Sławka do dziś żałuje, że nie pocałowała młodego powstańca, który się w niej kochał. Halina urodziła synka tuż przed godziną "W". Umawiały się na randki w cieniu spadających bomb i brały śluby w białych kitlach sanitariuszek. Historie kobiet, które przeżyły Powstanie, prezentuje w swojej najnowszej książce "Dziewczyny z Powstania" Anna Herbich.

Zdjęcie

Fragment okładki książki "Dziewczyny z powstania" /materiały promocyjne
Fragment okładki książki "Dziewczyny z powstania"
/materiały promocyjne

Poniżej publikujemy fragment książki, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak.

Zachęcamy do udziału w konkursie - nagrodami są książki "Dziewczyny z Powstania".

Reklama

Pytanie konkursowe pojawi się TUTAJ.

* * *

"Rena". Powstańcze marzenie

Poczułam silne szarpnięcie. Nie da się tego do niczego porównać. Rzuciło mną o ziemię, straciłam przytomność. To było przedziwne uczucie. Zrobiło mi się gorąco. Ogarnęła mnie cisza i spokój. Błogość. W ogóle nie czułam bólu. Jakbym wpadła pod wodę. To trwało jednak bardzo krótko. Po chwili obudziłam się gwałtownie, zaczerpnęłam powietrza i poczułam potworny ból. Znowu wokół mnie rozpryskiwały się granaty, znowu słyszałam huk wystrzałów. Byłam z powrotem w Powstaniu.

Okazało się, że jedna kula przeszyła mi prawą rękę. Druga lewą nogę. Pierwszy pocisk przeszedł na wylot, nad stawem łokciowym. Całe szczęście nie zdruzgotał kości, ale straszliwie rozszarpał mięśnie. To samo było z nogą. Wylała się ze mnie olbrzymia ilość krwi. Byłam w szoku. Koledzy ściągnęli mnie na dół do piwnicy. Tam zajął się mną nasz gruziński lekarz "Kaukaz", o którym jeszcze opowiem.

Jak zobaczył moją zmasakrowaną rękę — złapał się za głowę. Powiedział, że trzeba będzie amputować. Pomimo okropnego bólu, zaczęłam mu tłumaczyć, żeby tego nie robił. Prosiłam, żeby oszczędził rękę. Udało się. Do dzisiaj mam dużą bliznę, ale rękę uratowałam. Ten postrzał przytrafił się w wyjątkowo fatalnym momencie. Było to 26 września na Mokotowie. A więc jeden dzień przed kapitulacją dzielnicy. Niemalże w ostatniej walce.

Wieczorem tego dnia wszyscy szykowali się już do ewakuacji. Chłopcy zawinęli mnie w koc i tak przenieśli do innej, bezpieczniejszej piwnicy. Doktor "Kaukaz" dał mi przed drogą zastrzyk z morfiny, także czułam się dobrze. Mój oddział dostał rozkaz wycofania się do kanałów. Rannych nie można było brać ze sobą. Zostaliśmy w piwnicy na rogu ulic Bołuckiego i Odolańskiej pod opieką sanitariuszek. Tam spędziłam noc.

Rano zapanował wielki harmider. Rozeszła się wieść, że została podpisana kapitulacja Mokotowa. Stało się jasne, że góra za godzinę w piwnicy będą Niemcy. Pamiętam, że podeszła do mnie sanitariuszka. Miała takie smutne oczy... Powiedziała, że nie mają noszy. A ja przecież nie mogłam iść o własnych siłach. Wyprowadzili więc innych rannych, którzy byli w stanie jako tako się poruszać. Zostałam w tej piwnicy sama, obok mnie leżał tylko trup.

Ta dziewczyna, nie wiem nawet jak się nazywała, powiedziała mi na odchodnym, że jak tylko będą mogli, to po mnie wrócą. Była to jednak tylko próba podniesienia mnie na duchu. Obie doskonale wiedziałyśmy, że to nieprawda. W piwnicy zaległa całkowita cisza. Po blisko dwóch miesiącach Powstania było to przedziwne. Pamiętam, że leżąc wtedy na podłodze zastanawiałam się, jak umrę. Czy z głodu, czy Niemcy wrzucą do piwnicy granat.

Nagle usłyszałam rumor, jakieś hałasy, podniesione głosy. To byli oni. Wyciągnęli mnie na zewnątrz, na podwórko i zaczęli wszystko przeszukiwać, plądrować. Nikt się mną nie interesował. Ponieważ wiedziałam, że dobijali rannych, powiedziałam, żeby zaoszczędzili mi już cierpień i dobili również mnie. Jeden z nich podszedł do mnie i... do dzisiaj ciężko o tym mówić... powiedział, żebym zrobiła to sama. Następnie wsadził mi w dłoń pistolet.

Odbezpieczyłam broń zdrową ręką i wtedy zobaczyłam, że nie ma w nim magazynku. Powiedziałam mu, że z tego pistoletu sam może się zabić. O to tylko mu chodziło. Gdy zobaczył, że potrafię się posługiwać bronią, natychmiast mi ją wyrwał i stwierdził, że jestem bandytą. Odpowiedziałam, że owszem, ale oni też są bandytami. Ta opowieść może wydawać się nieprawdopodobna, ale mi już było wszystko jedno. Byłam pewna, że zginę.

Doszło między nami do otwartej kłótni. Powiedział, że mieli tego dnia bardzo dobre polowanie na bandytów. Odpowiedziałam, że my również. Tego było już za wiele, krzyknął, że mnie "rozwali". Doskoczył do mnie i przystawił mi do głowy pistolet. Tym razem naładowany. Dookoła stała grupa młodych Niemców, którzy obserwowali tę dramatyczną scenę z zaciekawieniem. W końcu jednak najwyraźniej się znudzili i... po prostu sobie poszli. Do dzisiaj nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego wówczas mnie nie zabili. Może mieli już dość mordów na ten dzień?

Po pewnym czasie przyszedł inny Niemiec. Był w wieku mojego ojca. Przyniósł mi jakieś zdezelowane krzesło, posadził mnie na nim i powiedział, że ma córkę w moim wieku, osiemnastoletnią. Pokazał mi jej zdjęcie, i powiedział, że mnie uratuje, bo może w tej samej chwili ktoś tak samo pomoże jego córce. Potem zniknął również on. Siedziałam tak na tym krześle, oniemiała, wyczerpana, ciężko ranna, bez wody, bez jedzenia, sama.

Nie wiem, ile to mogło trwać, chyba gorączkowałam. Nagle, nie wierząc własnym oczom, zobaczyłam, jak ten starszy Niemiec idzie z moimi dwoma koleżankami, jeszcze z żoliborskiej konspiracji. Małgorzatą i Moniką. Tą Małgorzatą, o której powstała powstańcza piosenka "Sanitariuszka Małgorzata". Okazało się, że spotkał je na ulicy i kazał im przyjść zabrać ranną. Ten Niemiec uratował mi życie. Jak się okazuje, po tamtej stronie także zdarzali się ludzie. Nieliczni, ale się zdarzali.  

Zaniosły mnie do szpitala i położyły na podłodze. Nikt z rannych nie mógł nawet marzyć o łóżku. Nie był to jednak kres gehenny. Weszli do nas kolejni Niemcy i zaczęli nas kopać. Zaczęli grozić, że nas wszystkich rozstrzelają. Piana na ustach, dzikie wrzaski, tak jak to tylko Niemcy potrafią. Nie wiem, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie pojawił się ich dowódca.

Moim najstraszliwszym przeżyciem z tych godzin było potworne, palące pragnienie. Wszyscy ranni jęczeli o wodę. I ta całkowita bezradność sanitariuszek, które nie miały skąd tej wody brać.

Zdjęcie

Okładka książki "Dziewczyny z Powstania", Anny Herbich (Wydawnictwo Znak)
/materiały prasowe

Nigdy nie dowiedziałam się, komu zawdzięczam życie. Powiedział mi tylko, że jest piekarzem z Berlina.

Przewieźli nas do stajni wyścigowych na Służewcu. Wróciłam więc do miejsca, gdzie dwa miesiące wcześniej rozpoczynałam Powstanie.

Godzina "W"

Już parę dni przed wybuchem Powstania byliśmy w pełnej gotowości. Rozkazu spodziewaliśmy się w każdej chwili. Trudno opisać tamtą atmosferę. Naszym punktem zbornym była galeria Luksemburga na Senatorskiej. Gdy 1 sierpnia przed południem przyszła do nas łączniczka z wiadomością, że zaczynamy punkt 17:00, byłyśmy niesłychanie przejęte. A więc to dzisiaj, wreszcie wybiła godzina, na którą tak czekaliśmy. Co nam przyniesie?

Udałam się do punktu na Sapieżyńskiej 10, gdzie mieszkał Wojtek Jasiński "Kapsel". Była już u niego spora grupa chłopaków. Przyniosłam rozkaz, według którego nasz oddział miał zaatakować tory wyścigowe na Służewcu. Pamiętam ich ogromny entuzjazm i to, że "Kapsel" wyciągnął jakiś bimber, nalał chłopakom dla kurażu, i nawet mnie chciał poczęstować. Oczywiście się wywinęłam i pobiegłam dalej z rozkazami. Powstanie dla "Kapsla" skończyło się tragicznie. Poległ 1 sierpnia, w pierwszym szturmie.

Gdy uderzyliśmy na Niemców, czuliśmy taką euforię. Byliśmy przekonani, że szybko przepędzimy ich z miasta.

Na drużynę mojego późniejszego męża, Tadeusza Kubalskiego "Zbroi", liczącą jedenastu ludzi, przypadał zaledwie jeden pistolet maszynowy z trzema magazynkami, dwa pistolety i jeden zardzewiały karabin. Tak zresztą wyglądała sytuacja prawie wszystkich oddziałów AK. A my, dziewczyny, byłyśmy wyposażone jedynie w torby sanitarne. Dopiero później doczekałam się broni, ale była to słabiutka "piątka". Trzymałam ją jedynie z myślą, żeby nie dać się Niemcom wziąć żywcem.

Pierwszym rannym, którego opatrywałam w Powstaniu, był Rajmund "Irka" Kaczyński, ojciec świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Pamiętam to jak dzisiaj. Kciuk wisiał mu dosłownie na jednej żyłce. Muszę przyznać, że byłam tym widokiem przerażona. Na szczęście Rajmund trzymał się dobrze, o wiele lepiej ode mnie, pomimo że to przecież on został ranny.

Kazał mi obciąć ten palec, ale ja oczywiście tego nie zrobiłam. Nie byłam w stanie. Raz, że bym nieuchronnie zemdlała, a po drugie miałam nadzieję, że jednak uda się go uratować, przyszyć. Założyłam więc opatrunek i posłałam go do punktu sanitarnego. Naszą rolą — byłyśmy sanitariuszkami liniowymi — była bowiem właśnie pierwsza pomoc, zabezpieczenie rany. Dalsze leczenie i opatrywanie odbywało się już poza linią frontu.

Noc spędziliśmy na fortach obok Wyścigów, a nazajutrz dostaliśmy rozkaz wycofania się z Warszawy. Przez bagna i Lasy Kabackie przedarliśmy się do Chojnowa. Przez trudy marszu nie mogliśmy zabrać ciężko rannych, którzy zostali na Służewcu w piwnicach. Spotkał ich los straszliwy. Do Chojnowa dotarliśmy nieludzko wyczerpani. Przynieśliśmy tam polską chorągiew, zakrwawioną i poszarpaną, ale wolną.

Kiedy obserwowaliśmy z dystansu łunę unoszącą się nad płonącą Warszawą, ogarniało nas przerażenie. To były tragiczne chwile. Czuliśmy się pobici. Na duchu podtrzymywała nas ludność chojnowska. Nakarmili nas, przenocowali. Zapłacili za to zresztą straszliwą cenę. Dwa tygodnie później do miejscowości przyszli Niemcy i w odwecie za "wspieranie bandytów" dokonali krwawej pacyfikacji.

Spódnica, w której poszłam do Powstania, nie nadawała się już do niczego. Już w czasie odwrotu dostałam od Wieśka Fidlera "Grota" jakieś spodnie, które - padał deszcz, przedzieraliśmy się przez bagna - zesztywniały do tego stopnia, że pocharatały mi uda do krwi. Mimo to, starałam się jakoś trzymać i nie płakać. Tak wyglądał nasz pierwszy dzień walki. Najgorsza była bezradność. Na naszych oczach, w pierwszym powstańczym szturmie zginęło tylu naszych kolegów. My zaś nie mogliśmy nic zrobić.

Umierali również nasi ranni, nie mieliśmy warunków, żeby ich operować. Lekarz, który był z nami podczas walk na Służewcu, uciekł. Po prostu zostawił nas samych. Po wojnie zajmował wysokie stanowisko, nawet spotkałam go kiedyś na konferencji naukowej, bo ja również po latach zostałam lekarzem. Jak się okazało, człowiek nie miał żadnych wyrzutów sumienia z powodu porzucenia rannych w godzinie "W".

Całe szczęście był z nami jeszcze jeden lekarz. Nazywał się Kerimow Zyfilgar, nadaliśmy mu pseudonim "Kaukaz". Był to Gruzin, który został wcielony do Armii Czerwonej, dostał się do niewoli niemieckiej i razem z grupą innych gruzińskich jeńców pracował w szpitalu Ujazdowskim. Uciekł stamtąd i dołączył do naszego oddziału. Przeszedł z nami całe Powstanie i nigdy nas nie zawiódł.

Trzystu

Do Warszawy wróciliśmy w połowie sierpnia. Przyszedł rozkaz, że wszystkie oddziały, które na początku bitwy wycofały się z miasta, mają powrócić i pomóc walczącej stolicy. Było to o tyle trudne, że Warszawa została otoczona przez Niemców tak zwanym pierścieniem śmierci. Gęstą siecią posterunków. Przed wymarszem odbyła się uroczysta msza, przystępowaliśmy do spowiedzi i do komunii. Wiedzieliśmy, że wielu z nas nie przeżyje.

Już w walkach 1 sierpnia mogliśmy się przekonać, jak potworna jest dysproporcja sił między Niemcami, a Polakami. Liczyliśmy się więc ze stratami, ale nikt z nas nie przypuszczał, że zostanie nas dosłownie garstka. Z trzystu żołnierzy naszego oddziału, pod koniec Powstania, przy życiu nie pozostało nawet dwudziestu.

Podchodziliśmy trzykrotnie, żeby przedrzeć się przez niemiecką zaporę. Pierwszy raz rozbili nas pod Wolicą. Musieliśmy szturmować znakomicie ufortyfikowane stanowiska artyleryjskie... Nawet teraz, choć upłynęło przecież tyle lat, mówię o tym z trudnością.

Za drugim razem, gdy próbowaliśmy się przedrzeć do Warszawy, Niemcy przypuścili nas niemal do samym pozycji. Mogliśmy usłyszeć niemieckie rozkazy. Jednym z nich był "Feuer!!!". Znowu strzelali do nas jak do kaczek. Uratował nas rów melioracyjny, którym wycofywaliśmy się do lasu. Przeszliśmy szosę wilanowską i utknęliśmy w jakiś kartoflach.

W pewnym momencie usłyszeliśmy, że od strony Warszawy jadą samochody. To były niemieckie posiłki! Zalegliśmy w tych kartoflach piętnaście metrów od szosy, bojąc się ruszyć. A te samochody, jak na złość, zatrzymały się tuż obok nas. Niemcy zapalili latarki, wyjęli mapy i zaczęli je studiować. A my leżeliśmy, bojąc się, żeby ranni nie wydali najmniejszego jęku. Wtedy byłoby po nas. A mieliśmy ze sobą ciężko rannych, niektórzy majaczyli.

Minuty strasznie nam się dłużyły. Dla nas to była wieczność, dla tych Niemców może kilka minut. Zapalili jeszcze po papierosie i w końcu pojechali w stronę Wolicy. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko wrócić do Lasu Kabackiego. Rannych opatrywaliśmy pod kurtkami i szmatami, żeby tylko przykryć światło latarek. I znowu czekaliśmy na łącznika, żeby nas przeprowadził. Nocowaliśmy w lesie. Było zimno, mokro i gryzły nas komary.

Podczas trzeciej próby przebicia się do Warszawy nasz patrol natknął się na wojsko. Całe szczęście byli to przyjaźni nam Węgrzy. Wytłumaczyli nam jak najlepiej przejść przez niemieckie posterunki. Chcieli nawet do nas dołączyć. Całe szczęście tego nie zrobili — wszyscy by przecież zginęli. To dzięki nim dotarliśmy wreszcie na Mokotów. Miałam ochotę rzucić się na tę ukochaną, warszawską ziemię, i ją całować. Czułam, że jestem z powrotem w wolnej Polsce.

Przeszliśmy do naszej kwatery na Puławskiej 132. Tam odnalazł nas Rajmund Kaczyński. Gdy go zobaczyłam, powiedziałam mu, żeby poszedł ze mną na świeży grób jednego z kolegów. Żachnął się na mnie, że dopiero co do mnie przyszedł, a mnie już gdzieś niesie. Jednak poszedł. Wyszliśmy na zewnątrz, pokonaliśmy może z 50 metrów, i nagle pocisk uderzył dokładnie w ten budynek. Wszyscy, którzy się w nim znajdowali, zginęli. Można powiedzieć, że uratowałam sobie i Rajmundowi życie.

Uczestniczyliśmy w szeregu akcji na Mokotowie. Nasi koledzy ginęli nieustannie. Pamiętam taką sytuację na Czerniakowie, w końcu sierpnia. Cały czas szliśmy pod niemieckim ostrzałem. Zajęliśmy pozycje na ulicy Hołówki, weszliśmy do mieszkania na pierwszym piętrze. Było to mieszkanie lekarza, w szafkach były różne fiolki z lekarstwami, a na podłodze leżały porozrzucane zdjęcia z Alp. Przepiękne.

Za oknem walka, krew się leje, padają strzały, a my najspokojniej w świecie oglądamy fotografie. Wtedy właśnie powzięłam postanowienie, że jeśli przeżyję, to będę musiała te Alpy sama zobaczyć.

Z zadumy wyrwał nas potworny huk. Obok nas rąbnął moździerz. Rzuciliśmy zdjęcia i zbiegliśmy na dół. Widok był ściskający gardło. Po prostu rzeź. Gdyby nie to, że musiałam zająć się opatrywaniem rannych, chyba zaczęłabym wyć z tej z rozpaczy i bezsilności. Opatrywaliśmy zmasakrowanych chłopców na wyrwanych drzwiach, na jakiś deskach, na czymkolwiek się dało. Jeden z chłopaków, młody, nastoletni, umarł mi na rękach.

Innym razem w mieszkaniu znaleźliśmy adapter. Puściliśmy "Ostatnią niedzielę" Mieczysława Fogga. Trwało to może kilka minut. Nagle muzyka raptownie się urwała. To zabłąkana kula uderzyła w adapter i go uciszyła.

Pamiętam też, jak udało mi się umyć włosy. Chciałam je wysuszyć na zewnątrz, na wietrze. Nagle kula gwizdnęła mi nad głową. To był niemiecki snajper — gołębiarz. Znowu cudem uniknęłam śmierci. Ten gołębiarz zabił wielu naszych kolegów. Był dla nas prawdziwym utrapieniem. Wreszcie wytropił go nasz kolega, Józef. Rozegrała się wówczas dramatyczna scena. Józef nie miał odwagi zabić tego Niemca z bliskiej odległości, kazał mu więc skakać. A to był przecież strych, piąte piętro, na dole beton. Nie było najmniejszych szans na przeżycie. Niemiec skoczył.

Potem mieliśmy odbić Siekierki. Stoimy na pierwszej linii, a przed nami uzbrojeni po zęby Niemcy. Panika. Trzeba się kryć. Wpadamy do pierwszego lepszego domu, a tam... zakład zajmujący się wyrobem trumien. Zapadła noc i mieliśmy dylemat. Czy kłaść się na gołym betonie czy w tych trumnach? Wybraliśmy w końcu trumny. Wysłaliśmy je trocinami, przykryliśmy derkami i bardzo wygodnie nam się spało. Robiliśmy sobie kawały i przykrywaliśmy kolegów wiekiem trumny. Byliśmy tacy młodzi...

Czerniaków

Kompania K1 pułku Baszta - czyli moja - dotarła do klasztoru Sióstr Nazaretanek na Czerniakowie. Tam miała miejsce większość naszych bojów, tam spędziłam większą część Powstania. Chcieliśmy przejąć klasztor. My obsadziliśmy parter, a oni zajmowali pierwsze piętro. Pamiętam, że któregoś razu Niemiec wychylił się z tego piętra i wołał o sanitariuszkę, bo mieli kupę rannych. Nie poszłam jednak, bałam się. Nie bałam się natomiast narażać życia dla naszych chłopców.

Sytuacja stawała się z każdą godziną coraz bardziej dramatyczna. Czołg stojący w głębi Czerniakowskiej zaczynał się niebezpiecznie do nas zbliżać. Potrzebowaliśmy jakiegoś piata czy panzerschrecka, żeby go "upolować". Trzeba było więc zanieść meldunek majorowi "Majstrowi". Dwóm chętnym się to nie udało. Jeden został ranny, na szczęście udało się go ściągnąć z przedpola, drugi nie miał tyle szczęścia. Meldunek pozostawał niedoręczony, a czołg był tuż tuż.

Porucznik "Bolek" zwrócił się do chłopaków: "Kto pójdzie do "Majstra" na ochotnika? " Pamiętam ciszę, jaka wtedy zaległa. Nikt dobrowolnie nie chciał przecież iść na śmierć. W końcu powiedziałam, że ja spróbuję. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym już była trupem. Wzięłam pistolet "siódemkę" i wyszłam przed budynek. Pędem puściłam się przed siebie. Na dzień dobry dostałam serię od Niemców z góry, z pierwszego piętra. W pierwszym odruchu cofnęłam się, ale potem myślę: "Głupia, tchórzysz? Podjęłaś się misji, to teraz idź. "

Wyskoczyłam po raz drugi, jakoś udało mi się przebiec przez podwórko. Potem przez kartoflisko, gdzie byłam pod ostrzałem z trzech stron: z góry klasztoru, od strony koszar na Podchorążych i od strony ulicy. Musiałam przebiec około dwustu metrów. Na szczęście parokrotnie się wywróciłam, to mi chyba uratowało życie. Kule poszły górą. Raz przewróciłam się o trupa. Wreszcie dobiegłam do punktu docelowego. W bramie stali koledzy i dopingowali mi. Za tę akcję dostałam Krzyż Walecznych.

Często byłam obecna przy ostatnich chwilach naszych żołnierzy. Wielokrotnie mówili o matce. Przecież to byli bardzo młodzi chłopcy. "Co mama powie, co mama powie? - wołali w malignie. Jednego chłopca, rannego w szyję, opatrzyłam na tyle na ile się dało, posadziłam na leżaku, a on mówił do mnie o swojej mamie. Po 20 minutach już nie żył. Ci młodzi żołnierze nie wszyscy mieli dziewczyny, ale wszyscy mieli matki.

Na początku byliśmy nastawieni bardzo optymistycznie, nasza wiara mogła przenosić góry. Z czasem to się przerodziło w rozpacz. Jedliśmy od przypadku do przypadku. Jak zajmowaliśmy jakieś mieszkania i domy, to często tam znajdowaliśmy jakieś zapasy. Czyli na ogół kaszę pół na pół z robakami, jakieś suchary, w wyjątkowych przypadkach konserwy.

Spaliśmy w ubraniach. Jeden jedyny raz pozwolono nam, sanitariuszkom, się wykąpać. Było to w łaźni na rogu Dolnej i Puławskiej. Poszłyśmy w pięć dziewczyn. Wśród nas była bardzo piękna łączniczka Zofia Bajzert "Kama". Miała bransoletkę w kształcie węża. Wyszłyśmy stamtąd zachwycone. Czyste, uczesane - luksus. Trudno powiedzieć, co to było za uczucie móc wreszcie doprowadzić się do porządku.

Nagle "Kama" zorientowała się, że nie ma bransoletki. Wróciła się do łaźni, ale jej już nie było. Była przekonana, że to zły znak. W nocy przyszedł rozkaz, że mamy odbijać Sadybę. Było to 1 września. Akcja — przykro to pisać — kompletnie bez sensu. Idziemy przez pola w kierunku Sadyby. Jesteśmy we cztery z naszą kompanią. "Kama" miała taką charakterystyczną pilotkę z brązowej skóry. Nie zdążyłyśmy opatrzyć pierwszych rannych, kiedy gruchnął strzał. Zginęła na miejscu, nawet nie udało nam się zabrać jej ciała.

Jak już po Powstaniu jej matka szukała ciała, wytłumaczyłyśmy jej mniej więcej, gdzie poległa. Okazało się, że ktoś "Kamę" pochował. Oczywiście w bezimiennej mogile. Na krzyżu zawiesił właśnie tę pilotkę. I po czapce matka poznała, że tu leży jej ukochana córka.

Potem było jeszcze wiele akcji, bitew, ucieczek i natarć. Przez miesiąc codziennie stawałam twarzą w twarz ze śmiercią. Sama się dziwię, że jedna osoba mogła tyle przeżyć. Krążyła o mnie opinia, że kule mnie się nie imają.

Kilka dni przed kapitulacją Mokotowa zginął kuzyn Tadeusza, Janusz Ratkiewicz "Sęk". Pamiętam, że jak go opatrywałam, to śpiewał. Mówię do niego: "czyś ty zgłupiał? ". A on dalej śpiewał. Tuż przed wyjściem na akcję powiedział do mnie: "Minutę wcześniej czy minutę później, to już nie ma znaczenia. I tak tego nie przeżyję." I poszedł, a ja krzyknęłam jeszcze za nim, ale już mnie nie usłyszał. Od razu ścięła go seria z karabinu maszynowego.

Potem i mnie dosięgły te dwie nieszczęsne kule. Pamiętam, że kiedy Niemcy przetransportowali mnie z innymi rannymi na Służewiec, ze zdumieniem oglądałam Warszawę. Kiedy wieźli nas Puławską, i patrzyłam na zrujnowane budynki, to nie wierzyłam, że kiedykolwiek Warszawa zostanie odbudowana. Byłam pewna, że to koniec stolicy. To była jedna wielka sterta gruzów. Widok po prostu szokujący.

Ze Służewia trafiłam do Milanówka. Najpierw umieszczono nas w kinie Oaza. Leżeliśmy tam na podłodze na siennikach. I nawet panowała tam pogodna atmosfera. Urządzaliśmy wieczorne "wszobicie" - byliśmy strasznie pokąsani przez insekty — i śpiewaliśmy powstańcze piosenki. Jak reagowali na to Niemcy? Nawet do tego kina nie zaglądali. Panował tam bowiem niebywały fetor. Lała się z nas ropa, gniły stare opatrunki.

Obok mnie leżał młody chłopiec bez nogi. Rozpaczał, że nie będzie mógł już jeździć na nartach. A ja rozpaczałam, że nie będę mogła już grać w mojego ukochanego tenisa. Na szczęście wkrótce odnalazła mnie mama, która — razem z siostrą — przetrwała Powstanie na Żoliborzu.

Konspiracja

Dlaczego poszłam do Powstania? To było dla mnie oczywiste. To było naturalną konsekwencją patriotycznego wychowania, jakie otrzymałam w II Rzeczypospolitej. Byłam dzieckiem tego kraju i tej epoki. Wpojono mi wielką miłość do Ojczyzny, dla której — w godzinie próby — należy być gotowym na największe poświęcenia.

Urodziłam się w 1927 roku w Wilnie, ale mieszkałam za Karaciszkami i Trokami, w rodzinnym majątku Bryzlenne. Mój ojciec był oficerem, weteranem bitwy 1920 roku. Dorastałam w kulcie Marszałka. Tata, Henryk Wołłowicz, snuł wieczorami długie opowieści o naszych przodkach, którzy brali udział w Powstaniu Listopadowym i Styczniowym. Była to więc niejako sztafeta pokoleń... Z kolei mama, Maria, była piękną, czułą i oczytaną kobietą. Uwielbiałyśmy z siostrą patrzeć na naszych rodziców, byli razem tacy szczęśliwi.

Ojciec brał udział w kampanii 1939 roku. Gdy do Polski wkroczyli Sowieci przedostał się do Rumunii, a stamtąd przez Jugosławię do Francji. Chciał się bić dalej. Dzięki temu uniknął tragicznego losu swoich kolegów, którzy wylądowali w katyńskim lesie. Nas, czyli mamę, mnie i siostrę, wojenna zawierucha rzuciła do Tarnopola. Szybko jednak, nie bez dramatycznych przygód, uciekliśmy do Generalnego Gubernatorstwa. Byle dalej od bolszewików.

Znów zamieszkaliśmy na Żoliborzu. Lata okupacji to był dla nas ciężki okres. Mama nie należała do osób specjalnie zaradnych i rolę pani domu musiała przejąć nasza niania. Mama, żeby zdobyć pieniądze na jedzenie, sprzedawała biżuterię. Niestety robiła to bardzo nierozsądnie. Zimą bardzo doskwierał nam brak opału. Maturę - na tajnych kompletach - zdałam pod koniec maja 1944 roku.

Ogromna część moich koleżanek z klasy świadectwem dojrzałości cieszyła się tylko dwa miesiące. Zginęły w Powstaniu...

Do organizacji zwerbował mnie kolega, Tadeusz Jakubiec. Przysięgę złożyłam 30 października 1942 roku. Przyjęłam pseudonim "Rena". Nawiązanie kontaktu z AK nie stanowiło żadnego problemu. Żoliborz to była przecież dzielnica oficerska, tam wszyscy "coś robili". Zostałam od razu przydzielona do "Baszty" do kompanii K1, jako łączniczka. My, dziewczyny, byłyśmy mniej narażone na zatrzymanie przez patrol niemiecki na ulicy niż chłopcy.

Męża - Tadeusza Kubalskiego "Zbroję" poznałam właśnie w podziemiu. Przyszłam raz do niego, do domu, z rozkazami. Nie mogę powiedzieć, że od razu między nami zaiskrzyło. Na początku był kolegą, bardzo sympatycznym, ale kolegą. Zaczęliśmy jednak bywać u siebie, poznaliśmy swoje nazwiska, rodziny. Ta konspiracja żoliborska była zresztą konspiracją dość wątpliwą, bo prawie wszyscy znali swoje dane personalne. Mimo to, nie było przypadków zdrady w momencie aresztowań.

Ja sama, na wypadek zatrzymania, miałam w staniku i w mankiecie płaszcza zaszyty cyjanek. Bałam się, że nie wytrzymam tortur i kogoś wydam. O siebie się nie martwiłam. Wiedziałam, co robię, była to decyzja świadoma.

Konspiracja była bardzo ważnym okresem w moim życiu. Uczestniczyłam w szeregu akcji. Jedna była nawet groteskowa. Chodziło o zniszczenie jakiś dokumentów, akcja się udała. Już po wszystkim chłopcy musieli pozbyć się broni. Koło Dworca Gdańskiego były baraki z drewnianymi komórkami, z warzywami, owocami, beczkami z kapustą. Jeden z chłopców wrzucił pistolet do tej beczki z kapustą. Inny poszedł do mieszkania na Gdańskiej, gdzie otworzyła mu gosposia, która zlitowała się nad chłopakiem i wzięła od niego broń na przechowanie. Takie rzeczy możliwe były tylko w tej szalonej Warszawie.

Następnego dnia zostałam wyznaczona, żeby tę broń pozbierać. Wzięłam kolorową torbę, przeszłam koło posterunku Gestapo, i udałam się w kierunku warzywnych baraków. Pamiętam zdziwione miny przechodniów, którzy przyglądali się, jak zanurzam rękę aż po łokieć w beczce i ku ogromnemu zdziwieniu zamiast kapusty, wyjmuję broń. I spokojnie wkładam ją do torby. Oczywiście nikt nie zdradził.

Potem odebrałam drugi pistolet. Wróciłam z akcji szczęśliwa, ale z dwoma niedziałającymi pistoletami. Bo jeden zamókł w kapuście, a do drugiego dostał się piasek. Okazało się, że przestraszona gosposia zakopała pistolet w piwnicy!

Codziennie działo się zresztą coś niebezpiecznego. Raz przewoziłam z Bonifraterskiej nieduży radioodbiornik, ale za to z ogromną ilością kabli. Ukryłam to wszystko w mufce. Siedziałam w tramwaju i w pewnym momencie z mojej mufki zaczęły wychodzić druty. Obok mnie stało dwóch młodzieńców, którzy od razu mnie zasłonili, abym mogła to uporządkować. Znowu się udało.

Mama bardzo to wszystko przeżywała. Nawet powierzchowna rewizja w naszym mieszkaniu przyniosłaby fatalny skutek. Dosłownie wszędzie, na szafie, pod łóżkami, leżały pistolety i stosy konspiracyjnej prasy. A co ciekawe, Niemcy mieszkali piętro niżej.

Szkolenie w mojej grupie przeprowadzał wspomniany już Rajmund Kaczyński "Irka", ojciec Lecha i Jarosława Kaczyńskich, któremu dwa razy w czasie Powstania uratowałam życie. Myślę zresztą, że on się we mnie podkochiwał. Co ciekawe, jestem ciocią obecnego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Tak to właśnie zaskakująco przeplatają się ludzkie losy.

Sen

Po wojnie wróciłyśmy na Żoliborz. Mieszkanie było całe, ale zrabowane. Najbardziej przeżyłam to, że ukradziono wszystkie książki. A mieliśmy wspaniały księgozbiór. Ojciec po wojnie wylądował w Anglii. Napisałam do niego list, żeby do nas wrócił, nie bacząc na konsekwencje. Był przecież oficerem AK i groziło mu aresztowanie. Wuj mojego ojca, ówczesny minister spraw zagranicznych Michał Romer, kiedy dowiedział się, że ojciec wraca do kraju, nawet nie podał mu ręki. W Polsce tata nie mógł znaleźć pracy, został przez komunistów zdegradowany. Żyliśmy w nędzy.

Mój przyszły mąż Tadeusz po Powstaniu poszedł do niewoli. W Brukseli, po wyzwoleniu z obozu jenieckiego, zapisał się na Akademię Sztuk Pięknych. Marzył jednak, żeby wrócić. Podróż miał odbyć z córką Konstantego Schiele, założyciela słynnego warszawskiego browaru Haberbusch i Schiele, dla której załatwił nielegalne dokumenty. Niestety, na granicy została zatrzymana, i wskazała na Tadeusza jako na poręczyciela prawdziwości swoich dokumentów. Oczywiście go aresztowali.

Odbył się proces, do sprawy dokumentów prokurator dorzucił mu jeszcze sprawy akowskie. Komuniści bezwzględnie zwalczali wówczas Akowców jako "wrogów ludu" i "faszystów". Kiedy wyszedł na wolność na początku 1956 roku, niemal od razu się pobraliśmy. W październiku urodziła się nasza córka, Grażyna. W maju podobno nie powinno się brać ślubu, bo to przynosi pecha. Sprawdziło się to w naszym przypadku, po dziesięciu latach małżeństwa rozwiedliśmy się.

Drugi raz wyszłam za mąż w 1981 roku. 20 lat po ślubie mój mąż, Olgierd Hołownia - też pochodzący z Litwy — zmarł. W 1982 roku zostałam babcią. Urodził się Piotrek. A w 1993 roku mój drugi wnuk Rafał.

Po wojnie zostałam lekarzem. Skończyłam w Warszawie studia medyczne. Studiowałam jeszcze historię sztuki, ale dyplomu już nie zrobiłam. Pracowałam zawodowo 43 lata. Sporo podróżowałam. Obietnicę złożoną na ulicy Hołówki podczas Powstania dotrzymałam. Zobaczyłam Alpy.

Przez wiele lat po wojnie Powstanie wracało do mnie w snach. Przez pierwszy rok bałam się zasypiać. A potem prześladował mnie już tylko jeden sen. Śnił mi się chyba z tysiąc razy. Mam już córkę, Grażynę, ale jestem nadal w piwnicy. Trwa bitwa. Jestem Powstańcem. Dostaję rozkaz, że mam iść walczyć, ale przecież mam przy sobie moje małe dziecko. Boże, co ja mam robić? Co ja mam robić?! I nagle ta piwnica zostaje otoczona przez Niemców. Zbliżają się. Zaraz zejdą na dół. A ja jestem sama. Tylko z córeczką.

Halina Hołownia z domu Wołłowicz (rocznik 1927)

* * *

Tylko dla czytelników Nowej Historii 35 proc. rabatu przy dowolnym zamówieniu na hasło NOWAHISTORIA (Wydawnictwo Znak).


Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności