Gdy zbudujemy archiwum cyfrowe dotyczące historii Polski XX w., Instytut stanie się miejscem badań nad II wojną światową; nasza przeszłość może być fascynująca dla zachodnich badaczy - powiedział PAP p.o. dyrektora Instytutu Solidarności i Męstwa Wojciech Kozłowski.

Zdjęcie

"Nasza przeszłość może być fascynująca dla zachodnich badaczy" /Adam Staśkiewicz /East News
"Nasza przeszłość może być fascynująca dla zachodnich badaczy"
/Adam Staśkiewicz /East News

PAP: Jednym z głównych zadań Instytutu jest budowa archiwum cyfrowego zawierającego źródła archiwalne na temat historii Polski XX w., sprowadzane przede wszystkim z Europy. Jakie materiały udało się zgromadzić do tej pory?

Dr Wojciech Kozłowski: Od początku działalności, czyli od listopada ubiegłego roku, intensywnie pracujemy nad poszerzaniem naszego archiwum. Mamy kontakty z różnymi archiwami za granicą, które dysponują ogromną ilością materiału związanego m.in. z niemiecką okupacją w Polsce. Większość z tych dokumentów nie była dotąd wykorzystywana przez polskich historyków. Jestem przekonany, że udostępnienie ich w naszym archiwum będzie doskonałą inspiracją do dalszej pracy nad historią okupacji. Niezwykle ciekawym materiałem pozyskanym przez Polskę są archiwa Komisji Narodów Zjednoczonych ds. Zbrodni Wojennych, które ostatecznie odtajniono w kwietniu 2017 r., a obecnie są dostępne tylko w Londynie i Waszyngtonie. Materiały te trafiły do Ośrodka Pileckiego dzięki akcji zainicjowanej przez wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Magdalenę Gawin. Zawierają 450 tys. skanów indywidualnych stron dokumentacji związanej ze zbrodniami II wojny światowej, z których część posłużyła do przygotowania procesów norymberskich. Wiele z nich dotyczy spraw zbrodni niemieckich. Wśród tych dokumentów znajduje się także sekcja spraw polskich, zawierająca ponad 1,5 tys. aktów oskarżenia wobec zbrodni, które działy się na terenie naszego państwa. Materiał ten jest praktycznie nieznany historykom, dlatego tym bardziej zależy nam, by móc udostępnić go możliwie szybko.

Reklama

Choć źródeł historycznych nie brakuje, do lat 90. jedną z nielicznych niemieckojęzycznych publikacji dotyczących nazistowskich zbrodni w Polsce była wydana w 1961 r. książka Martina Broschata "Narodowosocjalistyczna polityka wobec Polski". Jak od tego czasu zmieniła się ta sytuacja?

- Od kilkudziesięciu lat sytuacja zdecydowanie się poprawia - powstaje więcej publikacji na ten temat. Otrzymujemy sygnały od zaprzyjaźnionych badaczy z Niemiec, że wśród młodych Niemców tworzy się wręcz moda na naukę języka polskiego i badanie historii II wojny światowej oraz czasów powojennych. Podstawowym problemem jest jednak to, w jaki sposób te zagadnienia są traktowane przez zagranicznych autorów. W wielu książkach pokutują stereotypy, wciąż mocno zakorzenione na poziomie wiedzy popularnej. W powszechnym odbiorze nie ma różnicy między okupacją niemiecką w Polsce i we Francji, a Polacy - podobnie jak obywatele wielu innych państw - kolaborowali z Niemcami lub wyróżniali się szczególnym antysemityzmem. To wyobrażenia, które niezwykle trudno przezwyciężyć. Dlatego tak istotne jest udostępnianie źródeł wszystkim zainteresowanym historią. 

Co wynika z pozyskanej dokumentacji Komisji Narodów Zjednoczonych?

- Ten materiał ukazuje ciężką dokumentacyjną pracę rządu na uchodźstwie, który informował, jak wygląda terror niemiecki wobec Polaków i Żydów. W konfrontacji z tymi źródłami upada wciąż spotykane na Zachodzie przekonanie, że rządy alianckie nie wiedziały o Holokauście. Materiały ONZ-owskie zawierają akty oskarżenia dotyczące obozów koncentracyjnych i zagłady, m.in. Auschwitz-Birkenau, Bełżca, Majdanka, Sobiboru i Treblinki. Te akta nie tylko wymieniają dziesiątki nazwisk członków załóg obozów, ale nawet zawierają plany tych miejsc. Pamiętajmy, że pochodzą z początków 1944 r. Raptem kilka miesięcy wcześniej Niemcy zlikwidowali Treblinkę, zacierając wszelkie ślady - budując w miejscu po obozie gospodarstwo rolne. Tymczasem mimo wszelkich starań okupanta Polacy zbierali te informacje i byli w stanie dostarczyć je do Londynu. Bardzo często raporty były przesyłane za pomocą kurierów, których podróż w najlepszym układzie mogła trwać kilka dni, a w gorszym przeciągała się na kilka tygodni. Już sam fakt, że kurierzy docierali do celu był osiągnięciem. Dokumentacja Komisji Narodów Zjednoczonych pokazuje, jak skuteczni byliśmy w pozyskiwaniu i przetwarzaniu informacji.

Zachowały się także depesze MSZ z 1944 r., z których można dowiedzieć się, że rząd polski na uchodźstwie brał udział w negocjowaniu łapówki dla Himmlera w zamian za uwolnienie 300 tys. Żydów. Tymczasem w izraelskiej prasie wciąż pojawiają się sformułowania, że rząd polski miał udział w mordowaniu Żydów.

- Przez ostatnie miesiące bacznie przyglądaliśmy się anglojęzycznej prasie izraelskiej, która odnosiła się do sytuacji panującej w Polsce pod okupacją niemiecką i do relacji polsko-żydowskich, przy okazji rozpowszechniając mylącą interpretację nowelizacji ustawy o IPN, określając ją jako "Polish Holocaust Law" i usiłując przekonać opinię publiczną, że Polska chce zakłamywać swoją historię. Tymczasem właśnie prawda o naszej historii domaga się polemiki z naukowo nieuzasadnionymi twierdzeniami o 200 tys. Żydów zamordowanych przez Polaków, co izraelskie media podawały za prof. Janem Grabowskim. Kontekst niemieckiej okupacji w Polsce jest bardzo skomplikowany, a świat zewnętrzny nie do końca to rozumie albo nie chce zrozumieć. Niemcy mordowali całe narody - Żydów, Polaków, Rosjan, uprzednio całkowicie niszcząc - jak pisał o tym Timothy Snyder - struktury państwowe na tych terenach. Państwo polskie funkcjonowało w warunkach nadzwyczajnych. Oczywiście, mieliśmy rząd polski na uchodźstwie, Delegaturę Rządu na Kraj, Armię Krajową, ale to nie były instytucje czy struktury, które działały tak samo, jak w normalnym państwie. Bardzo łatwo dokonać manipulacji stwierdzając, że za to, co robiły rozmaite ruchy i pojedyncze osoby w Polsce, odpowiedzialny jest rząd polski w Londynie. Pamiętajmy jednak, że był to rząd bez terytorium, a życie społeczne w Polsce i skala możliwych wyborów, stających przed polskimi obywatelami, wyznaczane były przez niemiecki terror. Analizowane przez nas media izraelskie pomijają fakty, że na poziomie struktur organizacyjnych państwo polskie nie tylko informowało, wysyłając do Auschwitz swoich agentów - choćby chwalebna misja Witolda Pileckiego - ale również podejmowało próby przekupienia najwyższych urzędników nazistowskich, by powstrzymać masowy mord na Żydach. Poza tym mamy przykład chociażby polskiej ambasady w Szwajcarii, tzw. Grupy Berneńskiej, która wystawiła Żydom przypuszczalnie ok. 4 tys. fałszywych paszportów południowoamerykańskich, ratując przy tym wiele istnień ludzkich. Obecnie pracujemy nad dokładniejszym ustaleniem liczby ocalonych. Oczywiście, część Polaków musiała dokonać dramatycznych wyborów: czy chronić siebie i swoich najbliższych, czy realnie zaryzykować życiem i pomóc współobywatelom. Problem polega na tym, że analizowana przez nas prasa izraelska w dużej mierze nie bierze pod uwagę tego kontekstu. Znacznie łatwiej grać na emocjach, posługując się "liczbą Grabowskiego" o 200 tys. Żydów wymordowanych przez Polaków. Gdy jednak zapytaliśmy specjalistów, skąd bierze się ta liczba i jakie ma ona uzasadnienie w źródłach, okazuje się, że opiera się ona na niesprawdzalnych arbitralnych założeniach, a dostępna baza źródłowa obarczona jest tak wieloma uwarunkowaniami, że nie sposób przedstawiać wiarygodne szacunki całościowe. Jednocześnie okazuje się, że lokalni badacze relacji polsko-żydowskich, cieszący się zaufaniem badanych przez siebie środowisk, nieustannie odkrywają nowe przypadki solidarności z żydowskimi współobywatelami, czyniąc wciąż pytaniem otwartym ustalenie bardziej uprawdopodobnionej skali obu zjawisk: pomocy i prześladowania.

Materiał źródłowy dotyczący skali przemocy wobec Żydów, którym dysponujemy, jest niedostateczny?

- Taki wniosek wyszedł nam podczas seminarium poświęconego metodzie badań relacji polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej. Te szacunki są niezwykle chwiejne. Tak samo spekulacją jest ocena, ilu Żydów zdołało uciec z likwidowanych gett. I nie chodzi tu o oskarżanie dawnych badaczy, a o to, że tego nie da się wiarygodnie policzyć, bo w zależności od tego, jaką liczbę przyjmiemy, będą nam wychodzić różne wyniki. Nie każdy ocalały pozostawił po sobie świadectwo. Jednak stereotyp Polaka antysemity jest utrwalony na Zachodzie i przez to łatwo podchwytywany. Nie porusza się natomiast kwestii, znanych chociażby z niedawno publikowanych prac angielskiego historyka Michaela Fleminga, że Brytyjczycy świadomie cenzurowali informacje dotyczące Holokaustu, chcąc uniknąć wzrostu nastrojów antysemickich i antyimigracyjnych oraz obawiając się nacisków o podjęcie konkretnych kroków dyplomatycznych i militarnych w obronie Żydów, na co nie byli gotowi. Podkreśla się natomiast, że rząd polski na uchodźstwie powinien był obronić Żydów przed akcją masowej eksterminacji, co w ówczesnych warunkach, zważywszy na słabą pozycję samego rządu i fakt, że nie było państwa polskiego, było niewykonalne. Nasze wysiłki wywiadowcze, informacyjne, dokumentacyjne i dyplomatyczne, nie wspominając o różnych formach bezpośredniej pomocy w okupowanym kraju, pozostają niedocenione i zmarginalizowane, czyniąc ogólną ocenę polskiego wkładu i zaangażowania mocno niesprawiedliwą.

Co można zrobić, aby polska pamięć historyczna nie była pomijana?

- Trzeba na różne sposoby przenikać do zagranicznej publiczności z naszą historią, której przez długi czas nie mogliśmy swobodnie opowiadać. Obecnie mamy ku temu możliwości - powstają instytucje, które próbują ukazywać historię w szerszym kontekście, mamy także różne inicjatywy służące współpracy z zagranicznymi badaczami. Na przykład Ośrodek Pileckiego organizuje wizyty studyjne, tłumaczy zeznania naocznych świadków niemieckich i sowieckich zbrodni i publikuje je na portalu internetowym zapisyterroru.pl. W najbliższych miesiącach Instytut Solidarności i Męstwa rozpocznie realizację programów stypendialnych, które umożliwią badaczom polskim i zagranicznym podjęcie nowych, ważnych tematów badawczych. Powinniśmy zabiegać, aby ukazywało się więcej publikacji o polskiej historii. Planujemy rozpocząć we współpracy z jednym z zagranicznych prestiżowych wydawnictw serię wydawniczą, w ramach której nasze książki będą publikowane w języku angielskim i dystrybuowane globalnie. Zainteresowanie jest, bo nasza historia spełnia dwa istotne wymagania: pozostaje wciąż mało znana na zewnątrz, a jednocześnie zawiera wiele pasjonujących wątków. Dla przykładu, w Stanach Zjednoczonych Jack Fairweather, pisarz i korespondent wojenny z Afganistanu, zafascynował się losami Witolda Pileckiego i właśnie kończy książkę o ochotniku do Auschwitz, którego misją było opowiedzieć światu, jak wyglądają realia niemieckich obozów zagłady funkcjonujących na terenie okupowanej Polski. To pokazuje, że nasza przeszłość może być fascynująca dla zachodnich badaczy. Mieliśmy przecież Radę Pomocy Żydom "Żegotę", Grupę Berneńską i wiele innych historii ukazanych w źródłach, które trzeba udostępniać zagranicznym ekspertom. Gdy już uda nam się zbudować archiwum cyfrowe dotyczące historii Polski w XX w. to w sposób naturalny Instytut stanie się też miejscem badań nad II wojną światową, okazją do dyskusji, krytycznej analizy i przełamywania pewnych uprzedzeń. Głęboko wierzę, że w najbliższych latach uda nam się to realizować.

Rozmawiała Daria Porycka (PAP)

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności