Dzięki Ronaldowi Reaganowi sprawa niepodległości Polski wróciła na agendę międzynarodową w latach 80. - mówi w 14. rocznicę śmierci prezydenta USA historyk prof. Marek J. Chodakiewicz.

Zdjęcie

"Ronald Reagan nigdy nie udawał, że PRL to wolna Polska" /DON RYPKA /AFP
"Ronald Reagan nigdy nie udawał, że PRL to wolna Polska"
/DON RYPKA /AFP

PAP: 5 czerwca mija 14 lat od śmierci Ronalda Reagana. Z jakich powodów powinniśmy w Polsce pamiętać o 40. prezydencie USA?

Prof. Marek J. Chodakiewicz: Był wielkim przyjacielem Polski. To głównie on przyczynił się do implozji Związku Sowieckiego. Współpracował blisko na tym polu z Janem Pawłem II. Miał wielką słabość do "Solidarności". Dzięki niemu sprawa niepodległości RP wróciła na agendę międzynarodową. Nie udawał, że Polska jest wolna. Głosił wszem i wobec, że jest zniewolona. Drogie też były mu polskie symbole. Na przykład, w Białym Domu godnie obchodzono 40. rocznicę Powstania Warszawskiego. Wystarczy?

Reklama

Jak ocenia Pan stan pamięci o Reaganie w Polsce?

- Trudno mi ocenić w sposób stricte statystyczny i naukowy. W Polsce nie mieszkam prawie 37 lat. Wśród mojej rodziny i przyjaciół na pewno Ronald Reagan funkcjonuje w sposób pozytywny. Kilkanaście lat temu Paweł Toboła Pertkiewicz namówił mnie, abyśmy złożyli wybór przemówień 40. prezydenta USA. Książka się sprzedała, czyli rozeszła się po środowisku konserwatywnym. Nie wiem, czy na tę tematykę jest popyt w tzw. mainstreamie. Wątpię, czy amerykanistyka w Polsce funkcjonuje w oparciu o konserwatywne ikony. Inna sprawa to "Solidarność." W Tygodniku Solidarność czuję, że poważają Reagana. Duża część weteranów "Solidarności," szczególnie internowanych, ma do niego sentyment. To oni wystawili wspaniały pomnik w Sopocie - Jan Paweł II i Ronald Reagan. Zresztą jest tam cały park poświęcony prezydentowi. Stoi też pomnik - popiersie - przed ambasadą USA w Warszawie. Mówiono mi, że wystawił go ktoś związany z klimatami piłkarskimi, podobno establishment III RP. Jeżdżąc po Polsce, przejeżdżałem przez Rondo Reagana kilkakrotnie - w Lublinie, w Opolu, w Krakowie, w Warszawie. O ile pamiętam jest też ulica im. Reagana w Poznaniu, chyba szykuje się inna. Nie jest to analiza naukowa, ale z tego wynika, że jakieś środowiska pamiętają, a co więcej, nie są obojętne i ruszyły się oddolnie, aby takie miejsca pamięci o prezydencie powstały.

Reagan już w latach 60. popularyzował wiedzę o Katyniu i innych zbrodniach komunistycznych. Czy taka działalność była w Stanach czymś zwyczajnym, czy unikalnym?

- Wśród antykomunistów sympatia do Polski oraz wiedza o jej krzywdach, a w tym o Katyniu była absolutem. Dotyczyło to szczególnie konserwatywnych katolików. Ojciec amerykańskiego konserwatyzmu nowoczesnego Bill Buckley - założyciel legendarnego National Review - oraz jego kolega Bill Casey założyli pod koniec lat czterdziestych klub w Nowym Jorku. Jego zew to: Katyń i Jałta. Warto wiedzieć, że gdy Casey służył w Office of Strategic Services w czasie II wojny światowej, w pewnym momencie został oficerem łącznikowym przy rządzie RP w Londynie. I był świadkiem tego, co się stało, gdy sprawa Katynia została rozdmuchana w 1943 r. On i jego koledzy nie mieli wątpliwości, że stali za tym Stalin i NKWD. O Katyniu zawsze pamiętał czołowy intelektualista konserwatywny, Russell Kirk. Pat Buchanan opowiadał, jak przy obiedzie jego ojciec narzekał: "Sprzedaliśmy komunie Polskę, katolicką Polskę!". Naturalnie wiedzieli o tym i antykomuniści protestanccy, i inni. W wielu artykułach i pracach środowiska antykomunistycznego Katyń był hasłem mordu i zdrady czerwonych. Był dowodem jacy są marksiści. Antykomuniści wiedzieli też o innych zbrodniach, ale była to wiedza ezoteryczna. To co lewicowcy "ujawnili" w latach dziewięćdziesiątych ostatniego wieku w "Czarnej księdze komunizmu" funkcjonowało otwarcie w środowisku konserwatywnym amerykańskim dość szeroko i od początku. Na przykład wiedziano o kolektywizacji w Sowietach, a w tym na Ukrainie w latach trzydziestych. Potem dołączyła cała plejada zbrodni, na przykład komunistów na Chińczykach. Jasne było dla tego środowiska, że Mao i Pol Pot to nie "agrarni reformatorzy", jak pisał o nich "The New York Times". Masa trupów szła w dziesiątki milionów, ale oprócz konserwatystów i i ich skrajnego, populistycznego skrzydła (np. John Birch Society), niewielu to obchodziło. Bardzo trudno było z tą wiedzą wyjść na zewnątrz. Przede wszystkim dlatego, że lewica kontrolowała media i szkolnictwo wyższe. I dla nich komunizm był wielką nadzieją na przyszłość. Liberałowie wypełniali tutaj funkcję użytecznych idiotów. Zwali się anty-anty-komunistami. I zwalczali antykomunistów bardzo brutalnie. Ronald Reagan, który wyszedł z tradycji postępowej w latach trzydziestych, ściął się z komuną w następnej dekadzie i zaczął coraz bardziej - przez antykomunizm właśnie - zbliżać się do konserwatyzmu. Łykał wiedzę, a w tym i o Katyniu. Nie była to wiedza powszechna ze względu na komunistycznych agentów wpływu w mainstreamie oraz nagłaśniających ich liberalnych użytecznych idiotów. Reagan przeciwstawił się nim. I wierzyli mu ludzie, którzy go oglądali na ekranie kinowym i telewizyjnym, słuchali jego audycji w radio, a potem głosowali na niego - na gubernatora Kalifornii, a następnie na prezydenta USA.

Temat zbrodni katyńskiej stał się ostatnio głośny w kontekście amerykańskim przy okazji sprawy pomnika w Jersey City. Jak ocenia Pan dzisiejszą wiedzę Amerykanów, w tym elit politycznych, o Katyniu?

- Zależy od pokolenia. Wymierające dinozaury antykomunistyczne, wojownicy Zimnej Wojny (Cold Warriors) wciąż pamiętają. Co więcej, wielu z nich uzupełniło swoją wiedzę o rewelacje z postkomunistycznych archiwów. To nie tylko chodzi o Katyń, ale i o inne zbrodnie. Teraz jest to po prostu jasne - czarno na białym - że komuna to najbardziej zbrodniczy system w historii świata. Ale dinozaury odchodzą. Następne pokolenia znów uległy indoktrynacji. Nie było parady zwycięstwa po rozsypaniu się Związku Sowieckiego. Nie było rozliczenia z agentami wpływu i użytecznymi idiotami. Wciąż panują w mediach i szkołach wyższych. Wciąż indoktrynują ludzi. Stąd najpierw w USA pleciono o rzekomym "końcu historii," "wybierano przyszłość," a następnie marksizm kulturowy odgrzał narrację Kominternu. Przy okazji sprawy pomnika w Jersey City, aby skontrować antykomunizm, w postmodernistyczne ciuchy ubrano opowieści o "polskich faszystach," "polskich antysemitach," oraz "polskich obozach koncentracyjnych." I człowiek poczuł się znów w 1943 r. Nie ma tutaj miejsca na Katyń.

To pytanie do Pana jako publicysty, nie historyka - gdzie byłaby dziś Europa Wschodnia, gdyby nie Reagan?

- Przykro mi, nie można podzielić mnie na publicystę i historyka. Jestem całościowo sobą. Moja publicystyka jest głęboko oparta o naukę. Stosuję tylko inny język - z dużo większą werwą - w publicystyce. Ale mówię właściwie to samo. I powiem. Jan Paweł II, Margaret Thatcher i - przede wszystkim - Ronald Reagan postanowili rozwalić komunę. I podkreślam, że najważniejszy materialnie był Reagan, bo stał na czele największego imperium na świecie. Wyzyskał jego środki, aby uzbroić ducha, którego temu przedsięwzięciu dał Jan Paweł II. I słowo stało się ciałem, do czego dołożyła się też i premier Thatcher. Ktoś kiedyś zapytał Reagana, jaki ma plan na wygranie Zimnej Wojny. Ten odparł: "I have a plan. We win. They lose." Słuchający myśleli, że to żart. A Reagan mówił jak najbardziej poważnie.

Czy w prezydenturze Trumpa widzi Pan jakieś nawiązania do polityki Reagana?

- Raczej do Andrew Jacksona. To się odnosi do stylu i populizmu. Reagan był słonecznym konserwatystą, gentlemanem. Trump jest bardzo często gniewny i eksplodujący. Rzadko żartuje w sposób serdeczny. Często w jego humorze jest jad. Nigdy tak nie było u Reagana.

Rozmawiał Jakub Pilarek (PAP)

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL