Odbiorcy publikowanych dziś relacji o późnym PRL–u odnieść mogą wrażenie, że działająca wówczas opozycja stanowiła wielką część społeczeństwa. Rzeczywiście – Polacy o poglądach niechętnych ówczesnemu ustrojowi prawdopodobnie stanowili większość. W konsekwentne działania, mające na celu zmianę sytuacji kraju, angażował się jednak ułamek promila naszych rodaków.

Zdjęcie

Warszawa, fot. z 1982 roku. /ZBIGNIEW MARKIEWICZ/FOTONOVA /Fotonova
Warszawa, fot. z 1982 roku.
/ZBIGNIEW MARKIEWICZ/FOTONOVA /Fotonova

Wyjątkiem była strajkowa fala roku 1980, w trakcie której na ryzyko uczestnictwa w proteście do końca sierpnia zdecydowały się załogi tysięcy zakładów pracy z wszystkich regionów kraju.

Fenomenem było też zapisanie się do Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność" dziesięciu milionów ludzi. A także, o czym się dziś trochę zapomina, wstąpienie dziesiątek tysięcy Polaków do organizacji o podobnych celach, np. do Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Reklama

Kwestia definicji

W przypadku opozycji czasów PRL-u mamy dziś spory chaos pojęciowy. Za ówczesnych opozycjonistów podają się dziś często nawet osoby najściślej wówczas związane z komunistycznym reżimem. Np. dziennikarze PRL-owskich tygodników, jako swój  "glejt opozycyjności" wskazujący cenzurowanie ich nie dość wygodnych dla władz artykułów lub rozstania z tą czy inną redakcją, interpretowane jako następstwa rzekomej czy nawet faktycznej "niezależności dziennikarskiej".

Nie mniejszą groteską jest powtarzanie przez współczesnych pochlebców, wypowiadających się o tym czy innym polityku, że "przez jego dom przewijała się połowa opozycji". Jeśli rzeczywiście przez czyjś dom przewijała się duża ilość opozycjonistów, to albo opozycyjność ta musiała ograniczać się do spotkań towarzyskich, przy okazji których psioczono na ustrój, albo towarzystwo takie musiało być w ogromnym stopniu rozpracowane przez komunistyczne służby.

A środowiska przez służby rozpracowane - nawet pomimo najlepszych chęci - w większym stopniu służyły już umacnianiu komunistycznego reżimu, niż jego zwalczaniu.

Za najtrafniejszą definicję opozycjonisty lat PRL-u uznać chyba należy tę, którą w swej naukowej praktyce posługują się najczęściej pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej. W skrócie jej sens jest taki, że opozycjonistą był ktoś, kto przez okres co najmniej roku należał do zakazanej przez obowiązujące prawo organizacji i prowadził rzeczywistą działalność na rzecz zmian w Polsce, w warunkach zagrożenia poważnymi represjami ze strony organów ścigania oraz sądów PRL.

Z takiego postawienia sprawy wynika, że do opozycjonistów nie zaliczali się ci, których aktywność w Solidarności czy NZS-ie ograniczała się tylko do okresu, w którym organizacje te działały jawnie i legalnie. Większość historyków z IPN liczbę opozycjonistów z lat 1976-1989 szacuje na 15 do 20 tysięcy.

Różne formy opozycji

W latach 1976-1980 działało w Polsce przynajmniej kilkanaście środowisk i organizacji opozycyjnych. Rozmaite były ich cele i często bardzo odmienne formy działalności. Różna też była skala represji, jakimi traktowały ich władze.

W "dekadzie gierkowskiej" partyjna ekipa, której zależało na dobrych relacjach z Zachodem, unikała procesów politycznych i wtrącania do więzień na długie lata. Skazanych za udział w wydarzeniach Czerwca 1976, w roku następnym uwolniono na mocy (bez wątpienia przeprowadzonej właśnie z tego powodu) amnestii.

Zwalczanie opozycji polegało głównie na stosowaniu przeróżnych szykan, do których należało np. nękanie częstymi przeszukaniami mieszkań i zatrzymaniami na 48 godzin.

Z oczywistych powodów represje przeciw członkom organizacji politycznych, stawiających sobie za cel pełną niepodległość i demontaż systemu komunistycznego, były znacznie surowsze od wymierzonych w gremia stawiające sobie za cel jedynie obronę prześladowanych i ani słowem nie wypowiadające się w sprawach ustroju czy polityki Związku Sowieckiego.

Polskie Porozumienie Niepodległościowe czy Konfederacja Polski Niepodległej narażały się reżimowi niewspółmiernie bardziej, niż Komitet Obrony Robotników. Nie bez znaczenia było też to, że część KOR-u składała się z byłych funkcjonariuszy rządzącej partii, w elicie której nie jeden ciągle miał przyjaciół i krewnych. Najdotkliwsze represje dotykały zresztą głównie tych KOR-owców, którzy takich właśnie relacji nie mieli, np. Henryka Wujca.

Duża część opozycji przedsierpniowej działała jawnie. Z jednej strony stanowiło to ułatwienie dla aparatu represji, który z samych publikacji drugiego obiegu czy z audycji Radia Wolna Europa poznawał nazwiska i adresy działaczy. Zarazem jednak taka jawna działalność do pewnego stopnia mogła stanowić glejt bezpieczeństwa. Uwięzienie czy pobicie członka jawnego komitetu czy sygnatariusza otwartych listów protestacyjnych natychmiast było nagłaśniane przez zachodnie stacje radiowe, alarmowało opinię publiczną, wywoływało interwencje zagranicznych polityków  dyplomatów. Bywało, że za sprawą mediów wolnego świata stawało się kłopotliwym dla władz PRL-u tematem międzynarodowej debaty.

Bardziej ryzykowna była aktywność ludzi działających w konspiracji. Bez nich nie byłoby żadnych wydawnictw ukazujących się poza zasięgiem cenzury. A bez tych wydawnictw - rzeczywista działalność konspiracyjna niemal nie istniała. A przynajmniej - nie była widoczna dla obywateli i tym samym nie stanowiła znaczącego kłopotu dla władz. Nazwiska Wiesława Moszczaka, Krzysztofa Gulbinowicza, Tomasza Wacki, czy Antoniego Roszaka są dziś dla większości Polaków całkowicie nieznane. A każdy z nich własnoręcznie powielił setki tysięcy stron konspiracyjnej bibuły. Każdy za swoją działalność drogo zapłacił. Nikt z nich po 1989 roku nie "odcinał kuponów" od poniesionej ofiary. Większość z nich do końca życia nie doczekała się ze strony niepodległego państwa żadnego gestu czy choćby słowa podzięki.

Z dawną opozycją kojarzą się dziś Polakom różne osoby życia publicznego, mające w swoich życiorysach takie czy inne zaangażowanie. To skojarzenie jest nietrafne. Zdecydowana większość najbardziej ofiarnych i najbardziej zaangażowanych opozycjonistów ciągle pozostawała i pozostaje anonimowa.

Śmierć z rąk nieznanych sprawców

Do dziś nie zostały wyjaśnionych co najmniej kilkadziesiąt przypadków tajemniczych zgonów ludzi zaangażowanych w działalność konspiracyjną.

Zdjęcie

Do dziś nie zostało wyjaśnionych kilkadziesiąt przypadków śmierci opozycjonistów w latach 80. (Biuletyn Dolnośląski nr 6/46; źródło: Encyklopedia Solidarności)
/INTERIA.PL

W 1985 roku, w wyniku ciężkiego pobicia, zmarł działacz Tajnej Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Wrocławskich Zakładów Piekarskich Lesław Martin. Był aktywnym działaczem podziemia. Parę tygodni przed śmiercią funkcjonariusze SB próbowali go o obezwładnić i wciągnąć do samochodu, kiedy szedł wrocławską ulicą. Był człowiekiem o dużej sile i wyjątkowej sprawności fizycznej - zdołał się nie tylko obronić, ale nawet poturbować dwóch napastników. Kolejnym razem prawdopodobnie pojawili się oni już w liczniejszym składzie. Kobieta, która była świadkiem pobicia ze skutkiem śmiertelnym, zapewne w wyniku zastraszenia, odwołała swoje zeznania.

Podobnych przypadków było więcej. Wiele wskazuje na to, że po wprowadzeniu stanu wojennego PRL-owskie służby specjalne podejmowały próby zastraszenia działaczy konspiracji, dokonując zabójstw szeregowych członków podziemnych struktur. Dla ich współpracowników fakt taki był sygnałem, który mógł przerażać. Lecz do szerszej opinii publicznej informacja o takim zdarzeniu się nie przebijała. Ginął przecież "tylko" człowiek mało komu znany a okoliczności śmierci mogły budzić wątpliwości.

Do wydarzeń takich należała tajemnicza śmierć na przełomie 1982 i 1983 roku dwóch działaczy Solidarności Walczącej ze struktury "Kotwica". Zatrudnieni oni byli w przedsiębiorstwie Żegluga Śródlądowa jako obsada barek handlowych, kursujących drogami wodnymi na szlakach Polski, NRD i RFN. W Solidarności Walczącej zajmowali się oni m.in. przemycaniem sprzętu i materiałów potrzebnych do druku, podsłuchu elektronicznego i komunikacji radiowej.

Tajemnicza i nagła śmierć dwóch członków tej konspiracyjnej komórki spowodowała, że inni należący do niej działacze postanowili nie wracać ze śródlądowego rejsu do RFN. W obawie o swoje życie poprosili o azyl polityczny, po czym woleli nie utrzymywać wcześniejszych kontaktów.

Po tym wydarzeniu prasa Solidarności Walczącej opublikowała ostrzeżenie, skierowane do PRL-owskich służb specjalnych. Jedno z jego zdań brzmiało: "Jeśli zdecydujecie się rozlewać krew, to liczcie się z tym, że popłynie również wasza". Oprócz tego oświadczenia, Solidarność Walcząca podjęła też kilka innych działań, w związku z którymi Służba Bezpieczeństwa zdefiniowała Solidarność Walczącą jako organizację praktykującą konspirację ofensywną.

Andrzej Kołodziej

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL