- Podstawowym sposobem na przetrwanie dla Polaków na Wołyniu była ucieczka do większych miast albo nawet za Bug - mówi dr Paweł Naleźniak z krakowskiego oddziału IPN. Artur Wróblewski z Interii rozmawiał z historykiem na temat sposobów obrony Polaków przed ludobójstwem z rąk ukraińskich nacjonalistów.

Zdjęcie

Zdjęcia z archiwum IPN pokazujące wymordowaną przez Ukraińców polską rodzinę /reprodukcja /East News
Zdjęcia z archiwum IPN pokazujące wymordowaną przez Ukraińców polską rodzinę
/reprodukcja /East News

Artur Wróblewski, Interia: Powstawanie samoobron polskich na Wołyniu to oczywiście efekt pierwszych zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Polakach. Kiedy możemy mówić o uformowaniu się pierwszych oddziałów?

Dr Paweł Naleźniak, IPN Kraków: - Trzeba sprecyzować, kiedy też doszło do pierwszych zbiorowych mordów na Polakach. Mówi się o Parośli, gdzie w nocy z 9 na 10 lutego 1943 roku Ukraińcy zamordowali ponad 140 osób. Należy jednak sięgnąć trochę wcześniej, ponieważ 14 listopada 1942 roku we wsi Oborki ukraińska policja dokonała mordu na Polakach. Później ukraińscy policjanci rozstrzeliwali Polaków, których podejrzewali o współpracę z sowiecką partyzantką albo pracujących w niemieckiej administracji. Dochodzi też do zabójstw kilku rodzin. Oczywiście mord w Parośli to jest coś kompletnie nieporównywalnego. Po tej zbrodni zaczynają powstawać polskie samoobrony, których w maju 1943 roku jest już kilkadziesiąt. Początkowo samoobrony tworzą się jako inicjatywy oddolne. Natomiast od maja 1943 roku zaczynają być koordynowane przez żołnierzy Armii Krajowej. Należy jednocześnie pamiętać, że do sierpnia 1943 roku Armia Krajowa nie posiada na Wołyniu żadnego oddziału partyzanckiego. Rozkaz ich mobilizacji z 20 lipca 1943 roku, wydany przez pułkownika Kazimierza Bąbińskiego, to konsekwencja Krwawej Niedzieli z 11 lipca 1943 roku. Wcześniejsza dyrektywa mówiła jedynie o tworzeniu zbrojnych oddziałów dyspozycyjnych. Trzeba to powiedzieć wprost, że konspiracja na Wołyniu do połowy roku 1943 to de facto jest konspiracja kadrowa, a nie konspiracja na szerszą skalę.

Reklama

Organizacja oddziałów w momencie ukraińskiego zagrożenia, ale też w realiach niemieckiej okupacji i zbliżającego się sowieckiego zagrożenia, musiało być sprawą dosyć skomplikowaną. 

- Tworzenie oddziałów samoobrony napotykało na wiele problemów. Przede wszystkim demografia. Przedwojenne dane statystyczne pokazywały, że na Wołyniu Polacy stanowili zaledwie 17 procent ludności. Jednak w latach 1940-1941 dochodzi do sowieckich wywózek, rozbicia siatki zbrojnej polskiego podziemia. Należy przyjąć, że procent polskiej ludności spadł wówczas do około 14. Co istotne, sowieckie czystki podziemia oraz wywózki, odsysają najbardziej wartościowy i patriotycznie nastawiony element polski na Wołyniu. Mówię tu o elitach czy osobach znających się na wojennym rzemiośle, jak żołnierze czy policjanci. Efekt jest taki, że ludzi wyrobionych wojskowo jest bardzo mało. Widać to na przykładzie samoobrony w Ostrogu, którą dowodził ksiądz Remigiusz Kranc. Jak wspominał duchowny, samoobrona była niekarna. Jeden z sowieckich partyzantów twierdził, że na członków samoobrony działały nie komendy wojskowe, ale dopiero niewybredne epitety. W innej samoobronie, już w Małopolsce Wschodniej, w wyniku niewyrobienia wojskowego, podczas patrolu jeden z członków samoobrony zastrzelił drugiego.

Czy można oszacować jaka była ich liczebność?

- W przypadku samoobrony konieczne było to, by wieś była o przewadze polskiej lub zamieszkana wyłącznie przez Polaków. Na Wołyniu Polacy mieszkali w około 3400 miejscowościach, z czego 745 to były miejsca o przewadze polskich mieszkańców. Tymczasem samoobron powstało - według danych Ewy i Władysława Siemaszków - 128, a według Ernesta Komońskiego, autora najlepszej chyba książki o polskich samoobronach na Wołyniu, 142 oddziały. Procentowo nie wychodzi to najgorzej. Trudno jest oszacować liczebność oddziałów, bo czy do członków samoobrony mamy również zaliczyć ludzi nieuzbrojonych? W Przebrażu oddział samoobrony liczył kilkaset osób na około dziesięć tysięcy mieszkańców. Ale tych cywilów również uzbrajano, nawet prowizorycznie, bo przecież w Przebrażu odparto aż trzy ataki UPA. Nie znam natomiast ani jednego przypadku, by samoobrona powstała w miejscowości, gdzie przeważali Ukraińcy. Tutaj jest pewien psychologiczny problem. Polacy mieli świadomość tego, że na Wołyniu są w dużej mniejszości. Prawda jest taka, że na ogromnych przestrzeniach Wołynia, często zalesionych, polskie wioski czy osady były otoczone przez ukraińskie wsie. W kilku przypadkach młodzież chciała utworzyć samoobrony, jednak starsi ich powstrzymywali, przekonując że nie należy drażnić i prowokować Ukraińców. Mieli świadomość, że polski żywioł na Wołyniu jest bardzo słaby. Jednocześnie Polacy nie wierzyli, że mogą zostać zaatakowani przez sąsiadów.

Co gorsza, niebezpieczeństwa ze strony Ukraińców nie dostrzegało albo ignorowało dowództwo Armii Krajowej.

- To prawda, Armia Krajowa również nie widziała zagrożenia w Ukraińcach. Głównym zadaniem dla Armii Krajowej była walka z Niemcami i przygotowanie do Akcji "Burza", która miała być demonstracją przed Sowietami i zmusić ich do ponownego uznania Wołynia za teren przynależny Polsce. Jak wyszło, tak wyszło, dziś mamy o wiele większą wiedzę na ten temat i inaczej na to patrzymy. Obecnie możemy z pewnością stwierdzić, że realniejszym celem dla Armii Krajowej była nie Akcja "Burza", ale obrona ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Natomiast cel polityczny Akcji "Burza" był jednak jasny: zamanifestować polskość na Kresach, których przynależność do Polski Sowieci kwestionowali. O ile wydarzenia na Wołyniu zaskakują dowództwo Armii Krajowej, to trzeba powiedzieć, że od momentu, kiedy rozpala się fala ludobójstwa, to zarówno Okręgowy Delegat Rządu, jak i wołyński Komendant Okręgu Armii Krajowej, w ramach posiadanych możliwości, w celu ratowania zagrożonej ludności Wołynia, zrobili właściwie wszystko, co dało się zrobić.

Wróćmy do kwestii polskiej samoobrony. Skąd pozyskiwano broń?

- Kwestia dostępności do broni była problemem najpoważniejszym, bo rozstrzygającym o tym, co należy uznać za samoobronę, a co za działania samoobronne. Można się organizować w samoobronę, wystawić warty, kopać nawet rowy wokół wsi... Ale jeżeli nie ma się broni palnej, to jak przeciwstawić się przeciwnikowi, który taką bronią dysponuje? Skąd zatem brano broń? To była broń zakopana po wrześniu 1939 roku, to była broń kupowana od coraz bardziej zdemoralizowanych Niemców czy Węgrów, to była też broń porzucona przez Sowietów po niemieckim ataku w 1941 roku. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że większe możliwości zdobycia broni posiadali ci, których na Wołyniu było więcej, czyli Ukraińcy. I to głównie oni zdobywali broń. Dodatkowo, Polacy na Wołyniu znajdowali się w trudnym położeniu obywateli państwa rozbitego i podbitego. Byli też bacznie obserwowani przez podejrzliwie nastawionych ukraińskich sąsiadów, którzy współpracowali z Niemcami i donosili o przypadkach posiadania broni przez Polaków. Próbowano też produkować broń na własną rękę, ale były to prymitywne granaty ręczne czy miny. Możliwości wiele nie było.

Istnieją jednak liczne dowody i wspomnienia mówiące o tym, że broń Polakom przekazywali Niemcy, ale też stacjonujący tam Węgrzy. Jaki był w ogóle stosunek Niemców do wołyńskich zbrodni na Polakach?  

- Nikt nie przebadał tej kwestii na podstawie niemieckich dokumentów. Stosunek Niemców do kwestii ludobójstwa na Wołyniu jest jednak dla mnie jasny. Dlaczego? To chyba Hans Frank powiedział, że utrzymywanie polsko-ukraińskiego napięcia na Wołyniu jest najlepszą gwarancją niemieckiego panowania na tym terenie. I tak to dokładnie wyglądało. Niemcy tolerowali ukraińskie zbrodnie na Polakach, chociaż w pewnym momencie kontrola niemiecka nad ukraińskimi oddziałami pomocniczymi staje się nominalna. Przypomnijmy, że według polskich dyrektyw nie można było współpracować z Niemcami i sowiecką partyzantką. Tymczasem w sytuacji śmiertelnego zagrożenia, Polacy wzięliby pomoc nawet i od diabła, byle się tylko uratować. Problem polega na tym, że Niemcy Polakom zbytnio pomagać nie chcieli, niechętnie przekazywali na przykład broń. Na 142 samoobrony Wołynia, 16 dozbroili albo uzbroili Niemcy, a w jednym przypadku kierowali utworzeniem samoobrony. Na 122 samoobrony w Małopolsce Wschodniej, Niemcy dozbroili 12. To przecież jest ułamek! Węgrzy, łącznie na terenie Wołynia i Małopolski Wschodniej, dozbroili 12 oddziałów samoobrony. Idźmy dalej. Przynajmniej 56 samoobron polskich na Wołyniu odparło co najmniej jeden atak ukraińskich nacjonalistów. Pomoc Niemców? Tylko pięć przypadków. W Małopolsce Wschodniej Niemcy w walce z Ukraińcami pomogli Polakom zaledwie dwukrotnie. Zachowanie Niemców polegało głównie na tym, że przyjeżdżali na miejsce zbrodni, sporządzali dokumentację, fotografowali miejsce i rozkazywali pochować zamordowanych. 

- Co do przekazywania broni, to wielokrotnie odmawiali Polakom, co jest udokumentowane. Jeżeli już, to przekazywali głównie broń zużytą albo nie do końca sprawną. W jednym przypadku w Małopolsce Wschodniej jedna ze wsi otrzymała czterdzieści karabinów. To było dużo. Odparte zostają dwa ataki UPA. Następnie Niemcy przyjeżdżają i zabierają Polakom broń. W zagrożonej ukraińskim atakiem wiosce Wydymer na Wołyniu poproszono Niemców o przekazanie broni. Ci zgadzają się, ale przekazują Polakom osiem karabinów i dwadzieścia naboi do każdego z nich. Ile można się bronić, dysponując dwudziestoma nabojami? Najlepiej zaopatrzona baza polskiej samoobrony, czyli Przebraże, początkowo dysponuje zaledwie piętnastoma sztukami broni palnej. Później sytuacja wygląda już dużo lepiej, mówi się o kilkunastu erkaemach, kilku peemach, sporo broni ręcznej. Przebraże to też jeden ze znanych przypadków, kiedy to drogą przekupstwa udało się od Niemców wyciągnąć aż trzy furmanki amunicji. Jak żartowali członkowie tamtejszej samoobrony, z taką ilością można było iść nawet na Berlin. W innych miejscowościach sytuacja nie była tak dobra, niektóre wsie miały wyłącznie po kilka karabinów. Na przykład miejscowość Ostróg mogła się bronić maksymalnie dwie godziny i to tylko przy oszczędnym używaniu amunicji. Inna kwestia to ataki Niemców na oddziały polskiej samoobrony i ich likwidacja. Na Wołyniu doszło do tego w sześciu, a w Małopolsce Wschodniej w siedmiu przypadkach. Proszę zauważyć, jak to się równoważy z niemiecką pomocą dla polskich samoobron. Oficjalny niemiecki pomysł, by uzbroić polskie samoobrony, pojawił się w Małopolsce Wschodniej w lipcu 1944 roku. Działo się to wtedy, gdy Armia Czerwona pukała już do bram Lwowa. Tutaj zapewne chodziło o to, by w dalszej perspektywie skierować samoobrony do walki z Sowietami. Dla Polaków to było nie do przyjęcia.

Jeżeli poruszyliśmy temat Sowietów... U nich również szukano pomocy przed Ukraińcami.

- Sowiecka partyzantka była dla Polaków sprzymierzeńcem, ponieważ zwalczała ukraińskich nacjonalistów. Natomiast ten sojusznik miał dalekosiężne plany. Było to przygotowanie ziem Wołynia pod przyszłe sowieckie panowanie. Polacy mieli też ograniczone możliwości we współpracy z Sowietami, bo co oni mogli im dać? Żywność, schronienie, ubrania, pomoc w leczeniu rannych... Czego żądano? Broni. Tymczasem Sowieci nie chcieli przekazywać broni Polakom. Woleli, żeby Polacy wstępowali do sowieckich oddziałów. Komoński zrobił zestawienie, z którego wynika, że na 142 samoobrony Wołynia z sowiecką partyzantką współpracowało zaledwie siedem. O takiej współpracy wiemy, że miała miejsce w Przebrażu, gdzie Polacy współdziałali z oddziałem Nikołaja Prokopiuka. Podczas trzeciego ataku UPA na miejscowość, sowieccy partyzanci, wraz z wysłanym specjalnie w tym celu polskim oddziałem, uderzyli na tyły Ukraińców. Jednocześnie główne siły polskie podjęły kontrnatarcie z Przebraży, co przesadziło o zwycięstwie nad Ukraińcami. Polacy i partyzanci Prokopiuka wspólnie zaatakowali też szkołę UPA w Omelnie. To przykład pozytywny. Inaczej było jednak w Hucie Stepańskiej, gdzie Sowieci chcieli podporządkować sobie polską samoobronę. Gdy to się nie powiodło, w obliczu ataku Ukraińców sowieccy partyzanci opuścili wieś, dodatkowo zabierając ze sobą kilkunastu zwerbowanych członków samoobrony. Dochodziło też do przypadków porwań dowódców polskiej samoobrony przez Sowietów, po których słuch zaginął. Jak widać, był to sojusznik wiarołomny. Swoją drogą ukraińscy nacjonaliści wykonywali też "robotę" dla Sowietów, mordując patriotycznie nastawionych Polaków na Wołyniu. Celu, jakim była budowa państwa ukraińskiego na tym terenie, jednak tymi rzeziami nie osiągnęli.

Wspomniane Przebraże są chyba najjaśniejszym punktem na mapie polskiej samoobrony na Wołyniu.

- Rzeczywiście, Przebraże mogą być przykładem wzorcowej organizacji samoobrony, ale złożyło się na to wiele elementów. Przede wszystkim znaleźli się Polacy o wyszkoleniu wojskowym, którzy potrafili złapać samoobronę w żelazne karby dyscypliny wojskowej. Działał tam sąd, który skazywał nawet na śmierć. Wydano dwa wyroki śmierci na osobach okradających z bydła nieodległą ukraińską wieś Jezioro, która miała zawarty z Polakami swoisty pakt o nieagresji. Na czym polegał? Przebraże miało powstrzymać się od ataków na Jezioro, natomiast ukraińscy mieszkańcy wsi miel informować samoobronę o ruchach UPA. Gdy za pierwszym razem ci dwaj młodzieńcy okradli Ukraińców, otrzymali naganę i ostrzeżenie. Za drugim razem wykonano na nich wyrok śmierci, nikt bowiem w Przebrażach nie chciał ryzykować zerwania korzystnego układu z Jeziorem. 

Nie wszystkie samoobrony były tak skuteczne jak ta w Przebrażu.

- Samoobrony na Wołyniu powstały w 128 albo w 142 miejscowościach. Później mamy do czynienia z dwoma procesami likwidacji samoobron. Pierwszy, to ukraińskie ataki, które rozbijają polskie samoobrony. Naliczyłem takich przypadków ponad 40. Drugi, to ewakuacja oddziałów samoobrony do większych miast czy ośrodków. Trzeba zaznaczyć, że na Wołyniu było kilka czy kilkanaście baz samoobrony oraz kilkadziesiąt ich placówek. W październiku 1943 roku sytuacja wyglądała tak, że było czternaście dużych baz i siedem pojedynczych placówek. Te ostatnie by nie przetrwały, gdyby nie obecność niemieckich czy węgierskich oddziałów. Natomiast ukraińskim nacjonalistom w 1943 roku udało się rozbić dwie polskie bazy, co stało się w lipcu. Później nie udało im się zlikwidować żadnej z polskich baz. Poza tym Polacy kryli się również w 25 miastach. Powiedzmy sobie wprost, wówczas na wołyńskiej wsi Polaków nie było. Państwo Siemaszko zrobili takie zestawienie, w którym pokazali, że aż 91 procent polskich wsi, osad czy kolonii, nie przetrwało ludobójstwa na Wołyniu. Taki jest bilans zbrodni. Zaznaczmy też, że samoobrony to nie był podstawowy sposób Polaków na przetrwanie. To jest błędne myślenie. Podstawowym sposobem na przetrwanie dla Polaków na Wołyniu była ucieczka do większych miast albo nawet za Bug. Oczywiście, samoobrony są wyjątkowym i niespotykanym aktem w historii Polski. Nie były one jednak kluczowe dla ratowania Polaków na Wołyniu.

"Bezczynność dowództwa Armii Krajowej wobec ludobójstwa na Wołyniu to hańba"

- Moim zdaniem, bezczynność Komendy Głównej Armii Krajowej wobec ludobójstwa Polaków na Wołyniu trzeba kreślić mianem hańby. Wychodzę z założenia, że obowiązkiem wojska jest obrona obywateli. Koncepcja Armii Krajowej, że w ramach Akcji "Burza" i współpracy z Sowietami przeciwko Niemcom... czytaj więcej

Ucieczka, samoobrona, pomoc Niemców i Sowietów... A jak była rola Armii Krajowej w obronie Polaków przed ukraińskimi rzeziami?

- Kwestia udziału Armii Krajowej w obronie Polaków na Wołyniu to trochę bolesne zagadnienie. W jednym z akowskich raportów z tamtych czasów napisano, że kampanię wołyńską przegraliśmy tak sromotnie, ponieważ Armia Krajowa nie potrafiła się w porę zorganizować. Ale już w 1942 roku dowództwo Armii Krajowej otrzymywało sygnały o rosnącym zagrożeniu ze strony ukraińskich nacjonalistów. Domagano się też skierowania na Wołyń większej ilości broni, ale też większej liczby oddziałów partyzanckich z Polski centralnej. Jednak skala ukraińskiego ludobójstwa, co już powiedziałem, zaskoczyła dowództwo Armii Krajowej. Wynikało to również z faktu, że w II Rzeczpospolitej kwestia ukraińska nie była postrzegana jako problem kluczowy na Kresach. Tymczasem w 1943 roku okazuje się, że to jest problem śmiertelnie poważny, ponieważ grozi całkowitą depolonizacją Wołynia. Zapomina się też o tym, że na terenie Lwowa prowadzone były rozmowy pomiędzy przedstawicielami Armii Krajowej i ukraińskimi nacjonalistami. Zostają zerwane dopiero 8 marca 1944 roku. Trzeba sobie jednak zadać pytanie: co obie strony, dodatkowo pałające do siebie nieufnością, miały sobie do zaoferowania? Polacy chcieli utrzymać terytorialny stan posiadania sprzed 17 września 1939 roku, czyli do linii rzeki Zbrucz. Tymczasem ukraińscy nacjonaliści chcieli na ziemiach II Rzeczpospolitej utworzyć suwerenne państwo. Polacy mogli im jedynie zaproponować jakąś formę autonomii. Sporną kwestią był również stosunek do Niemców i Sowietów. O ile zawarcie aliansu antyniemieckiego było ze strony polskiej możliwe, to już zawarcie aliansu antysowieckiego nie, ponieważ według Armii Krajowej to by kompromitowało Polskę w oczach aliantów zachodnich. Ukraińcy natomiast w tamtym czasie współpracowali z Niemcami, a Sowietów traktowali jako śmiertelnych wrogów. W rzeczywistości Ukraińcy prowadzili rozmowy z Armią Krajową bardziej w tym celu, by wysondować Polaków. Dodatkowo, pomimo trwających rozmów, nie powstrzymywali zbrodni na Wołyniu. A gdy rozmowy już zerwano w marcu 1944 roku, Ukraińcy przeprowadzili na ulicach Lwowa, miasta zdominowanego przez Polaków, akcje antypolskie, w których zginęło kilkadziesiąt osób. Rozmowy z Ukraińcami prowadzono również w dwóch przypadkach na prowincji, między innymi w Przebrażu. Nie przyniosły one żadnych efektów. Trzeba też powiedzieć, że początkowo liczebność Armii Krajowej na Wołyniu była stosunkowo niska. W sierpniu 1943 roku w jej oddziałach było zaledwie 1500 żołnierzy. Tymczasem pod koniec 1943 roku liczebność oddziałów UPA na Wołyniu wynosiła nawet 40 tysięcy. O szerokiej skali polskiej konspiracji możemy mówić dopiero w przypadku 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, która powstała w wyniku ogromnego wysiłku polskiej społeczności na Wołyniu. To jednak początek 1944 roku. Jak na warunki partyzanckie, była to dywizja całkiem nieźle uzbrojona. Z respektem wypowiadali się o niej Niemcy, którzy w raportach zaznaczali o waleczności polskich partyzantów. To była w ogóle jedna z większych polskich jednostek w tamtym czasie.

Jak zatem oceniać działania Armii Krajowej wobec ludobójstwa na Wołyniu?

- Podstawowy zarzut do Armii Krajowej jest taki, że dowództwo podziemia mogło wysłać na Wołyń więcej broni i przede wszystkim skierować tam uzbrojone oddziały partyzanckie z Polski centralnej. Ponieważ tego nie zrobiono, zawsze powstaje pytanie: a gdyby tak się stało, to jaki byłby tego efekt? W moim odczuciu rzeczywiście należało wysłać więcej broni i partyzantów. Trzeba jednak pamiętać, że oddziały Armii Krajowej musiały być kierowane do miejscowości i osiedli, gdzie mieszkała polska większość. Nie ma wątpliwości, że we wrogim ukraińskim otoczeniu, akowskie oddziały by nie przetrwały. Zarzuca się dowództwu Armii Krajowej, że orientowało się na wynik finalny, jakim miała być Akcja "Burza". Trudno się do tego zarzutu nie przychylić. Trzeba jednak powiedzieć jasno, że wołyńskie struktury Armii Krajowej, jak i Delegatura Rządu na Kraj, w momencie gdy rozpoczynają się ukraińskie rzezie, zrobiły wszystko, co w tamtej chwili dało się zrobić. Apelowano do Komendy Głównej i co z tej Warszawy udało się uzyskać, to uzyskano. Samoobrona w Przebrażu nigdy by nie przetrwała, gdyby nie pomoc Armii Krajowej. Dziś wiemy, że obrona Kresów w postaci Akcji "Burza" była nierealna. Natomiast wówczas na pewno realne było uratowanie większej liczby Polaków. W tym kierunku należano skierować główny wysiłek. Tak jak wspomniałem, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności oraz siły i możliwości, którymi okręg Armii Krajowej dysponował, to w moim odczuciu zrobiono bardzo wiele, a nawet można powiedzieć, że wszystko. Zastrzeżenie można mieć do tego, w jaki sposób dowództwo Armii Krajowej postrzegało problem ukraiński.

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności