Choć oficjalne PRL-owskie media tylko wzmiankowały o wydarzeniach nowohuckich to usłyszała o nich cała Polska. 27 kwietnia 1960 r. grupa kobiet z dziećmi stanęła w obronie wykopywanego krzyża, który stał na rogu ul. Marksa i Majakowskiego i znaczył miejsce w którym miał powstać pierwszy kościół na terenie miasta bez Boga.

Zdjęcie

Kwiecień 1960 r. Zajścia przeniosły się na nowohucki Plac Centralny. Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
Kwiecień 1960 r. Zajścia przeniosły się na nowohucki Plac Centralny. Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora

Krzyż ten nie tylko był znakiem, był symbolem tego, z czym przyjechali tutaj ludzie, by zacząć "nowe" życie. Z tym czymś wyrwanym "spod miedzy", z krzyżykiem na szyi, ale i często z czerwonym krawatem. Odwaga kilkudziesięciu kobiet stała się wieloznacznie symboliczna, ale też zapoczątkowała wydarzenia, których chyba nikt do końca się nie spodziewał i które z wiarą i religią nie miały za dużo wspólnego.

Nie będę opisywał wydarzeń, które w ogólnym zarysie są znane. Chciałbym się skupić tylko na kilku kwestiach, które domagają się wyjaśnień i skłaniają do pytań.

Reklama

Zdjęcie

27 kwietnia 1960 r. Ludzie gromadzą się wokół krzyża, postawionego u zbiegu ulic Marksa i Majakowskiego. Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
27 kwietnia 1960 r. Ludzie gromadzą się wokół krzyża, postawionego u zbiegu ulic Marksa i Majakowskiego. Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora

Należy postawić ogólną tezę, że z obroną krzyża mieliśmy do czynienia od godzin porannych 27 kwietnia 1960 r. do godzin popołudniowych. Natomiast godziny późnopopołudniowe, wieczorne i nocne to była już regularna bitwa nowohucian z milicją i pacyfikacja całej dzielnicy. Nie możemy zapominać, że i w kolejnych dniach ludzie gromadzili się pod krzyżem. Nie mogli bowiem wiedzieć, że decyzja o usunięciu krzyża została wstrzymana - byli gotowi nadal go bronić.

Dlaczego krzyż chciano usunąć, skoro wcześniej zgodzono się na jego uroczyste wzniesienie i poświecenie?

Z pewnością był to element dokręcania śruby Kościołowi przez państwo rządzone przez ekipę Władysława Gomułki i sytuacja w Nowej Hucie niewątpliwie się wpisywała.

Należy natomiast przypomnieć, że w maju 1960 r. miały się odbyć w Nowej Hucie wielkie obchody 10-lecia pokazowego miasta socjalizmu. Spodziewano się przyjazdu tzw. delegacji partyjno-rządowej najwyższego szczebla, z towarzyszem "Wiesławem" na czele.

Miejscowi notable zaplanowali, że w ramach tych uroczystości zostanie wmurowany kamień węgielny w mury nowej szkoły tzw. tysiąclatki - szkoły całkowicie laickiej, bez nauki religii. Komunistyczni decydenci uznali, że szkoła miała powstać w miejscu dotychczas przeznaczonym pod budowę kościoła.

W takim kontekście widok krzyża stawał się nie do zniesienia. Towarzysz "Wiesław" nie mógł przecież wmurowywać kamienia węgielnego pod górującym nad nim krzyżem. Jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że chodzi tutaj o kościół?

13 kwietnia 1960 r. odbyła się konferencja w prezydium Rady Narodowej miasta Krakowa z udziałem jego przewodniczącego Zbigniewa Skolickiego, przewodniczącego Dzielnicowej Rady Narodowej w Nowej Hucie Franciszka Misiudy oraz kierownika Wydziału do Spraw Wyznań Rady Narodowej Miasta Krakowa Leona Króla. Postanowiono formalnie wówczas, że krzyż trzeba usunąć. Tylko w jaki sposób to zrobić?

W tym celu organizowano różne spotkania "robocze". Potrzebowano bowiem argumentu technicznego, który uzasadniałby usunięcie krzyża  - sam argument ideologiczny bowiem nie wystarczał.

Zdjęcie

27 kwietnia 1960 r. Zgromadzenie wokół krzyża, który władze komunistyczne chcą usunąć. Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
27 kwietnia 1960 r. Zgromadzenie wokół krzyża, który władze komunistyczne chcą usunąć. Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora

Zwrócono się w tej sprawie do Dyrekcji Budowy Osiedli Robotniczych (DBOR). Tu jednak pojawiła się niespodziewanie niemiła niespodzianka. Kierownictwo DBOR-u w osobach Bogumiła Korombla oraz jego zastępcy Adama Koczura stwierdziło, że usunięcie krzyża nie jest wcale konieczne, aby móc spokojnie budować szkołę. "Krzyża nie trzeba usuwać". Pomimo tego kilku działaczy, m.in. Tadeusz Prędki z KW PZPR (wydział propagandy), Tadeusz Górski z Komitetu Miejskiego Krakowskiego PZPR oraz wspomniany już Leon Król, intensywnie naciskało, aby nowohucki krzyż został usunięty.

Szukano wykonawcy partyjnego polecenia. Pierwotnie wyznaczono do tego zadania dwie brygady odpowiedzialne za prace ziemne. I tu ponownie krakowskich komunistów zaskoczyła zła wiadomość: obydwie ekipy odmówiły wykonania tej pracy! Ze strony tych ludzi był to na pewno akt dużej odwagi.

W tej sytuacji Jan Bombaś, ówczesny I sekretarz PZPR Przedsiębiorstwa Budownictwa Mieszkaniowego [PBM] Nowa Huta, wydał polecenie partyjne sześciu towarzyszom, aby zorganizowali brygadę rezerwową. To właśnie oni przystąpili do wykopywania krzyża, a następnie zostali przepędzeni przez kobiety. Przypadkową "ofiarą" kobiet stał się Józef Moryl, który wraz ze swoją brygadą ogradzał teren budowy przyszłej szkoły, a który został niesłusznie zidentyfikowany jako osoba kierująca akcją usuwania krzyża. Moryl musiał salwować się ucieczką.

Wśród okoliczności związanych z wydarzeniami wokół prób usunięcia krzyża, nie udało się - jak na razie - wyjaśnić, w jaki sposób doszło do wyłączenia wyłączenia prądu w całej dzielnicy. Stało się to 27 kwietnia 1960 r. o godzinie 21:31. Na dwanaście minut Nową Hutę spowiły egipskie ciemności. Wygaszenie oświetlenia doprowadziło do eskalacje zajść. Po nim nastąpiło m.in. zdemolowanie budynku Dzielnicowej Rady Narodowej i jego częściowe podpalenie.

Korespondentom PAP, znajdującym się wśród oddziałów milicyjnych, mówiono, że to część strategii. Była to raczej anty-strategia. Po zakończeniu zajść, milicja tłumaczyła, że wyłączenie napięcia, a tym samym oświetlenia w całej dzielnicy, nastąpiło przez pomyłkę. Zamiast wyłączyć napięcie dla trakcji tramwajowej, wyłączono je w ogóle.

Zagadką pozostaje również, dlaczego w trakcie zajść, w siedzibie Dzielnicowej Rady Narodowej spalono tyko konkretne akta z jednej szafy w pokoju nr 70 na drugim piętrze budynku. Była to dokumentacja dotycząca wymiarowania podatku obrotowego i dochodowego od gospodarki nieuspołecznionej za lata 1957-1960, akta od podatku od wzbogacenia wojennego oraz część akt wymiarowych podatków od nieruchomości. W tej kwestii wciąż można tylko snuć przypuszczenia.

Zdjęcie

27 kwietnia 1960 r. Tłum zgormadzony wokół nowohuckiego krzyża (w tle budynek Teatru Ludowego). Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
27 kwietnia 1960 r. Tłum zgormadzony wokół nowohuckiego krzyża (w tle budynek Teatru Ludowego). Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora

Zajścia na ulicach nowohuckich były tak gwałtowne,a walki tak zacięte, że dochodziło do takich sytuacji, gdy obie strony używały do walki kamieni - na równi z demonstrantami robiła to również milicja. Stawiano barykady, wykopy pod fundamenty kościoła służyły za okopy. Z dachów, balkonów i okien rzucano gruz, doniczki z kwiatami - to, co było pod ręką.

W początkowej fazie walk w Nowej Hucie milicja użyła dwóch armatek wodnych, środków chemicznych i pałek. Funkcjonariusze wprowadzili też do akcji 13 specjalnie szkolonych psów.

Zdjęcie

Zajścia przeniosły się pod budynek Dzielnicowej Rady Narodowej w Nowej Hucie. Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
Zajścia przeniosły się pod budynek Dzielnicowej Rady Narodowej w Nowej Hucie. Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora

Władze nakazały zastosowanie wszelkich środków w celu spacyfikowania zajść - z zakazem użycia broni. Jednak w trakcie generalnego natarcia milicji na protestujących ludzi, funkcjonariusze - wbrew zakazowi - broni używali dość często. Udało się ustalić, że rany postrzałowe odniosło sześć osób: Izydor Szczupacki, Jan Lis, Stanisław Zgraja, Tadeusz Miska, Andrzej Wójcik oraz Helena Majewska. W trakcie oględzin szpitalnych u większości stwierdzono rany postrzałowe podudzi. Jedynie Jan Lis trafiony został kulą w klatkę piersiową i i jego stan określono jako ciężki. O innych ofiarach zajść w Nowej Hucie ranionych w broni palnej, nie wiemy.

Zdjęcie

W walkach ludzie używali wszystkiego, co mieli pod ręką. Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
W walkach ludzie używali wszystkiego, co mieli pod ręką. Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora


W połowie maja do Nowej Huty przybył Władysław Gomułka. W przemówieniu wygłoszonym z okazji 10-lecia Nowej Huty i "Dnia Hutnika" zapowiedział usunięcie z niej "awanturników i darmozjadów", co było odbierane dość powszechnie jako zapowiedź kary dla uczestników zajść. W nowohuckim kombinacie odczuwało się wyraźne zaniepokojenie tymi słowami. Zdarzały się przypadki zabiegania u działaczy PZPR o wstawiennictwo na wypadek wyrzucenia z pracy i z Nowej Huty.

Słowa Gomułki nie były czczymi groźbami. 17 maja powstała w Komendzie Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Kraków specjalna grupa, która miała za zadanie stworzyć listę proskrypcyjną osób, które należało usunąć z terenu Nowej Huty. Grupa w pierwszej kolejności miała zająć się wskazaniem uczestników zajść w obronie krzyża.

Zdjęcie

Zniszczony podczas zajść w Nowej Hucie samochód milicyjny. Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
Zniszczony podczas zajść w Nowej Hucie samochód milicyjny. Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora

Zgodnie z wyraźnymi instrukcjami dotyczącymi tworzenia listy, za element niepożądany w modelowym mieście socjalizmu nie uznano recydywistów z kryminalną przeszłością, chuliganów, złodziei, ani też "niebieskich ptaków", czyli osoby niepracujące. Jak się okazało - i była to pewna trudność dla milicyjnej grupy specjalnej - wśród zatrzymanych w związku z walkami o krzyż bardzo niewielu miało wcześniej przeszłość kryminalną.

Oddelegowani do pracy w Nowej Hucie funkcjonariuszy komendy wojewódzkiej pozostawali pod kierownictwem komendanta dzielnicowego milicji Józefa Drożdża. Informacje o osobach wytypowanych do wysiedlenia z Nowej Huty kierowano wpierw do I sekretarza KW PZPR Lucjana Motyki, natomiast wnioski o wysiedlenie do Dzielnicowej Rady Narodowej.

Zdjęcie

Pobojowisko po zajściach w Nowej Hucie. Fot. z archiwum IPN /Archiwum autora
Pobojowisko po zajściach w Nowej Hucie. Fot. z archiwum IPN
/Archiwum autora

W pierwszym wykazie przewidzianych do wysiedlenia znalazło się 29 nazwisk - tylko jedna z tych osoba była zatrzymana przez milicję za udział w zamieszkach. Ostateczna lista liczyła 98 osób, "które ze względu na swoją przestępczą działalność nie powinny zamieszkiwać, ani pracować w Nowej Hucie".

Czy planowane wysiedlenia zrealizowano? Jak dotąd nie spotkałem się z takimi relacjami. Prawdopodobnie juz wówczas zdano sobie sprawę, że w ustawodawstwie PRL-owskim trudno byłoby znaleźć na to podstawę prawną. Jak natomiast zaznaczał przewodniczący Skolicki, nie było problemu z mieszkańcami hoteli robotniczych. Tym po prostu odmawiano dalszego pobytu w hotelu.

Historia obrony krzyża w Nowej Hucie i wydarzeń z nią związanych ma jeszcze wiele tajemnic, które należy próbować odsłonić.           

Wojciech Paduchowski

Dr Wojciech Paduchowski pracuje w oddziale krakowskim IPN. Jest historykiem zajmującym się m.in. dziejami Nowej Huty.

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL

Więcej na temat:Nowa Huta | obrona krzyża 1960