Imienną listę mieszkańców Górnego Śląska deportowanych do pracy przymusowej w ZSRR w 1945 r. tworzy IPN. Historycy Instytutu wskazują, że to jedyna droga do ustalenia rozmiarów sowieckich represji nazywanych Tragedią Górnośląską i losów tysięcy konkretnych osób.

Zdjęcie

Workuta, 1956, górnicy z kopalni nr 40 /KARTA /Agencja FORUM
Workuta, 1956, górnicy z kopalni nr 40
/KARTA /Agencja FORUM

Pojęcie Tragedii Górnośląskiej odnosi się do aktów terroru wobec mieszkańców Górnego Śląska - aresztowań, internowania, egzekucji i wywózek do łagrów, które miały miejsce od stycznia do kwietnia 1945 r., po wkroczeniu Armii Czerwonej na Śląsk. Szacuje się, że wywieziono około 50-60 tys. osób. Część zginęła.

Tragedia Górnośląska do 1989 r. była ze względów politycznych tematem tabu. Od lat w woj. śląskim i opolskim trwają publiczne dyskusje dotyczące tej problematyki, jednocześnie IPN stara się docierać do nowych źródeł informacji na ten temat.

Reklama

Stopniowo to się udaje. Informacje trafiają do powstającej od kilku lat i tworzonej w oparciu o narzędzia informatyczne imiennej listy zatrzymanych, a potem deportowanych. Jak przekazał PAP dr Dariusz Węgrzyn z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Katowicach, lista liczy obecnie ponad 27 tys. zweryfikowanych nazwisk. Jej tworzenie polega na zbieraniu i porównywaniu kolejnych pozyskiwanych danych.

Ich źródła, to prócz polskich dokumentów z tamtych czasów (głównie list nazwisk powstałych podczas starań władz polskich o powrót deportowanych), m.in. wspomnienia uczestników i świadków wydarzeń, materiały umorzonego w 2006 r. śledztwa IPN czy archiwa rosyjskie. Ważnym źródłem są zdeponowane w Centralnym Archiwum Wojskowym kopie dokumentów Głównego Zarządu ds. Jeńców Wojennych i Internowanych NKWD/MWD. Analiza tych materiałów - pod kątem Tragedii Górnośląskiej - jest czasochłonna.

Powstawanie imiennej listy napotyka też szereg trudności. Jedna z nich to  następstwo faktu, że akcję zatrzymań ludności cywilnej, która miała podlegać tzw. produktywizacji, czyli wykorzystaniu w przemyśle, struktury NKWD prowadziły głównie na terenach, które dopiero potem zostały przekazane państwu polskiemu.

Ponieważ polska władza w pierwszych tygodniach po wkroczeniu Armii Czerwonej nie miała tam wstępu, jej późniejsze próby doprowadzenia do powrotu wywiezionych opierały się przede wszystkim na zgłoszeniach rodzin. To listy (określane umownie jako społeczne) tworzone w kolejnych latach po 1945 r. m.in. przez starostów, organizacje społeczne czy gospodarcze.

Polskie władze nie zawsze domagały się powrotu wszystkich wywiezionych. Starano się przede wszystkim o osoby uznawane za Polaków, nieraz pomijano np. skompromitowanych wcześniejszą współpracą z organizacjami nazistowskimi. Istniała też najpewniej trudna do oszacowania grupa wywiezionych, która nie pojawiła się na polskich listach.

Dr Węgrzyn akcentuje, że tworzenie imiennej listy to żmudna praca porównawcza. Tylko na polskich listach społecznych wiele nazwisk powtarza się. Zdarzają się problemy z wariantami pisowni czy np. z zapisem miesięcy cyframi rzymskimi i arabskimi.

W oparciu o dotychczasowe dane z imiennej listy IPN całkowita liczba dotkniętych Tragedią Górnośląską to nie mniej niż 27 tys. osób. Górnej granicy liczby wywiezionych naukowcy Instytutu na razie nie próbują określać.

Niemieckie próby obejmujące zarówno mieszkańców zarówno Dolnego jak i Górnego Śląska wskazują na 62 tys. osób - w większości z Górnego Śląska. Dr Węgrzyn w toku swoich prac skłania się do liczby ok. 50 tys.; zastrzega jednak, że pozostało do sprawdzenia jeszcze sporo materiałów, np. wiele akt postępowań sądowych o uznanie za zmarłego.

Dotychczasowe dane nie są też wystarczające, by wiarygodnie szacować liczbę śmiertelnych ofiar Tragedii Górnośląskiej. "Jeśli nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ile osób na pewno wywieziono, tym bardziej nie wiemy, ile powróciło" - zaznaczył naukowiec.

Część deportowanych wracała ze Wschodu, część z Zachodu (poprzez sowiecki obóz nr 69 we Frankfurcie nad Odrą), część nie wróciła też na teren Górnego Śląska, osiedlając się gdzie indziej. "Nawet przeglądając listy urzędów repatriacyjnych mamy ogromne zamieszanie. Myślę, że jedyną metodą, by zbliżać się do celu, jest dalsze tworzenie listy imiennej" - podsumował dr Węgrzyn.

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL

Więcej na temat:Tragedia Górnośląska