Majestatyczne, ryczące, silne motocykle Harley-Davidson wzbudzają wiele emocji. Różnych, przeważnie bliskich podziwowi i zazdrości. Dla facetów to bardzo często pewna emanacja siły i narodowych tradycji ułańskich. Dla kobiet, również coś w tym rodzaju – silny macho i jego stalowy rumak. Jak daleko sięgają te fascynacje w naszej historii i kulturze?

Zdjęcie

Przy motocyklu (kucnięty) Waldemar Nowakowski, były Powstaniec Warszawski, który w drugiej połowie lat 50 organizował drużyny harcerskie na Saskiej Kępie (archiwum Wojciecha Echilczuka) /INTERIA.PL
Przy motocyklu (kucnięty) Waldemar Nowakowski, były Powstaniec Warszawski, który w drugiej połowie lat 50 organizował drużyny harcerskie na Saskiej Kępie (archiwum Wojciecha Echilczuka)
/INTERIA.PL

Pierwsze motocykle Harley-Davidson pojawiły się na ziemiach polskich w czasie I wojny światowej. Po jej zakończeniu zaczęły zyskiwać na popularności, a nawet więcej - wokoło nich powstała pewna ideologia predysponująca te maszyny do miana "motocykla idealnego". Były tego dwa powody. Pierwszy - duże, silne Harleye były wówczas motocyklami bardzo solidnymi i trwałym. Drugi powód to fakt, że były to motocykle licznie wykorzystywane przez odradzającą się Armię Polską, Armię, która wywalczyła wolność po 123 latach zaborów i stała na straży tej upragnionej przez pokolenia zdobyczy. Służące dzielnym wojakom Harleye były przez to stawiane na motocyklowy piedestał.

W 1923 roku aż 23% motocykli cywilnych, zarejestrowanych w naszym kraju były to właśnie Harleye-Davidsony, co zapewniało tym pojazdom pozycje niekwestionowanego lidera rynku. W kolejnych latach uznanie dla marki nie słabło, ale ekonomia biednego, dźwigającego się po latach niewoli, państwa sprawiała, że sprzedaż malała. Na początku lat 30. polski przemysł rozpoczął produkcję krajowego motocykla CWS M111, nazwanego nieco później Sokołem 1000. Harley-Davidson przegrał konkurencję z tym pojazdem, przy czym dużą rolę odegrały w tym względy patriotyczne. Nie była to jednak gorzka przegrana, bardziej ekonomiczna niż ideologiczna, bo nasz rodzimy Sokół 1000 był pojazdem w dużym stopniu wzorowanym konstrukcyjnie na Harleyu-Davidsonie i jego amerykańskim konkurencie Indianie. 

Reklama

Po drugiej wojnie światowej znalazło się w Polsce ok. 1500 - 2000 wojskowych Harley-Davidsonów WLA. Trafiły na wschód w ramach wojennej pomocy Lend- Lease i powojennej pomocy gospodarczej UNRRA. Wojsko dość szybko pozbywało się tych maszyn. Były nietypowe, zużyte intensywną wojenną służbą i wrogie ideologicznie. Wycofywane z wojska Harley WLA sprzedawano osobom prywatnym lub trwale niszczono. To właśnie te demobilowe pojazdy stały się podstawą rodzącego się w Polsce w latach 50., 60. i 70. ruchu harleyowskiego. 

Oficjalna propaganda potępiała wszystko co imperialistyczne. Zwykli obywatele odwrotnie, wszystko co miało napis "Made in USA" dawało im odrobinę otuchy i nadziei. Ta nadzieja tliła się w sercach, do chwili, kiedy można ją było zamanifestować. Jako pierwsi uczynili to Warszawscy Powstańcy, którzy po 1956 roku wyszli z więzień. Jak złudną i krótkotrwałą była "poodwilżowa" wolność przekonań wiem dobrze z historii. W pamiętnym roku 1956, oraz w okresie 1 - 2 lat później, wierzono jednak w rozmach zmian i szczerość władz.

Wszystko zaczęło się na warszawskiej Pradze, a dokładnie na jej części zwanej Saską Kępą. To tu zrodził się po wojnie polski ruch harleyowski. W 1956 roku byli Powstańcy Warszawscy, dosiedli motocykli Harley-Davidson i zaczęli zakładać na Saskiej Kępie drużyny harcerskie. Uczyli młodych ludzi zasad skautingu i zupełnie niezależnie rozpalali w nich miłość do Harleyów. Po kilku latach owi młodzi harcerze dorastali i zaczęli sięgać po motocykle Harley-Davidson. Cały czas był to jednak ruch koleżeński, nie zebrany w żadne ramy organizacyjne.

Zdjęcie

Na motocyklu Aleksander Cianciara, znacząca postać w warszawskim ruchu harleyowskim z przełomu lat 50 i 60. (archiwum Wojciecha Echilczuka) /INTERIA.PL
Na motocyklu Aleksander Cianciara, znacząca postać w warszawskim ruchu harleyowskim z przełomu lat 50 i 60. (archiwum Wojciecha Echilczuka)
/INTERIA.PL

W 1968 roku miłość do Harley rozpaliła serce Wojtka Echilczuka, mieszkającego na graniczącym z Saską Kępą Grochowie. Młodzieńcza euforia sprawiła, że postanowił on założyć Klub Harleyowski. Jak postanowił tak uczynił, wspólnie z kilkoma kolegami. Na akcie założycielskim znalazły się nazwiska: Wojciech Echilczuk, Łukasz Paszuk, Andrzej Echilczuk, Roman Kuźmowicz, Maciek Ustaszewski, Bogdan Kurowski.                 

Stała się rzecz niesamowita - w środku komunistycznego bloku powstał Klub, który samym swoim istnieniem był wrogi ideologicznie. Tak po latach wspominał początki Wojtek Echilczuk:

"(...) Zimą 1969 roku mieliśmy pełne ręce roboty. Modernizacje Harleyów szły pełną parą. Na prywatnych spotkaniach w gronie nowych przyjaciół - harleyowców nie mogliśmy się nagadać. Każdy znał swoją maszynę na wylot. Entuzjazm parował nam z głów. Każdy miał doskonałe pomysły, w jaki sposób udoskonalić pojazd. Każdy opowiadał o swoich przygodach minionego lata. Pomagaliśmy sobie jak prawdziwi przyjaciele. Każdy miał swoje warsztatowe kontakty i swoje tajne źródła zdobywania części. Dzieliliśmy się swoimi częściami zamiennymi i swoimi doświadczeniami. Nie mówiliśmy już: jesteśmy grupą przyjaciół. Mówiliśmy: jesteśmy Klubem Harley-Davidson. Najlepszych przyjaciół na świecie. I tak powstał - Harley-Davidson Klub Warszawa.

Trzymaliśmy się razem. Co pewien czas pojawiał się nowy kolega. Skąd się wziął?

Ludzie warszawską pocztą pantoflową dowiadywali się o wszystkim, na przykład, co się dzieje na Grochowie i Saskiej Kępie. Przecież prawdziwych gazet nie było. I ci co mieli Harleye przyjeżdżali do nas.

Nasze przejazdy Harleyami już w 1968 roku zwracały uwagę wielu warszawiaków, którzy podziwiali nasze przepiękne, kolorowe i chromowane maszyny. Kilka miesięcy później było nas sześciu czy siedmiu. Potrafiliśmy organizować krótkie objazdy Warszawy hucząc silnikami i uśmiechając się szeroko do pozdrawiających nas ludzi. Zbieraliśmy objawy poparcia i sympatii. Rosła w nas duma i satysfakcja z posiadania zrobionych własnymi rękami Harleyów. To było piękne i niezapomniane.

Zdjęcie

Pierwszy powojenny zjazd polskich harleyowców. Bieszczady 1970 rok (archiwum Wojciecha Echilczuka) /INTERIA.PL
Pierwszy powojenny zjazd polskich harleyowców. Bieszczady 1970 rok (archiwum Wojciecha Echilczuka)
/INTERIA.PL

Okazją do uroczystych parad był na przykład ślub któregoś z nas. Obstawialiśmy limuzynę wiozącą szczęśliwą parę młodą. Serdeczne zachowania kierujących na skrzyżowaniach ruchem drogowym milicjantów dodawały nam ducha. Potrafili zatrzymać wszystkich, aby dać pierwszeństwo naszej ślubnej kolumnie!!!

Nasze młode serca chciały pokazać całej Warszawie, jacy jesteśmy wspaniali. Nasz pierwszy klub - siedmiu wspaniałych. Nasz pierwszy niezależny, nielegalny i wolny klub Harley-Davidson. Bez sponsorów i poprawności politycznej.

Było w nas to, co najważniejsze: WOLNOŚĆ! Byliśmy wolnymi, młodymi Polakami. Kochaliśmy wolność. Kochaliśmy swoje młodzieńcze ideały. Mam wrażenie, że zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na politykę i na otaczającą nas chorą rzeczywistość. Kwiaty wolności potrafią zakwitnąć nawet na skale. Nasze serca i nasze wyobrażenia, nasza młodość i siła, upór i mądrość urodziły nowych Kolumbów. Kolumbów gotowych poznawać cały świat, gotowych rozerwać kajdany socrealizmu. Co ciekawe, bez nienawiści i oportunizmu. Po prostu kreowaliśmy świat, ponieważ wiedzieliśmy, że świat jest nasz. Polska jest nasza i będziemy ją tworzyli tak, jak sobie wymarzymy.

Na razie jedziemy na Harleyach. Oglądamy świat z siodeł naszych maszyn. Każdy z nas trzyma krzepko szeroką kierownicę Harleya. Jedziemy tam, dokąd nam się podoba. Zaczynamy sterować swoim losem. Klub jest forum dyskusyjnym. Nikt nie może nam niczego kazać. W klubie można mówić wszystko. Nikt nie zasznuruje nam ust! Niczego się nie boimy, a serdeczny śmiech jest paliwem dla naszej odwagi. Młode serca kochanych romantyków. Z drugiej strony twardzieli i silnych charakterów.

To była siła paczki przyjaciół z Harley-Davidson Klubu Warszawa. Rok założenia: 1968. Wtedy było nas tylko trzech. Półtora roku później było nas ponad dwudziestu! (...)"

Wojciech Echilczuk, Tomasz Szczerbicki "Harley mój kumpel" Warszawa 2008.

Zdjęcie

Na planie filmu "5 i pół Bladego Józka". W środku (w białym kasku) Wojciech Echilczuk (archiwum Wojciecha Echilczuka) /INTERIA.PL
Na planie filmu "5 i pół Bladego Józka". W środku (w białym kasku) Wojciech Echilczuk (archiwum Wojciecha Echilczuka)
/INTERIA.PL

Niedługo potem zaczęły powstawać podobne grupy w całej Polsce. Punktem centralnym integrującym wszystkich harleyowców polskich był wówczas Klub warszawski. Za jego sprawą zaczęła ukazywać się namiastka pracy motocyklowej w postaci "Biuletynu HARLEY DAVIDSON CLUB WARSZAWA".

W 1970 zorganizowali pierwszy po wojnie zlot harleyowski, który odbył się w Bieszczadach. Zimą tego roku zagrali siebie w filmie fabularnym "5 i pół bladego Józka", który na lata stał się typowym "półkownikiem", czy produkcją wstrzymaną i nie dystrybuowaną. To że pewien krakowski scenarzysta był na tyle szalony, aby stworzyć taki film to jedno. Drugie to ogólnie kreowany wizerunek propagandy socjalistycznej, w której nie było miejsca dla zjawisk patologicznych ideologicznie. Film obrastał kurzem w magazynie Filmoteki do 1990 roku.     

Kolejne zloty harleywskie odbyły się na Suwalszczyźnie i w Borach Tucholskich, aż przyszedł rok 1973, który stał się przełomowy. Na miejsce IV zlotu wybrano Wolsztyn, aby goście z zachodniej Europy mieli bliżej. Nikt nie przypuszczał, że ten zlot stanie się przełomowy pod wieloma względami. Tak po latach wspominał początki Wojtek Echilczuk:

"(...) Przed laty poprzysięgłem sobie na Elvisa Presleya, że będę miał Harleya-Davidsona. Teraz poprzysięgłem sobie na Elvisa Presleya, że zorganizuję Zjazd Harleyowców, jakiego dotychczas Polska Ludowa nie widziała (...).

Parada kilkuset motocykli ruszyła w sobotę przez miasto Wolsztyn. Na przedzie jechała milicja. Potem już tylko motocykle. Jeep Pawła Tetera i pozostałe wozy jego paczki wiozły fotoreporterów i dziennikarzy. Ulice były pełne ludzi ustawionych w wielki szpaler - wielokilometrowy - ciągnący się małymi uliczkami Wolsztyna. Przyszli spontanicznie - nikt im nie kazał. Nie było strajku. Zakłady pracy dały ludziom wolne. W małych kamieniczkach śródmieścia wszystkie okna były otwarte. A w domach tysiące ludzi. Jechaliśmy całą szerokością drogi - na czas parady milicja zatrzymała ruch na ulicach. Huk silników zagłuszał wiwaty na naszą cześć. Jeźdźcy jechali powoli. Bez kasków. Syreny i dźwiękowe wyjce motocykli, strzały silników i wiwaty, śpiewy, wycia entuzjastów parady, trąbki i grzechotki, rock-and-roll z magnetofonów grających na Harleyach tworzyły niezwykłą atmosferę. Widziałem wzruszenie na twarzach motocyklistów i ich fanów - widzów oglądających tę paradę - z chodników i skwerów, placów, dachów domów i okien budynków. Powiewały flagi klubowe i różne flagi mieszkańców Wolsztyna. Polskie flagi przesyłały pozdrowienia do narodowych flag naszych gości z całej Europy. Dwa razy przejechaliśmy trasą parady. Tak chcieli harleyowcy. Tak chcieli mieszkańcy Wolsztyna. A potem wielki festyn pod najlepszym hotelem Wolsztyna. Parking zastawiony był Harleyami i tłumem naszych entuzjastów. Błyskały flesze aparatów fotograficznych. Każdy miał okazję do pamiątkowych zdjęć. Każdy mógł obejrzeć wystawę motocykli, dotknąć tych maszyn i pogadać z harleyowcami. Wielkie, prawdziwe święto.

Stałem przy moim Harleyu. Nie wierzyłem własnym oczom. Czułem to święto. Święto wolności? Czy święto ludzi - pragnących żyć dla siebie, dla uczuć, dla przeżywania godnie każdego dnia? Bez strachu i bata nad głową. Bez przymusu, a z własnej woli? Kreować życie w komforcie wolności. (...)"

Zdjęcie

Świetnymi okazjami do hucznych przejazdów ulicami miast były harleyowskie śluby (archiwum Wojciecha Echilczuka) /INTERIA.PL
Świetnymi okazjami do hucznych przejazdów ulicami miast były harleyowskie śluby (archiwum Wojciecha Echilczuka)
/INTERIA.PL

Po 1973 roku oficjalna propaganda nie była w stanie zmarginalizować tego ruchu. Coraz więcej ludzi wyciągało ze stodół i garaży stare, wojenne Harley i przywracało je do życia. Powstawały nowe kluby w całej Polsce (np. Wrocław, Łódź). Organizowano nowe zloty. Za sprawą nieco złagodzonej (w "dekadzie Gierka") polityki paszportowej polscy harleyowcy na swych maszynach ruszyli za granicę. W latach 80. zaczęły pojawiać się w Polsce pojedyncze egzemplarze nowoczesnych, górnozaworowych Harleyów-Davidsonów. Wielu rodaków pracujących sezonowo lub kontraktowo na Zachodzie właśnie na ten cel przeznaczało zarobione pieniądze.

Po zmianach politycznych i gospodarczych, na początku lat 90., Europą wschodnią zaczęły interesować się duże koncerny motoryzacyjne, w tym również Harley-Davidson. Poszukiwano handlowców, którzy po 50-letniej przerwie wprowadziliby znowu tę markę na polski rynek. Tu wybór nie był przypadkowy - pierwszym dealerem sprzedającym motocykle Harley-Davidson w Europie wschodniej został Wojtek Echilczuk.

Historia ruchu harleyowskiego w Polsce, po 1990 roku jest powszechnie znana. Chętnie pisały o tym media, więc wystarczy zajrzeć do internetu.

Tomasz Szczerbicki
Zdjęcia pochodzą z archiwum Wojciecha Echilczuka

Zdjęcie

Parada setek motocykli Harley-Davidson podczas zlotu w Wolsztynie. Rok 1973 (archiwum Wojciecha Echilczuka) /INTERIA.PL
Parada setek motocykli Harley-Davidson podczas zlotu w Wolsztynie. Rok 1973 (archiwum Wojciecha Echilczuka)
/INTERIA.PL

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL

Więcej na temat:Harley Davidson