Krakowska Loża Historii Współczesnej zaprasza na spotkanie dotyczące książki "Kobiety małopolskiej 'Solidarności'".

Zdjęcie

Plakat zapowiadający spotkanie /materiały prasowe
Plakat zapowiadający spotkanie
/materiały prasowe

"Solidarność" była może najważniejszym zjawiskiem społecznym Polski pod rządami komunistów. W naszej pamięci zwykle trwa ona pod postaciami liderów: Wałęsy, Gwiazdy, Bujaka, Rozpłochowskiego, Gila... Tymczasem siła tego fenomenu była taka, że wdarł się on w życie milionów Polaków. I milionów Polek, które najczęściej jako żony, matki czy siostry towarzyszyły swoim mężczyznom w tamtych zmaganiach. Ich miejsce w ruchu było zazwyczaj mniej eksponowane.

Było tak trochę dlatego, że to był inny czas: gdyby Solidarność" wydarzyła się dzisiaj, z pewnością więcej kobiet odegrało by w niej przywódczą rolę. Ale było też tak z powodów naturalnych: z powodu kondycji kobiety jako matki, która to kondycja do pewnego stopnia określa jej rolę społeczną.

Reklama

W każdym razie to jest inna perspektywa. I o tej kobiecej perspektywie opowiada książka Magdaleny Maliszewskiej i Bereniki Rewickiej. W opowieściach bohaterek tej książki (i w opowieściach o nieżyjących już jej bohaterkach) historia z pierwszych stron gazet splata się z historią osobistą. Chyba bardziej niż w męskiej narracji dochodzi tu do głosu ludzki wymiar wielkich procesów społecznych: odwaga i strach, duma i upokorzenie, wiara i beznadzieja... I jest to może prawdziwszy, bo mniej koturnowy, obraz "Solidarności".  

O tym, 16 marca 2016 roku o godzinie 18:00 w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie, ul. Rajska 1, opowiadać będą Magdalena Maliszewska i Danuta Skóra. Spotkanie poprowadzi Roman Graczyk.

"Kobiety Małopolskiej Solidarności", fragment rozmowy z Danutą Skórą:

Mój mąż, tak samo jak mój brat, zostali internowani 13 grudnia. Powiedziałam o tym dyrektorowi mojej szkoły, a on na początku zachował się bardzo poprawnie, ale potem zwolnił mnie z pracy. Wiem jednak z późniejszych dokumentów IPN-u, że był naciskany przez SB. Dostałam to wypowiedzenie ze skutkiem na koniec roku szkolnego, a mój mąż siedział wtedy w Ośrodku Internowania w Załężu. Został zwolniony pod koniec maja, a ja odwołałam się od decyzji dyrektora i to odwołanie okazało się skuteczne. Miałam wtedy koleżankę, która pracowała w tej samej szkole i która bardzo mi pomogła. To ona namówiła mnie, bym odwołała się do Sądu Pracy (...) Rozprawa trwała 4 godziny i pani sędzia przywróciła mnie do pracy.

Wszystko to działo się 9 września, a podział godzin zrobiony na 1 września już nie obejmował mnie jako wychowawcy ani nauczycielki języka polskiego, ale sędzia powiedziała, że mam wrócić na tych samych warunkach. Jak przyszłam do szkoły, to panował taki strach, że nikt z nauczycieli się do mnie nie odzywał, ale dzieci przyszły do mnie z kwiatami. Rozegrała się wtedy taka scena, że pan dyrektor nie chciał mnie widzieć i wysłał do mnie swoją zastępczynię, aby coś ze mną zrobiła. Po całym dniu przepychanek, kiedy oni we dwoje właściwie negowali wyrok sądu, który był już wtedy prawomocny, wezwał mnie inspektor Wydziału Oświaty i dał mi na piśmie decyzję, że mogę nie przychodzić do pracy jeszcze przez kilka dni, a potem zmienią podział godzin, by przywrócić mnie do pracy na takich samych warunkach jak poprzednio. W efekcie dostałam z powrotem wychowawstwo oraz te same klasy, które miałam poprzednio. I tak prawdę mówiąc dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa gehenna. Bo okazało się wtedy, co taki zastraszony zespół może zrobić koleżance. (...) Jeżeli nikt nie widział, to czasami ktoś mi tam szepnął na ucho, że mnie podziwia i że jestem bardzo dzielna itd. Ale oficjalnie nie utrzymywali ze mną kontaktów, na przykład nie rozmawiali ze mną. A potem, w 1989 roku dowiedziałam się, że dyrektor tej szkoły napisał wtedy pismo do sądu, żeby sąd się jeszcze raz zastanowił, czy wydał słuszny wyrok, bo ja jestem elementem absolutnie antysocjalistycznym. I pod tym listem podpisali się prawie wszyscy nauczyciele.

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności

IPN