- Moim zdaniem, bezczynność Komendy Głównej Armii Krajowej wobec ludobójstwa Polaków na Wołyniu trzeba kreślić mianem hańby. Wychodzę z założenia, że obowiązkiem wojska jest obrona obywateli. Koncepcja Armii Krajowej, że w ramach Akcji "Burza" i współpracy z Sowietami przeciwko Niemcom uda się uratować dla Polski Wołyń, była nierealna. To była mrzonka. Natomiast realnym celem była pomoc tym nieszczęsnym ludziom mordowanym przez banderowców. To leżało w możliwościach Armii Krajowej - mówi z rozmowie z Interią publicysta historyczny Piotr Zychowicz, autor głośnej książki "Wołyń zdradzony. Jak dowództw AK porzuciło Polaków na pastwę UPA".

Zdjęcie

Polacy zamordowani przez UPA we wsi Lipniki w 1943 roku /Agencja FORUM
Polacy zamordowani przez UPA we wsi Lipniki w 1943 roku
/Agencja FORUM

Artur Wróblewski, Interia: Już same rzezie dokonywane przez banderowców i podpuszczonych przez nich ukraińskich chłopów na Wołyniu były dla Polaków wystarczająca tragedią. Tymczasem kolejną był fakt, że pomocy musieli szukać od dwóch śmiertelnych wrogów Polski: Niemców i Sowietów. Zacznijmy od Niemców, bo to pod ich władaniem w czasie banderowskiego ludobójstwa znajdował się Wołyń. W książce przypomniana jest scena z filmu "Wołyń", gdzie uciekająca przed chcącymi ją zamordować ukraińskimi chłopami bohaterka, wbiega w oddział maszerujących niemieckich żołnierzy, którzy tutaj "robią" prawie za oenzetowskie Błękitne Hełmy. Czy rzeczywiście miały miejsce takie sytuacje, czy ta scena może jednak jest odrobinę przesadzona?

Piotr Zychowicz: - Oczywiście, że takie sytuacje miały miejsce i są opisane w wielu źródłach, zarówno we wspomnieniach i relacjach ocalałych z ludobójstwa na Wołyniu, jak i w dokumentach Polskiego Państwa Podziemnego. Powiem tak: tonący brzytwy się chwyta. W sytuacji, gdy ukraińscy nacjonaliści wspomagani przez uzbrojonych w kosy i widły ukraińskich chłopów, całkowicie bezkarnie wyrzynali polskie wioski, bez żadnej reakcji Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej, to siłą rzeczy doprowadzeni do rozpaczy Polacy, którzy chcieli żyć, musieli szukać pomocy gdzieś indziej. Znajdowali ją u wrogów. W częściach Wołynia, gdzie działały silne oddziały partyzantki sowieckiej, Polacy szukali obrońców i sprzymierzeńców w Sowietach. W innych częściach Wołynia Polacy pomocy szukali u Niemców. Nie robili tego jednak z miłości do Hitlera czy Stalina. Po prostu chcieli przeżyć. Nie można więc mieć o to do nich pretensji.

Reklama

Nie ma wątpliwości, że Niemcy chroniący Polaków czynili to także we własnym interesie, broniąc się przed banderowcami, czy po prostu starając się zaprowadzić spokój w terenie. Czy poza ochroną Niemcy w inny sposób pomagali Polakom?

- Przede wszystkim przytłaczająca większość Polaków, która przeżyła ludobójstwo na Wołyniu, przetrwała ukraińskie rzezie w miastach. Byli to albo mieszkańcy tych miast, albo uchodźcy ze wsi, którzy do miast napłynęli. Dlaczego banderowcy nie wymordowali Polaków w wołyńskich miastach? Dlatego, że były tam silne niemieckie garnizony. Ukraińscy nacjonaliści potrafili mordować bezbronną polską ludność cywilną, natomiast unikali starć z uzbrojonymi niemieckimi żołnierzami, bo siłą rzeczy byli w tych starciach skazani na porażkę. Tym samym miasta Wołynia, w których znajdowały się niemieckie garnizony, były bezpiecznymi dla Polaków miejscami. Oczywiście Niemcy wykorzystywali sytuację dla własnych interesów i sporą część uchodźców napływających do miast, wywieźli na przymusowe roboty do Rzeszy. To jest paradoks, że Polak z Wołynia był bezpieczniejszy niewolniczo pracując w Niemczech, niż we własnej polskiej wiosce, gdzie mógł zostać zarąbany siekierą przez ukraińskiego sąsiada.

- Trzeba zaznaczyć, że ludobójstwo Polaków zaczęło się po tym, jak kilka tysięcy członków ukraińskiej policji pomocniczej, na wezwanie kierownictwa ukraińskich nacjonalistów, zdezerterowało z niemieckiej służby i uciekło do lasów z bronią w rękach. To doprowadziło do dramatycznego załamania się stanu bezpieczeństwa na Wołyniu. Wówczas Niemcy mogli się zwrócić o pomoc tylko do jednej grupy narodowościowej, czyli do Polaków. Tak w miejsce ukraińskiej policji pomocniczej powstały jednostki polskiej policji oraz oddziały Schutzmannschaft. To była druga forma niemieckiej pomocy. Jednostki, o których mówię, zostały przez Niemców uzbrojone i wielu miejscach na Wołyniu stawiały opór banderowcom, broniły polskich wiosek i miejscowości czy pomagały w ewakuacji ocalałych.

- Trzecim typem pomocy było przekazywanie przez niemieckie władze okupacyjne broni polskim samoobronom. W sytuacji, w której Armia Krajowa zachowywała się biernie, niektórzy z bardziej rzutkich Polaków stworzyli bazy samoobrony, jak na przykład Przebraże, Huta Stara, Zasmyki, to są te najbardziej znane. Brakowało jednak broni, by móc skutecznie walczyć z banderowcami. Z reguły broń dostarczali Niemcy. Dlaczego? Niemcy mieli interes w dostarczaniu Polakom broni. Rebelia banderowców zdezorganizowała porządek i bezpieczeństwo na Wołyniu oraz wpłynęła na załamanie kontyngentów płodów rolnych. Polacy, w zamian za broń, zabezpieczali dostawy płodów rolnych dla Niemców. Interes był więc obopólny.

- Ostatnia forma pomocy Niemców miała charakter bezpośredni, co właśnie we wspomnianej scenie filmu "Wołyń" pokazał Smarzowski. Polacy zaatakowani przez banderowców, wzywali na pomoc sąsiadujący z ich miejscowością garnizon niemiecki. W tych sytuacjach dużo zależało od lokalnego dowódcy posterunku. Często Niemcy ignorowali prośbę o pomoc, uważając, że Słowianie mogą się nawzajem pozabijać, a Niemcy nie powinni się do tego mieszać. Znanych jest jednak też wiele przypadków, kiedy to Niemcy przychodzili Polakom na pomoc, ewakuowali ich w bezpiecznie, a często też w ramach odwetu pacyfikowali sąsiednią ukraińską wieś.

- Była jeszcze jedna forma pomocy niemieckiej, a mianowicie sprowadzenie na Wołyń polskich formacji policyjnych. Mam tutaj na myśli 202. Batalion Schutzmannschaft, który również bronił Polaków przed banderowcami. Niestety, jest też druga strona medalu. Organizowane przez Niemców polskie formacje policyjne na Wołyniu dokonał też szeregu odwetowych zbrodni na ukraińskich wioskach. 

"Najlepszy sposób na przetrwanie Polaków na Wołyniu? Ucieczka"

- Podstawowym sposobem na przetrwanie dla Polaków na Wołyniu była ucieczka do większych miast albo nawet za Bug - mówi dr Paweł Naleźniak z krakowskiego oddziału IPN. Artur Wróblewski z Interii rozmawiał z historykiem na temat sposobów obrony Polaków przed ludobójstwem z rąk ukraińskich... czytaj więcej

Na Wołyniu stacjonowały również sprzymierzone z Niemcami oddziały węgierskie. One też pomagały Polakom, ale nie działały wyłącznie interesownie jak wojsko niemieckie. Węgrzy często pomagali Polakom z sympatii.

- Rzeczywiście, w przypadku Węgrów możemy mówić o pomocy bardziej altruistycznej. Zachowało się mnóstwo relacji, które świadczą o wspaniałym zachowaniu wojsk węgierskich, które na Wołyń sprowadzili Niemcy. Węgrzy na każdym kroku okazywali Polakom sympatię i współczucie. A jak pomagali? Przede wszystkim przekazywali broń w dużych ilościach. Działo się to zazwyczaj w formie wymiany handlowej: pistolet maszynowy za kilka kilogramów słoniny czy butelki samogonu. Poza tym Węgrzy tam, gdzie mogli, chronili Polaków przed banderowcami, ale też dokonywali odwetowych ataków na oddziały ukraińskich nacjonalistów. Niestety, zdarzało się, że te ataki były brutalne i powiązane z pacyfikacjami wiosek zamieszkanych przez Ukraińców. We wspomnieniach często jest mowa o tym, jak Polacy i Węgrzy spotykali się w terenie i serdecznie witali, padając sobie w ramiona, podkreślano polsko-węgierską przyjaźń... Nawet w 1944 roku, kiedy Armia Krajowa przystąpiła do Akcji "Burza" i otwarcie wystąpiła przeciwko Niemcom, to w przypadku spotkania oddziałów węgierskich, Polacy mijali je, udając że się nawzajem nie widzą. Długa historyczna przyjaźń polsko-węgierska jedną z najpiękniejszych kart zapisała właśnie na Wołyniu.

Stosunek Sowietów do Polaków i banderowców na Wołyniu można podzielić na dwa etapy. Pierwszy z nich to działalność sowieckich partyzantów. Później sytuacja zasadniczo się zmieniło, gdy na Wołyń weszły regularne liniowe jednostki Armii Czerwonej.

- Na terenach, gdzie działała silna partyzantka sowiecka, tak było na przykład na wschodzie Wołynia, wystąpiła wspólnota interesów. To znaczy Polacy potrzebowali pomocy i na tych terenach mogli ją otrzymać wyłącznie od partyzantki sowieckiej, będącej jedyną siłą potrafiącą się przeciwstawić banderowcom. Polskiej partyzantki tam nie było, a Niemcy ze względów bezpieczeństwa woleli się na te tereny nie zapuszczać. Tym samym oddziały partyzantki sowieckiej, działające niedaleko polskich wsi, zaopatrywały się w jedzenie czy ubrania właśnie w polskich miejscowościach, często korzystając również z budynków, by schronić się przed zimnem. W zamian za to Sowieci chronili Polaków przed banderowcami. Trzeba przyznać, że często działania Sowietów były skuteczne. Jednocześnie istniało też kolosalne zagrożenie związane z pomocą niesioną przez Sowietów. Niemcy w takich przypadkach działali zdecydowanie. Jeżeli jakaś wieś wspomagała partyzantkę sowiecką, to musiała się liczyć z możliwością pacyfikacji przez oddziały niemieckie.

- Wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej na Wołyń we wspomnieniach Polaków możemy odczuć zmianę nastroju. Po okupacji sowieckiej w latach 1939-1941, polska społeczność na Wołyniu była nastawiona niezwykle antysowiecko. Zupełnie inaczej, niż Polacy znajdujący się w Polsce okupowanej przez Niemców, która nie zaznała "dobrodziejstw" sowieckiej okupacji. Wołyniacy początkowo uważali, że najgorsze co może ich spotkać, to ponowne nadejście bolszewików. Natomiast w momencie rozpoczęcia się koszmarnych rzezi i ludobójstwa Polaków przez banderowców, przy całkowitej bierności Armii Krajowej, ci ludzie zaczęli dochodzić do wniosku, że jeżeli nie możemy liczyć na własne państwo, to jedyne uspokojenie sytuacji i bat na UPA, to Armia Czerwona. W konsekwencji spora część Polaków na Wołyniu zaczęła z utęsknieniem wyczekiwać Sowietów. Uznali, że z dwojga złego bolszewicy są mniej straszni, niż banderowcy. Paradoks historii polega na tym, że rzeczywiście to założenie było słuszne. Wkroczenie Armii Czerwonej na Wołyń równoznaczne było ze wstrzymaniem poważniejszych wystąpień ze strony banderowców. Sowieci bowiem bardzo szybko zabrali się za walkę z ukraińskimi nacjonalistami, i czynili to skutecznie, szybko miażdżąc bandy banderowców. Kolejny paradoks jest taki, że ci sami Sowieci, którzy przynieśli Polakom wytchnienie i powstrzymali ludobójstwo na Wołyniu, potem tych Polaków z Wołynia wyrzucili. Ale to już jest kolejny rozdział tej tragicznej historii.

Zdjęcie

Piotr Zychowicz /ANDRZEJ BANAS / POLSKA PRESS /East News
Piotr Zychowicz
/ANDRZEJ BANAS / POLSKA PRESS /East News

Przejdźmy do Armii Krajowej. Katalog zaniedbań dowództwa podziemia jest spory.

- Pierwszym podstawowym i absolutnym błędem kierownictwa Armii Krajowej było bagatelizowanie i ignorowanie zagrożenia ze strony ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu. Mimo licznych ostrzeżeń, nie tylko ze strony Wołyniaków, ale również Biura Wschodniego Delegatury Rządu na Kraj, dowództwo Armii Krajowej uważało, że jeżeli z Ukraińcami będą jakieś problemy, to ewentualnie w Galicji Wschodniej, ponieważ tam panował silny ukraiński nacjonalizm. Panowało przekonanie, że na zamieszkanym przez "nieuświadomionych narodowo" chłopów Wołyniu zagrożenia nie było. Dodatkowo, dowództwo Armii Krajowej wierzyło, że z ukraińskimi nacjonalistami z UPA i OUN uda się porozumieć w wyniku negocjacji. Rzeczywiście, takie negocjacje prowadzono. Natomiast te rozmowy do niczego oczywiście doprowadzić nie mogły, ponieważ konflikt polsko-ukraiński sprowadzał się do przynależności państwowej Wołynia i Galicji Wschodniej. Polacy uważali ten teren za część Rzeczpospolitej, nacjonaliści ukraińscy chcieli ten teren włączyć w granice przyszłej Ukrainy. W związku z tym obie strony nie miały sobie nic do zaoferowania, kompromis był niemożliwy. Ten konflikt musiał być rozwiązany zbrojnie. Efekt utopijnych założeń Armii Krajowej był taki, że polska partyzantka pojawiała się Wołyniu za późno. Okręg Wołyński Armii Krajowej był najpóźniej utworzonym okręgiem w całym akowskim podziemiu. Struktury zaczęto tam budować późno, ponieważ nie spodziewano się ukraińskiego zagrożenia. Wołyń w planach Armii Krajowej od początku odgrywał trzeciorzędną rolę. Nie przewidywano tam nawet ogólnokrajowego powstania, zakładano jedynie działania dywersyjno-sabotażowe. Dlatego brakowało struktur. Tymczasem 9 lutego 1943 roku doszło w miejscowości Parośla do pierwszej masowej zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Polakach. To był moment, kiedy super optymistyczne założenia dowództwa Armii Krajowej zbankrutowały. Okazało się, że popełniono błąd. 

- Wiosną doszło do kolejnych zbrodni, jak pacyfikacja Lipników czy Janowej Doliny oraz kolejnych miejscowości. Ofiary zaczęły iść w setki, a później w tysiące. Największą tragedią jest to, że pomimo tych zbrodni, Armia Krajowa nie zmieniła wcześniejszych założeń. To był moment, kiedy dotychczasowe plany trzeba było wyrzucić do kosza, a zając się ratunkiem Polaków. Proszę spojrzeć na przedział czasowy: od pierwszej zbrodni 9 lutego 1943 roku do apogeum ludobójstwa 11 lipca 1943 roku, czyli do wołyńskiej Krwawej Niedzieli, minęło niemal pół roku! To jest ten dramat, było przecież blisko sześć miesięcy na przedsięwzięcie jakiś kroków: stworzenie oddziałów partyzanckich, zmobilizowanie wszystkich członków Armii Krajowej na Wołyniu do obrony Polaków i walki z banderowcami, sprowadzenie odsieczy z Generalnego Gubernatorstwa, wreszcie udostępnienie ukrytej broni. Żadnego z tych kroków nie wykonano.

Dlaczego?

- Armia Krajowa miała inne priorytety, co jasno wynika z dokumentów. AK była przede wszystkim formacją antyniemiecką, która przede wszystkim szykowała się do przeprowadzenia powstania i Akcji "Burza". To był ten cel, na którym dowództwo Armii Krajowej, trochę jak ten koń z klapkami na oczach, się skupiło. Mimo pierwszych rzezi i kolejnych zbrodni, to wciąż pozostawało priorytetem. Dowództwo Armii Krajowej nie chciało dzielić sił i wikłać się w walkę z Ukraińcami. Uważano, że wszystkie siły należy skoncentrować na Akcji "Burza" i powstaniu, a nie na ratowaniu rodaków na Wołyniu. Przykro to mówić, ale tak właśnie było. Kiedy wreszcie zdano sobie sprawę z kolosalnych zaniedbań, było już za późno. Proszę zwrócić uwagę na koszmarną wymowę przytoczonych dat. Pułkownik Kazimierz Bąbiński, dowódca Armii Krajowej na Wołyniu, rozkaz o stworzeniu oddziałów partyzanckich wydaje 20 lipca 1943 roku. Dziewięć dni po Krwawej Niedzieli! Ogromna część ofiar ludobójstwa na Wołyniu już wtedy nie żyła, ginąc zarznięta przez banderowców, nie doczekawszy pomocy ze strony Armii Krajowej. Nim polskie oddziały partyzanckie się zorganizowały, minęły kolejne długie tygodnie. W tych oddziałach, kiedy już je utworzono, znalazło się nieco ponad tysiąc osób. Tylu żołnierzy Armia Krajowa rzuciła na pomoc Polakom mordowanym przez banderowców. Jak widać, pomoc przyszła nie tylko za późno, ale była też niewystarczająca. O tym, że można było wysłać na pomoc o wiele liczniejsze oddziały, świadczy to, co wydarzyło się w styczniu 1944 roku, kiedy pułkownik Bąbiński zarządził mobilizację wołyńskiej Armii Krajowej. Dopiero w styczniu 1944 roku, rok po pierwszym masowym mordzie na Polakach i pół roku po Krwawej Niedzieli! Wówczas, mimo że udało się zmobilizować tylko cześć akowskich sił na Wołyniu, zebrano ponad sześć tysięcy żołnierzy. Stworzyli oni słynną 27. Dywizję Piechoty AK. Wówczas akowcy wyszli z podziemia, wówczas wyciągnięto całą broń z ukrytych magazynów. Po co? By walczyć z Niemcami w ramach Akcji "Burza". Nie ma żadnych wątpliwości, że gdyby ta mobilizacja została ogłoszona wcześniej, to banderowcy nie mogliby bezkarnie mordować Polaków. W terenie działałaby bowiem taka polska siła, która znacznie ograniczyłaby skalę ukraińskich mordów na Polakach.

"Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że bezczynność Komendy Głównej Armii Krajowej wobec ludobójstwa polskich cywilów na Wołyniu można skwitować tylko jednym słowem. Hańba". Za te słowa posypią się na pana gromy.

- Moim zdaniem, to jest jednak hańba. Wychodzę z założenia, że obowiązkiem wojska jest obrona obywateli. Koncepcja Armii Krajowej, że w ramach Akcji "Burza" i współpracy z Sowietami przeciwko Niemcom, uda się uratować dla Polski Wołyń, była nierealna. To była mrzonka. Natomiast realnym celem była pomoc tym nieszczęsnym ludziom mordowanym przez banderowców. To leżało w możliwościach Armii Krajowej. Czytałem relacje z Wołynia i listy mieszkańców Wołynia. Przebijały z nich ogromna gorycz i wielki żal, że tych nieprawdopodobnie patriotycznie nastawionych Polaków z ziem wschodni, którzy Polskę kochali i ją idealizowali, w najczarniejszej godzinie, pozostawiono na pastwę banderowców. Polska ich zawiodła. Dla mnie lektura tych dokumentów, których spore fragmenty umieściłem w książce, była rozdzierająca. To był dla mnie wstrząs. Sam jestem związany z ziemiami wschodnimi, co prawda nie Wołyniem, bo moja rodzina pochodzi z Kowieńszczyzny. Poczucie, że Polacy ze wschodu są traktowani przez Polaków z centrum kraju jako rodacy drugiej kategorii, zawsze było w mojej rodzinie obecne. Wydaje mi się, że nie ma lepszego dowodu na lekceważeniem ziem wschodnich i mieszkających tam Polaków, niż właśnie historia braku pomocy dla mieszkańców Wołynia w trakcie banderowskiego ludobójstwa.

Książka nie przypadnie do gustu nie tylko bezkrytycznie patrzącym na naszą historię patriotom, ale również i Ukraińcom. Pokazuje pan, w jaki sposób Armii Krajowej zabrakło na Wołyniu. Tymczasem ukraińska wersja wydarzeń brzmi: na Wołyniu miała miejsce wojna UPA i OUN z AK. Jak pan ocenia ukraińską wersję wołyńskich wydarzeń?

- Bardzo krytycznie. Ukraiński IPN i jego przewodniczący Wołodymyr Wiatrowycz to ludzie, którzy nie potrafią patrzeć na historię w sposób obiektywny, a zamiast nauki, wolą uprawiać propagandę w duchu nacjonalistycznym. Starają się oni wyolbrzymiać przypadki polskiego odwetu, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje, a bagatelizować fakt, że wołyńskie dowództwo UPA i OUN prowadziło czystkę etniczną na olbrzymią skalę, która została z zimną krwią zaplanowana i z zimna krwią zrealizowana. To są sprawy zupełnie nieporównywalne. Natomiast poprzez ich zrównywanie, można rzeczywiście stworzyć miraż, że jedna i druga strona dokonywały zbrodni, więc właściwie winy są obopólne i równe. Przede wszystkim kluczowe jest to, że polskie zbrodnie odwetowe, które rzeczywiście miały miejsce, były odpowiedzią na ludobójcze działania banderowców. Poza tym skala tych dwóch wydarzeń była nieporównywalna. Szacuje się, że na Wołyniu Ukraińcy zamordowali około pięćdziesiąt - sześćdziesiąt tysięcy Polaków. Natomiast ofiar polskich odwetów było około dwa tysiące. Czyli nawet trzydzieści razy mniej. Już to pokazuje, jak ukraińskie teorie zrównujące te zbrodnie są krzywdzące i niesprawiedliwe dla strony polskiej. Niestety nacjonaliści patrzą na historię w plemienny sposób. Trudno się z nimi rozmawia, o ile ten dialog jest w ogóle możliwy.

Sprawa Wołynia dalej nie jest zamknięta. Jak ocenić polską politykę w tej sprawie? To, że sprawa ekshumacji jest wciąż w zawieszeniu, jest niebywałe.

- Sprawa niezałatwienia ekshumacji jest rzeczywiście skandalem. Moje podejście do Ukrainy i innych naszych sąsiadów, jest bardzo podobne. Jestem antysowieckim rusofilem, nie lubię narodowych socjalistów, ale lubię Niemców, jestem przyjacielem Ukraińców, ale nie cierpię banderowców. Jestem więc zwolennikiem wspierania Ukrainy przez Polskę i sojuszu polsko-ukraińskiego. Rozumiem, że mamy wspólne zagrożenia i wspólne interesy, ale nie potrafię rzeczywiście pojąc, że pomimo wielkiej polskiej pomocy udzielanej przez nas Ukrainie, taka sprawa jak ekshumacja polskich ofiar ludobójstwa na Wołyniu, jest przez stronę ukraińską blokowana. Problem polega na tym, że Ukraina desperacko potrzebuje bohaterów, a UPA się idealnie do tego nadaje. Upowcy po wojnie walczyli z Sowietami, co jest niezwykle atrakcyjnym mitem dla Ukraińców. Powinniśmy doprowadzić nasze relacje z Ukrainą do takiego poziomu, by nie przeszkadzano w opłakiwaniu ofiar Wołynia, pisaniu o tym książek czy kręceniu filmów, ale jednocześnie by ta smutna historia nie ciążyła na naszych bieżących relacjach. Niestety, strona ukraińska sprawy nam nie ułatwia.

Rozmawiał Artur Wróblewski.

Zdjęcie

/materiały prasowe
/materiały prasowe


Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności