmu całkiem niespodziewanie. Dowiedzieliśmy o tym w MSW i UOP i przez chwilę wspólnie z premierem Olszewskim zastanawialiśmy się, co z tym zrobić, jak zareagować. Dlatego że to była uchwała, która była ułomna. Była uchwałą w wielkim stopniu utrudniającą przeprowadzenie lustracji zgodnie z naszym planem. Równocześnie doszliśmy jednak do wniosku, że jeżeli zostało już to postawione i Sejm zgodził się na wprowadzenie tego punktu do porządku obrad, to sytuacja polityczna w kraju jest taka, że faktycznie jeśli teraz my nie dopuścimy do przyjęcia pomysłu Korwin-Mikkego, to już trudno będzie wrócić do problemu lustracji w przyszłości. Uchwała w postaci zaproponowanej przez Korwin-Mikkego została uchwalona przez Sejm 28 czerwca i przekazana do wykonania ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi.

Premier Olszewski zaczął starania, by tę uchwałę uzupełnić o tryb odwoławczy, którego tam nie było. Zwrócił się do prezesa Sądu Najwyższego, sędziego Adama Strzembosza, i uzyskał od niego wstępną akceptację pomysłu, by w ramach Sądu Najwyższego stworzyć możliwość odwołania od orzeczeń lustracyjnych.

Czy nie jest tak, że główna ułomność tego pomysłu polegała na tym, że to była właśnie uchwała, a nie ustawa?

- To jest dyskusja prawna. Oczywiście w takich sprawach zawsze lepiej jest, jeżeli można się oprzeć na ustawie. Uchwała Sejmu jest czymś mniej wiążącym prawnie, jednak, jeżeli Sejm podejmuje uchwałę i kieruje konkretne zapotrzebowanie do rządu, to trudno sobie wyobrazić, by rząd takich postanowień nie wykonywał.

Od lutego 1992 r. w MSW na polecenie jego szefa Antoniego Macierewicza działał Wydział Studiów. Prowadził go Piotr Woyciechowski. Gdyby nie te działania, to tak szybkie wykonanie uchwały nie byłoby możliwe. Co robił ten zespół?

- To było około dwudziestu młodych ludzi, którzy dostali specjalne uprawnienia do zapoznania się z aktami Służby Bezpieczeństwa z okresu PRL-u. Archiwa SB zostały przejęte przez Urząd Ochrony Państwa, w związku z tym w sposób oczywisty UOP brał udział w tych przygotowaniach i późniejszej procedurze. Ten zespół wykonał ogromną pracę. Po pierwsze, we wstępnym okresie, zapoznając się z metodologią pracy Służby Bezpieczeństwa, organizacją tych archiwów, nauczyli się ci młodzi ludzie te archiwa czytać i się nimi posługiwać, robić kwerendy. Dokumentację dostarczał Wydziałowi Studiów UOP. Teraz te archiwalia są w IPN-ie.

Czas na wykonanie uchwały był niezwykle krótki. To, faktycznie rzecz biorąc, było niemożliwe do wykonania w takim zakresie jak Janusz Korwin-Mikke w uchwale to umieścił, jeżeli chodzi o liczbę osób, które miały być lustracją objęte. Zatem w pierwszym etapie minister Macierewicz przekazał do Sejmu dane archiwalne, bo też trzeba podkreślić, że to były dane archiwalne, a nie orzeczenia, dotyczące posłów, senatorów, członków rządu. Jednym słowem przedstawicieli najwyższych organów w państwie.

Chciałbym doprecyzować sprawę wartości tej dokumentacji zebranej przez Wydział Studiów. Co to było? Bo to nie były kopie aktów Służby Bezpieczeństwa, tylko, jak rozumiem, wyciągi z ewidencji operacyjnej bezpieki.

- Ten materiał, który został przekazany do Sejmu, to były zapisy archiwalne. Zapisy archiwalne z zasobów Służby Bezpieczeństwa. Dane dotyczące tajnych współpracowników SB. One były w różnych miejscach odnotowywane podczas wielu lat.

Po pierwsze oczywiście było centrale archiwum, ale były też księgi rejestracyjne, były tak zwane sprawy operacyjne, w których zamieszczano kopie donosów od tajnych współpracowników. Jednym słowem takich miejsc, gdzie można było znaleźć informacje o tych agentach, było kilkanaście, i one podlegały kwerendzie.

W wyniku masowego niszczenia akt, z polecenia generałów Henryka Dankowskiego i oczywiście Czesława Kiszczaka, już po "okrągłym stole", były i są nie do uzupełnienia ogromne luki w tych archiwach. Okazało się jednak, i okazuje się nadal, że jeżeli nawet w kilku miejscach archiwalia zostały zniszczone, to jeszcze może być szereg innych, gdzie jakaś informacja się zachowała. I te różnego rodzaju zapisy archiwalne zostały zebrane, jeżeli dotyczyły tych osób, które podlegały lustracji.

Czy ta dokumentacja wykluczała sytuację, w której osoby określone jako tajni współpracownicy mogły bronić się mówiąc, że rejestracji dokonano bez ich wiedzy i zgody?

- Możliwość rejestracji "bez wiedzy i zgody" to mitologia. Procedury rejestracji, werbowania i prowadzenia pracy operacyjnej z tajnymi współpracownikami w Służbie Bezpieczeństwa były określone, a kontrola nad tym była dość, można powiedzieć, efektywna. Służba Bezpieczeństwa nie chciała oszukiwać samej siebie.

Ten argument dotyczący fałszowania dokumentacji przez esbeków podnosiła wówczas opozycja.

- Zainteresowani używali różnych argumentów.

Na ile podziały z 4 czerwca 1992 r. determinują obecne konflikty na polskiej scenie politycznej? Podział w środowisku dawnej Solidarności, który wówczas powstał, utrzymuje się do dzisiaj i ma mocny, niepokojący charakter. Chodzi o spór, który przenosi się także na życie codzienne Polaków, ich rodzin.

- Wśród nas, Polaków, istnieje podział na tych, którzy wierzą głęboko w Polskę niepodległą i działają zdecydowanie na rzecz pełnej suwerenności i niepodległości polskiego państwa, i na takich, dla których te cele nie są takie ważne, bo przecież mamy struktury międzynarodowe, jesteśmy w Europie, jesteśmy Europejczykami, członkami UE. W związku z tym jest to dla nich po pierwsze mniej ważne. Po drugie, i to może dużo ważniejsze, uważają, że Polska jest za słaba na to, żeby być samodzielna. Brak im wiary w siłę polskiego narodu.

Uważam, że Polska musi być samodzielna, a nas Polaków stać na niepodległe państwo. I stać nas na to, by niepodległość państwa trwale utrzymać. Musimy przekonywać jak największą liczbę naszych rodaków do tego, by popierali działania na rzecz niepodległości, która jest niepodzielna. Ta niepodzielność niepodległości nie może być zamazywana teoriami o dzielonej w ten czy w inny sposób suwerenności. Stosunek do agentury, do lustracji, do obecności wojsk sowieckich, do kompromisu z "okrągłego stołu", także do Unii Europejskiej - to są rzeczy pochodne. To wynik tego fundamentalnego wyboru między niepodległością a stopniowalną suwerennością. Taka właśnie postawa rządu Jana Olszewskiego była moim zdaniem przyczyną jego obalenia.

Rozmawiał Norbert Nowotnik

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska współczesna