Stołeczny dziennik przypomina, że nie tylko Praga pomogła w 1989 roku enerdowskim uchodźcom w wyjeździe na Zachód. Tyle samo uciekinierów mogło wyjechać do Niemiec Zachodnich przez Polskę.

Zdjęcie

Uchodźcy z NRD /Tomasz Wierzejski /Fotonova
Uchodźcy z NRD
/Tomasz Wierzejski /Fotonova

Jedną z tych osób była Cornelia Eggert z Berlina Wschodniego. Krótko przed upadkiem muru berlińskiego 22-latka postanowiła uciec z NRD. Wcześniej odmówiła współpracy z bezpieką. W efekcie "została wyrzucona ze szkoły muzycznej, nie dostała się na studia i nie mogła znaleźć pracy", pisze "Der Tagesspiegel" w artykule "Ich warszawski most". Marzenie o życiu na Zachodzie spełniło się 1 października 1989 roku, kiedy Eggert - wraz z setkami innych enerdowskich uchodźców - wyruszyła pociągiem z Warszawy do Dolnej Saksonii.

Do Warszawy powróciła po 25 latach. Okazją była uroczystość odsłonięcia tablicy przypominającej o pomocy warszawiaków udzielonej uciekinierom z byłej NRD. "Było ich około 6 tys., czyli tyle samo co uciekinierów, którzy wybrali drogę przez ambasadę w Czechach", zaznacza berlińska gazeta. Były ambasador Polski w Berlinie Marek Prawda (w 1989 koordynował akcję pomocy dla uciekinierów) wyjaśnia na łamach dziennika, że w porównaniu z Pragą o akcji w Polsce "nie mówi się", bo "żadnego uciekiniera nie potraktowano w Polsce pałą". "Podczas gdy uchodźcy na terenie praskiej ambasady koczowali w krytycznych warunkach, ściągani byli z ogrodzenia, a opiekę zapewniała im jedynie ambasada, w Polsce uciekinierów oczekiwało przyjemniejsze zakwaterowanie, nierzadko w domach wypoczynkowych", zaznacza "Der Tagesspiegel". Dziennik cytuje Prawdę, który wyjaśnia, że "spokojnie i cicho" troszczono się o uciekinierów, by "nie prowokować władz NRD". "Obawialiśmy się, że jeden nieprawidłowy krok wszystko zniszczy", wspominał Prawda, a gazeta dodaje, że w grę wschodziły "problemy nowo wybranego rządu demokratycznego Tadeusza Mazowieckiego". Pomocy udzielali także liczni mieszkańcy miasta, "rozdając kanapki, herbatę, a dzieciom słodycze", wylicza dziennik.

Reklama

Również Cornelia Eggert przypomina sobie o "Polakach z kanapkami". Wtedy, 25 lat temu, Eggert spędziła dwa tygodnie w ambasadzie RFN, a następnie w kwaterze urządzonej w seminarium duchownym. Teraz chce podziękować "tym licznym osobom" za "znaki sympatii". Jak chociażby taksówkarzowi, który bezpłatnie zawiózł ją pod ambasadę, czy kobiecie, która zaprosiła uciekinierów do siebie. Tym wszystkim Eggert zapomniała wówczas podziękować. "Za dużo ludzi, za dużo informacji, zbyt wiele wrażeń", konstatuje bohaterka artykułu. Do tego "bariera językowa" i "strach przed Stasi", że nawet w Warszawie "może uprowadzić ludzi".

Różnica między Pragą a Warszawą polegała nie tylko na aktywnej pomocy mieszkańców, ale także na współpracy z politykami. Jeden z ówczesnych sekretarzy stanu w niemieckim MSZ, odpowiedzialny za bezpieczeństwo przejazdów enerdowskich uciekinierów, przyznał na łamach dziennika, że "zupełnie inaczej" rozmawiało się w Warszawie z politykami niż z "betonowymi łbami" w Pradze.

oprac. Katarzyna Domagała, Redakcja Polska Deutsche Welle

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności