Propagandowy mit: Czy PRL był "najweselszym barakiem w obozie"?

Już za komuny słyszeliśmy, że PRL to kraj cieszący się największą wolnością i najszerszym zakresem obywatelskich swobód w całym obozie socjalistycznym. Frazes ten najmocniej nagłaśniany był pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy prezesem Komitetu d.s. Radia i Telewizji został Jerzy Urban, mistrz komunistycznej propagandy z okresu wojny polsko-Jaruzelskiej.

To wtedy w niemal wszystkich oficjalnie wydawanych gazetach (a także w niektórych pismach drugiego obiegu!) zaroiło się od wypowiedzi na temat Polski rządzonej przez PZPR, zawierających pogląd, wg którego po tej stronie "żelaznej kurtyny" to w PRL-u żyło się najlepiej.

Skala, na jaką upowszechniano tę opinię, nie pozostawia złudzeń, że pojęcie "najweselszy barak w obozie" wprowadzano do języka w sposób zamierzony i dobrze zorganizowany.

Być może żartobliwe określenie, definiujące rzekomą oryginalność i liberalizm PRL-u, urodziło się w głowie któregoś z naszych rodaków, obdarzonych dużym poczuciem humoru. Ponad wszelką wątpliwość zostało jednak dla swoich celów wykorzystane przez komunistyczną propagandę.

Reklama

W ostatnim okresie istnienia Polski Ludowej oraz w czasach, gdy ludzie służb i partyjna nomenklatura urządzały się w III RP, powtarzanie bajki o najweselszym baraku dla właścicieli PRL-u było nadzwyczaj korzystne. Przekonywało Polaków, że poziom życia i zakres wolności, jaki PZPR-owska nomenklatura oferowała swym poddanym, były największe
z możliwych.

Oręż "szeptanej propagandy"

Do zadań służb specjalnych PRL-u należało m.in. upowszechnianie metodą "szeptaną" rozmaitych opinii i nastrojów. Największą skalę działania te miały prawdopodobnie w okresie poprzedzającym pierwszą pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski. Władze obawiały się tłumów, które przyjdą na spotkanie z papieżem. Stąd już wiosną 1979 roku kraj obiegały plotki o zamachach bombowych, z jakimi trzeba się liczyć, udając się na mszę odprawianą przez ojca świętego.

Krążyły wieści o ukradzionych gdzieś truciznach i gazach bojowych, które jacyś terroryści zamierzali rozpylić nad wielkim zgromadzeniem wiernych. Skądś brały się powszechnie kolportowane obawy, że dojdzie do tumultów, w czasie których tysiące ludzi będą się tratować. Jakieś "przecieki", rzekomo pochodzące z kręgów rządowych, mówiły o setkach ofiar, z jakimi liczą się władze, przygotowujące wizytę papieża.

W maju 1979 gruchnęła, powtarzana "pocztą pantoflową", wieść o szerzącej się, lecz zatajonej przez władze groźnej epidemii. 2 czerwca 1979 okazało się, że szeptana propaganda przyniosła duże owoce. Odprawiona na Placu Zwycięstwa msza święta skupiła zdecydowanie mniej wiernych, niż się można było spodziewać. Historycznych słów "niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi" "na żywo" słuchało nie więcej, niż paręset tysięcy ludzi.

W swoich wspomnieniach Kornel Morawiecki pisze: "Warszawa zawiodła - na Plac Zwycięstwa przybyło zaskakująco mało ludzi". Podobnie wydarzenie to pamięta bardzo wielu.

Frekwencja na spotkaniach z papieżem rosła dopiero w miarę tego, jak Polacy przekonywali się, że "mimo pogłosek - jednak nic się nie dzieje". Na Jasnej Górze pielgrzymów było już kilkakrotnie więcej niż w Warszawie, a kulminacyjne spotkanie z ojcem świętym na pękających w szwach krakowskich Błoniach zgromadziło już tłum, liczący miliony ludzi.

Fałszywy mit wesołego baraku

Wmawianie nam, że w PRL-u żyło się lepiej, niż w Czechosłowacji, na Węgrzech, czy w NRD - ciągle jest ogromnie korzystne dla środowisk związanych z postkomunistyczną lewicą. Przedstawia bowiem jej działalność w całkowicie niezasłużonym, bardzo dobrym  świetle.

Tym właśnie sposobem najbardziej zaprzedane obcym interesom marionetki Stalina i Breżniewa kreują się na przywódców, którzy swą odwagą, patriotyzmem, "potęgą swej niezłomnej woli" - wyrąbywali dla ojczyzny coraz większy zakres wolności. Największy, jaki w danej sytuacji był możliwy.

Piękna to bajeczka, lecz nie mająca nic wspólnego z prawdą. O "najweselszym baraku w obozie" mówią dziś przede wszystkim postkomuniści oraz ci, którzy bez reszty się z nimi zbratali. Zdumiewająco wielu bzdurę tę za nimi powtarza.

A jak było naprawdę?

Wielu jeszcze dobrze pamięta dysproporcje w poziomie życia "w różnych barakach". W wyniku moskiewskiej dyrektywy, wg której należy dążyć do zmniejszania przepaści rozwojowej między dwoma państwami niemieckimi, stopa życiowa mieszkańców NRD zawsze była wyższa od PRL-owskiej. Wschodnie Niemcy nie były przez Sowiety eksploatowane w stopniu takim, jak "bratnia Polsza". "Niemiecki barak" zawsze był więc weselszy od polskiego - pod względem dostępności i jakości mieszkań, zaopatrzenia sklepów czy ilości samochodów.

Materialnie lepiej wiodło się też Czechom i Słowakom. Zawdzięczali to głównie punktowi startu - przyłączana do bloku wschodniego Czechosłowacja była krajem znacznie lepiej rozwiniętym ekonomicznie od Polski, w porównaniu z którą nie doznała też niemal żadnych strat wojennych. Łupienie CSRS przez ZSRS  nigdy nie doprowadziło do nędzy o skali, jaka upowszechniona została w PRL-u. Choć prawdą jest, że w zakresie takim, jak wolności obywatelskie, tyrania czechosłowackiego komunizmu była bardziej skuteczna i bezwzględna od tyranii PRL-u.

Z kolei Węgry w oczach przybyszy z kraju Gierka czy Jaruzelskiego jawić się mogły jako kraj niemal zachodnioeuropejski. To głównie z Budapesztu przywożono do Polski dobra zupełnie u nas wtedy nieznane, takie jak np. nie widziane w Polsce od czasów międzywojennych owoce południowe.. To nad Dunajem mieszkańcy PRL-u najczęściej pierwszy raz w życiu widzieli sklepy, w których coś można było kupić. Na Węgrzech słuchano też genialnego przeboju rockowego zespołu "Omega". Każde dziecko wiedziało, że "Dziewczyna o perłowych włosach" to uczestniczka antykomunistycznej rewolucji roku 1956. Czy w PRL-u znamy choć jeden przykład tak czytelnej i na podobną skalę kolportowanej z reżimowych mediów patriotycznej, antysowieckiej aluzji?

Kłamstwa o rzekomym liberalizmie gospodarczym

"Węgierski Zachód" był oczywiście złudzeniem. Budapeszteńskie sklepy były pełne głównie dlatego, że mieszkańcy tego socjalistycznego kraju nie mieli za co kupować. Sama teoretyczna możliwość nabywania wielu dóbr bez konieczności, znanego wówczas wszystkim Polakom, koczowania w kilometrowych kolejkach, jawiła się jako wielka atrakcja. Warto przy tym pamiętać, że w przeciwieństwie do PRL-u już "za głębokiej komuny" część węgierskiego handlu znajdowała się w rękach prywatnych.

Wbrew propagandzie "najweselszego baraku" - to nie w PRL-u panowała największa w obozie wolność gospodarcza. Ajencyjne sklepy pojawiły się u nas dopiero za "późnego Gierka". A już w latach sześćdziesiątych na Węgrzech można było posiadać mały prywatny warsztat, lub właśnie - ajencyjny sklep.

"Gulaszowy socjalizm" skutkował tym, że miliony Węgrów pracowały jakby na dwóch etatach (w pracy państwowej oraz w małej rodzinnej firmie). Wprawdzie kosztem wielkiego wysiłku, ale dość powszechnie osiągano tam dość znacznie lepszy poziom życia, niż w PRL-u.

Kłamstwa o PRL-owskiej swobodzie twórczej

Związani z postkomuną ludzie kultury podkreślają często, że w PRL-u powstawały filmy, które nie mogłyby być nakręcone w innych "barakach obozu", że podobnie było z twórczością literacką i każdą inną działalnością artystów. Koronnym argumentem ma być nurt "kina moralnego niepokoju". Należące do niego filmy Agnieszki Holland, Krzysztofa Kieślowskiego czy Feliksa Falka interpretowane są dziś jako przejawy "opozycyjnej działalności filmowej". Trudno o większą "bujdę na resorach".

Filmy "kina moralnego niepokoju" nagradzane było m.in. na festiwalu w Moskwie, bo i w scenariusze pisane na Kremlu świetnie się wpisywały. Sowiecka krytyka postrzegała je jako "wyraz troski o budowę ustroju socjalistycznego". Filmy podobne do "Amatora" czy "Niepokoju" powstawały także w samym Związku Sowieckim. Zgodę na ich kręcenie sowiecki reżim traktował jako rodzaj "wentyla bezpieczeństwa".

Żadna filmowo-"opozycyjna" działalności takich pupilków PRL-u, jak Andrzej Wajda czy Agnieszka Holland nigdy nie miała miejsca i faktu tego nie zmienia to, że ten czy inny utwór okresowo trafiał na półkę. Zdecydowana większość twórczości "kina moralnego niepokoju" doskonale wpisywała się w komunistyczny aparat propagandy. Wiele z tych dzieł to utwory wprost dla nie j wymarzone.

Czy PRL może uchodzić za "barak" najbardziej otwarty na Zachód? Przecież to z Węgier, Bułgarii a nawet z samego Związku Sowieckiego przywożone były do PRL-u np. płyty z muzyką zachodnich zespołów rockowych. Czarne krążki z piosenkami Jacksona, Beatlesów, Animalsów, Bee Geesów czy Criedensów - tłoczono w Sofii i Leningradzie. To stamtąd przywożono je do PRL-u a nie odwrotnie!

Kłamstwa o PRL-u otwartym na świat

Aktorzy i reżyserzy z Węgier, czy NRD nie raz brali udział w produkcjach zachodnioeuropejskich, czy amerykańskich, dzieląc swoje życie między Zachód i rodzinne kraje, sięgając po największe artystyczne trofea, z filmowymi Oscarami włącznie.

A jak było w PRL-u? Z trudem zgodzono się na udział polskich aktorów w "Blaszanym Bębenku". Ofertę koprodukcji - odrzucono. Potem okazało się, że koprodukcja ta dałaby polskiej kulturze udział w Oscarze.

Elżbieta Czyżewska, pierwsza gwiazda polskiego filmu lat sześćdziesiątych, nie otrzymała zgody "polskich" władz na związanie się z obcokrajowcem. U samego szczytu popularności jej kariera została ostatecznie zniszczona. Sprzeciw wobec reżimu oznaczał jej zniknięcie z ekranu - raz na zawsze.

Kalina Jędrusik nie miała prawa wystąpić w żadnym filmie - na osobiste życzenie Gomułki. Na ekrany wróciła dopiero wtedy, kiedy prymityw z KC został obalony w wyniku Grudnia 1970. Podobny był los nie dziesiątek, lecz setek twórców. Choć ci, dzisiaj "znani i lubiani", którzy na tym skorzystali, oczywiście będą temu zaprzeczać.

Zagraniczni producenci przygotowywali np. scenariusze specjalnie z myślą o Zbigniewie Cybulskim. Poza jednym wyjątkiem - nigdy nie dostał paszportu. Wyjazd za granicę Aleksandra Forda oznaczał, że do Polski nie wróci już nigdy. Skolimowskiemu i Polańskiemu udało się to dopiero w okresie "karnawału Solidarności". Do kręcenia filmów w rodzinnym kraju mogli powrócić  dopiero w wieku sędziwym, po transformacji ustrojowej.

A przecież w innych "barakach obozu" tak smutno nie było. Milos Forman w czasach reżimu Husaka kręcił w USA filmy, które mogły się komunistom nie podobać. Nie był jednak emigrantem - miał swój dom i w Pradze i w Hollywood. Obsypanego Oscarami "Amadeusza", z udziałem licznych rodaków, kręcił w dużej mierze w Czechosłowacji. Tym samym jego dorobek jest postrzegany jako w części właśnie czechosłowacki a nie, jak w przypadku skazanych na wygnanie polskich reżyserów, wyłącznie brytyjski czy amerykański.

Mit powtarzany w interesie funkcjonariuszy reżimu

Powtarzanie bzdury o "najweselszym baraku" jest kolportowaniem kłamstwa wymyślonego w interesie właścicieli PRL-u oraz ludzi ich służb.

Prawda jest inna. PRL-em rządziła satrapia nie lepsza od stalinowskiej. Jedynie skali społecznego oporu, Kościołowi katolickiemu, zdolności części obywateli do poniesienia ofiar należy zawdzięczać, że reżimy Bieruta, Gomułki, Jaruzelskiego nie były jeszcze bardziej krwawe.

Andrzej Kołodziej

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Polska Rzeczpospolita Ludowa
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy