Co w Powstaniu Warszawskim robili księża? Byli jego duchowymi przywódcami. Dodawali otuchy walczącym i zwykłym warszawiakom - pisze autor książki "Duch '44. Siła ponad słabością. Duchowi przywódcy Powstania Warszawskiego" Stanisław Zasada.

Zdjęcie

Co w Powstaniu Warszawskim robili księża? /materiały promocyjne
Co w Powstaniu Warszawskim robili księża?
/materiały promocyjne

Gdy zabierałem się do pracy nad książką, miałem o nich blade pojęcie. Ot, wiedziałem, że byli. Ale co robili? Albo czym się zasłużyli?

Miałem zaledwie śladową wiedzę o ich posłudze. Wiadomo, że jak księża, to musieli odprawiać msze, spowiadać, chować poległych. Poza tym - wiedziałem niewiele więcej. Żadnej wiedzy o ich wewnętrznych konfliktach, dramatycznych wyborach.

Reklama

Kapelani Powstania Warszawskiego to temat wciąż nieodkryty.

Rozgrzeszenie w biegu

Było ich 150. Stu należało do Armii Krajowej. Reszta dołączyła, gdy powstanie wybuchło - uważali, że tak trzeba. Zginęło około czterdziestu. Niektórzy w czasie walk, niektórzy brutalnie zamordowani przez esesmanów.

Co robili w Powstaniu?

To samo, co ksiądz robi zwykle. Tylko że w ekstremalnych warunkach i w zwielokrotnionych liczbach.

Oczywiście, że spowiadali, odprawiali nabożeństwa, chrzcili dzieci, błogosławili śluby, udzielali ostatniego namaszczenia umierającym, prowadzili pogrzeby. Ale zawsze w pośpiechu, w niebezpieczeństwie, w sytuacji nieustannego zagrożenia.

O tym, jak wyglądała powstańcza spowiedź, opowiadała Teresa Bojarska, pisarka i łączniczka w Powstaniu Warszawskim. Tak spowiadała się u księdza Jana Ziei: "Chwilę biegniemy obok siebie. Szepczę, nie krzyczę, by głos przeniknął huragan dźwięków, swoje wyznanie winy. Uniesiona dłoń, znak krzyża, 'Ego te absolvo', ta, ta, ta, ta... zamiast palca spowiednika pukającego w drzewo konfesjonału zaterkotała salwa. Rozbiegliśmy się". 

Msze święte też sprawowane są przeważnie przy polowych ołtarzach, przy odgłosie spadających bomb i nieustannej strzelaniny. Jak ta, którą zapamiętał generał Tadeusz Bór-Komorowski, dowódca Armii Krajowej. Uczestniczący we mszy akowcy pochylali ze strachu głowy, gdy słyszeli świst spadającej bomby. 

"Spojrzałem na księdza stojącego u ołtarza - wspominał Bór-Komorowski. - Odprawiał nabożeństwo, jakby to było w najzacniejszym kościółku. Za jego przykładem obecni na mszy przestali zwracać uwagę na niebezpieczeństwo i modlili się spokojnie dalej, mimo coraz bliższych i coraz gwałtowniejszych wybuchów". 

A pogrzeby? Nie na zwykłych cmentarzach, lecz na podwórkach, skwerach, placykach, trawnikach. I to nie jeden dziennie. Ksiądz Wacław Karłowicz, kapelan na Starówce, miał dni, gdy było po czterdzieści pochówków. 

Z biało-czerwoną opaską

Oczywiście, bez nich Powstanie też by wybuchło. Ale to oni przez 63 dni towarzyszyli powstańcom, a czasem dodawali im odwagi. Przynosili też otuchę i nadzieję setkom tysięcy cywilnych warszawiaków. 

Norman Davies w książce "Powstanie '44" pisze o znaczeniu duchowej i religijnej sfery w wydarzeniach z tamtego sierpnia i września: 

"Żaden opis Powstania nieukazujący roli religii w doświadczeniu żołnierzy i cywilów nie jest wart, aby go czytać. W miarę jak śmierć we wszystkich możliwych formach obejmowała panowanie nad miastem, religia rzymskokatolicka, która przywiązuje tak wielką wagę do odkupienia i życia wiecznego, nabierała coraz większego znaczenia". 

Znaczenie kapelanów doceniali wojskowi przywódcy. To dlatego dowódca sił powstańczych, generał Antoni Chruściel "Monter", wydawał szczegółowe rozkazy dotyczące codziennych modlitw w czasie Powstania oraz obchodów ważnych świąt kościelnych i narodowych.    

"Dwa są symbole sierpniowego Powstania Walczącej Warszawy: biały orzeł i ksiądz z biało-czerwoną opaską" - można było przeczytać w sierpniu 1944 roku w powstańczym piśmie "Walka". 

Zostanę z rannymi

Pozostali wierni nie tylko wojskowej przysiędze (ci zaprzysiężeni taką składali), ale także swemu kapłańskiemu powołaniu. 

Gdy w początkach września powstańcy ewakuują się z Powiśla, dominikanin Michał Czartoryski odmawia przedostania się do bardziej bezpiecznej dzielnicy. Woli zostać z ciężko rannymi, którzy nie mają sił na ewakuację. Wszyscy wiedzą już, że esesmani nie mają litości nawet dla rannych - zabijają wszystkich. 

- Nie mogę zostawić tych chłopców - tłumaczy zakonnik, gdy inni nalegają, by szedł z nimi. Mają dla niego cywilne ubranie. - Nie zdejmę habitu - wymawia się, bo składał śluby, że zawsze będzie chodził w zakonnym stroju.  

Ojciec Michał zginął jako pierwszy. Rozwścieczony esesman nazwał go bandytą. Zastrzelił go po tym, gdy dominikanin odmówił zdjęcia habitu. Po nim rozstrzelano ciężko rannych akowców.  

Rannych nie opuścił też ksiądz Jan Salamucha. Gdy powstańcy ewakuowali się kanałami z  Ochoty do Śródmieścia. - Mam kapłańskie obowiązki - tłumaczył Salamucha. Przyznał potem, że nie mógłby być dalej księdzem, gdyby zostawił umierających od ran powstańców. 

Ewakuacji odmówił również pallotyn ksiądz Józef Stanek. Gdy wycofujący się na Pragę żołnierze Zygmunta Berlinga proponowali mu miejsce w łodzi, oddał je rannemu wojakowi. Po zdobyciu Czerniakowa esesmani powiesili go na jego własnej kapłańskiej stule. 

Czemu nie za ojczyznę

 

Nie byli - przynajmniej nie wszyscy - hurapatriotami. Potrafili trzeźwo myśleć i oceniać polityczno-militarne realia. 

Jak ksiądz Wacław Karłowicz, pseudonim "Andrzej Bobola". Jeszcze w przeddzień wybuchu Powstania powtarzał na konspiracyjnym zebraniu próbuje perswadować: "Sami Niemców z Warszawy nie wypędzimy". Ironizował, że walka "z pistolecikami na czołgi" jest bez szans. 

Widoków na powodzenie słabo uzbrojonych powstańców w walce z niemieckim okupantem nie widział też jezuita Józef Warszawski. Przestrzegał przed stratami wśród ludności cywilnej. Wiedział, że to będzie "beznadzieja", "śmierć", "łzy".  

Jednak, gdy już Powstanie wybuchło, obaj byli jednymi z najodważniejszych kapelanów. Ksiądz Karłowicz wyniósł z płonącej katedry na Starówce zabytkowy krucyfiks i pod ostrzałem przeniósł go do jednego z kościołów na Nowym Mieście. Ksiądz Warszawski próbował natomiast przedrzeć się z upadającego Czerniakowa do broniącego się jeszcze Śródmieścia.

Nie znaczy to, że wszyscy tak samo zapatrywali się na decyzję o wybuchu Powstania. Kapucyn ojciec Medard Parysz tak bronił tych, którzy wydali rozkaz o jego rozpoczęciu: "Czasem ktoś krytykuje Powstanie Warszawskie. Pyta: Czy to było potrzebne?. Ja mam jedną odpowiedź: Umieramy na gruźlicę, na zawały, na nowotwory, a czemu nie za ojczyznę?".

Tak samo jak dziś, dzieliły ich poglądy. Ale w chwili próby umieli się zjednoczyć w jednej sprawie.

Sutanna nie tarcza

 

Kapłańska sutanna czy zakonny habit wcale ich nie chroniły. Wręcz przeciwnie: to właśnie z tego powodu Niemcy traktowali ich z jeszcze większą bezwzględnością.

Ksiądz Tadeusz Burzyński, który zginął zaraz 1 sierpnia 1944 roku godzinę po rozpoczęciu Powstania, szedł z pomocą rannemu, gdy został trafiony śmiertelnie niemiecką kulą.

Esesman, który zastrzelił ojca Czartoryskiego, też dobrze wiedział z kim ma do czynienia. Przecież kazał zdjąć mu zakonny habit. 

Pełniącego kapelańską posługę na Woli księdza Salamuchę też nie uchroni czarna sutanna. Zastrzelą go pijani żołnierze ze współpracującej z hitlerowcami Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej (RONA).

Nim pallotyna Józefa Stanka esesmani powieszą szyderczo na kapłańskiej stule, pobiją go i zwymyślają, że jest "gorszy od Anglików i Żydów".

Usiłował obalić ustrój

Po wojnie przechodzili często przez to samo, co akowcy. Ksiądz Karłowicz błąkał się po podwarszawskich miejscowościach, bo szukała go komunistyczna bezpieka. Później ludowa władza nie pozwoliła mu wybudować kościoła na warszawskiej Pradze. 

Marianin ksiądz Zygmunt Trószyński, bohaterski kapelan z Żoliborza, dostał sześć lat więzienia. Zarzucono mu, że "usiłował przemocą usunąć ustanowione organa zwierzchniej władzy Narodu  oraz zmienić ustrój Państwa Polskiego". Na wolność wyszedł po czterech latach, po interwencji prymasa Stefana Wyszyńskiego.   

Jezuita Józef Warszawski wybrał życie emigranta. Do Polski wrócił dopiero po upadku komunizmu, na starość. 

Powstanie trwa

 

Na wielu z nich Powstanie wywarło wpływ na resztę życia. Czasem bardzo długiego, jak w przypadku księdza Jana Ziei. Gdy w latach osiemdziesiątych Polska zmagała się z plagą alkoholizmu, sędziwy kapłan napisał w swoim duchowym testamencie: "Powstanie Warszawskie trwa. Powstanie Warszawskie stało się powstaniem ogólnonarodowym przeciwko pijaństwu". 

STANISŁAW ZASADA

***

Krakowska Loża Historii Współczesnej zaprasza na spotkanie na temat książki Stanisława Zasady "Duch '44. Siła ponad słabością. Duchowi przywódcy Powstania Warszawskiego". Dyskusja na temat publikacji odbędzie się 17 października 2018 r. w godz. 18-20. w Centrum Edukacyjnym "Przystanek Historia" IPN w Krakowie, ul. Dunajewskiego 8. Uczestnikami spotkania, które poprowadzi Roman Graczyk, będą: Stanisław Zasada i o. Józef Puciłowski OP

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności