Służba tajnego esbeckiego obserwatora daleka było od scen znanych z filmów szpiegowskich. Żmudne wielogodzinne operacje obserwacyjne często przynosiły znikomy efekt. Gdy jednak działania pionu z Biura "B" owocowały cennymi z punktu widzenia komunistycznej Służby Bezpieczeństwa wskazówkami, wykorzystywano je bezwzględnie w walce z tak zwaną "działalnością antypaństwową i antysystemową".

Zdjęcie

W esbeckich archiwach znajdziemy dużą liczbę fotografii wykonanych podczas obserwacji /Reprodukcja: FoKa /Agencja FORUM
W esbeckich archiwach znajdziemy dużą liczbę fotografii wykonanych podczas obserwacji
/Reprodukcja: FoKa /Agencja FORUM

Odpowiedzialne za pion obserwacji samodzielne Biuro "B" powstało w roku 1955 i istniało praktycznie do roku 1990. Komunistyczna Służba Bezpieczeństwa wykorzystywała funkcjonariuszy zajmujących się obserwacją do inwigilowania dyplomatów, działaczy opozycji, duchownych oraz zwykłych obywateli, którzy zdaniem reżimu mogli dopuścić się "działalności antypaństwowej i antysystemowej". Wszelkie środki, prowadzące do celu, czyli zdobycia interesujących dla komunistów materiałów, były dozwolone. Wykorzystywano wszystkie dostępne metody pracy operacyjnej, jak obserwację, perlustrację korespondencji czy tajne przeszukania. Uciekano się również do wykorzystania środków technicznych. Te początkowo były mocno ograniczone. - Podsłuch w pokoju wiązał się z kuciem ścian i zakładaniem pod tynkiem aparatury. Dopiero z czasem tak prymitywny sprzęt zastępowano mikrofonami bezprzewodowymi - mówi dr hab. Filip Musiał, dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie.

W późniejszych czasach wobec "figurantów", jak obserwowanych określano w esbeckiej nomenklaturze, stosowano podgląd filmowy albo fotograficzny. Często miało to miejsce w pomieszczeniach zabezpieczonych wcześniej techniką operacyjną. Jak wyglądało to w praktyce? - Dobrym przykładem jest filmowanie wziernikiem pomieszczenia z figurantem. Jednak tego typu operacja wiązała się z licznymi problemami, ponieważ pracujący wziernik huczał. W jednym przypadku umieszczono wziernik za tłumiącym jego odgłosy wiatrakiem wentylacji ściennej. Gdy i to nie wystarczyło, przeniesiono do pomieszczenia głośno działającą lodówkę, by dodatkowo zagłuszała działanie aparatury. A w jaki sposób "zwabiono" figuranta do pomieszczenia z wziernikiem? Po prostu wyłączono prąd w pozostałych pomieszczeniach mieszkania. Światło było tylko w tym pokoju, w którym ukryto kamerę - tłumaczy Bartosz Kapuściak z katowickiego Oddziału IPN.

Reklama

Na masową skalę stosowano podgląd fotograficzny. Dobrym tego przykładem była inwigilacji dokonywana podczas uroczystości kościelnych, które w czasach ludowej Polski często były nieformalnymi manifestacjami antykomunistycznymi. - W esbeckich archiwach znajdziemy dużą liczbę fotografii wykonanych podczas pielgrzymek czy innych uroczystości religijnych - przyznaje specjalizująca się w tej materii dr Łucja Marek z krakowskiego Oddziału IPN.

O skali zjawiska najlepiej świadczy fakt, że funkcjonariusze fotografowali nawet wystroje okien tradycyjnie przygotowane przez wiernych na procesje Bożego Ciała. Esbeków najbardziej interesowali jednak figuranci zaangażowani w organizację uroczystości. - Od końca lat 50. zeszłego stulecia prowadzono działania dotyczące poszczególnych osób: prymasa, biskupów, kapłanów, ale zwracano uwagę także na świeckich uczestników, pełniących różne funkcje podczas organizacji na przykład pielgrzymek, a także na zagraniczne osoby uczestniczące w uroczystościach - mówi historyk.

Często stałą obserwacją poddane były również ważne budynki kościelne. Interesująco prezentują się esbeckie fotografie dokumentujące pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Na zdjęciach... mało jest papieża. Natomiast funkcjonariusze wnikliwie dokumentowali to, co działo się wokół papieża, włącznie z treściami niesionych przez wiernych transparentów. W jakim celu? - Wobec uczestników pielgrzymek czy procesji walczący o laicyzację państwa komuniści potrafili wyciągać konsekwencje - przyznaje dr Marek.

Inaczej wyglądała tak zwana obserwacja towarzysząca, kiedy to kilku funkcjonariuszy pionu podążało za śledzonym figurantem. Obserwacja prowadzona była wówczas wymiennie, by uniknąć dekonspiracji. Z drugiej strony sami funkcjonariusze szkoleni byli w ten sposób, by nie dać się zidentyfikować. Dotyczyło to zwykle tajniaków działających poza granicami kraju. Szczegóły tego typu operacji przybliża dr Witold Bagieński. - Tak zwana trasa sprawdzeniowa to kluczowe pojęcie w przypadku wywiadu prowadzonego za granicą. Była to forma zabezpieczenia się przed byciem zaobserwowanym. Oficer krążył po mieście przez dwie-trzy godziny, jeździł taksówką, autobusem, odwiedzał nieoczywiste miejsca by sprawdzić, czy nie jest przedmiotem obserwacji, i zgubić śledzącego - mówi historyk.

Wyznaczenie odpowiedniej trasy sprawdzeniowej było bardzo mozolną pracą. Oficer przed wyjściem w miasto zapoznany był z przygotowaną wcześniej mapę z wyznaczoną trasą i punktami kontaktowymi. - To jednak nie wszystko. Funkcjonariusz musiał być przygotowany na każdą sytuację, na przykład wiedzieć, dlaczego wszedł akurat do apteki albo księgarni. I przede wszystkim nie mógł okazywać żadnych emocji, miał być zwyczajnym pieszym spacerującym po mieście. Jednocześnie cały czas musiał mieć się na baczności, zwracać uwagę na innych przechodniów czy samochody - opowiada dr Bagieński.

Najlepszym miejsce zgubienia "ogona" były tak zwane miejsca urwania, wyznaczone na mapach każdej trasy sprawdzeniowej. Idealnie nadawały się do tego, będące punktami martwymi dla obserwacji, bramy czy klatki schodowe, z których były inne wyjścia. Zgubić obserwację można było również w zatłoczonym środku komunikacji czy po prostu zamawiając kurs taxi. Zdarzały się również akty dekonspiracji. Figurant czasami nagle potrafił zawrócić z wyznaczonej trasy i z premedytacją wpaść na śledzącego go funkcjonariusza. Odbycie trasy sprawdzeniowej nie kończyło jednak operacji. - Po zrealizowaniu zadania oficer musiał się jeszcze najzwyczajniej posnuć po mieście. Miało to na celu "ugruntowanie legendy", że oficer był rzeczywiście na zakupach czy po prostu zwiedzał miasto - zaznacza historyk.

Nie zawsze obserwacja prowadzona była w sposób tajny. Często jawnie śledzono figurantów, co w żargonie esbeckim określano mianem "obserwacji japońskiej", by w ten sposób zapobiec niepożądanemu "antypaństwowemu i antysystemowemu" działaniu. Była to częsta metoda w przypadku operacji związanych z placówkami dyplomatycznymi państw zachodnich albo w celu zwykłego zastraszania opozycjonistów. Jednak tak działano jedynie w ostateczności, gdy obserwacja tajna została zdekonspirowana. Sama obserwacja była uciążliwa nie tylko dla śledzonych, ale też dla samych funkcjonariuszy. Jak podaje dr Monika Komaniecka-Łyp z krakowskiego Oddziału IPN, pracownicy Biura "B" w znaczącym procencie zapadali na choroby zawodowe. - Dominowały problemy z kręgosłupem, choroby wrzodowe, nadciśnienie, wrzody, nerwice... W każdym roku aż u około 30 procent funkcjonariuszy diagnozowano któreś z tych schorzeń. To była ciężka wielogodzinna praca, ze zmianami nocnymi i dziennymi, a służbę obserwacyjną pełniono często w trudnych warunkach atmosferycznych - mówi historyk.

Jeżeli jesteśmy przy statystykach, to dr Komaniecka-Łyp zwraca uwagę na fakt, że przez długi czas zdecydowana większość funkcjonariuszy pionu obserwacji posiadała jedynie wykształcenie zasadnicze. Dopiero w latach 70. poziom edukacyjny zaczął wzrastać, a to w związku z powstawaniem resortowych szkół. Wcześniej jednak regułą było nie tylko niewystarczające wykształcenie, ale też kiepskie szkolenie. W efekcie w trakcie operacji dochodziło do absurdalnych sytuacji. O jednej z nich opowiada dr hab. Patryk Pleskot z warszawskiego oddziału IPN. - W 1958 roku miała miejsce nieudana obserwacja figuranta. Mężczyzna, już po wyjściu z ambasady jednego z zachodnioeuropejskich państw, zorientował się, że jest śledzony. Jednak w trakcie operacji funkcjonariusz zagapił się i zgubił figuranta. Błyskawicznie dał sygnał kolejnemu funkcjonariuszowi. Ten, nie zwracając uwagi na trwającą wciąż operację, zaczął się z nim kłócić, wszystko na oczach z ukrycia obserwującego agentów śledzonego. Figurant postanowił "zabawić się" z agentami i kilkukrotnie z premedytacją przeszedł obok nich. Bez efektu. Wreszcie figurant podszedł do kłócących się funkcjonariuszy pionu obserwacji i ku ich zdumieniu powiedział im: "Szkoda zelówek waszych butów. Proszę mnie spisać".

Ta zabawna anegdota nie powinna przysłaniać faktu, że pion obserwacji był elementem potężnej zbrodniczej machiny totalitarnego państwa, odpowiedzialnej za cierpienia setek tysięcy ludzi.

Artur Wróblewski

Tekst powstał na podstawie materiałów zaprezentowanych na zorganizowanej przez Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie ogólnopolskiej konferencji naukowej "Obserwacja w służbie SB", która odbyła się 18 września 2018 roku w Centrum Edukacyjnym "Przystanek Historia" w Krakowie.

Zdjęcie

Eksponat z wystawy IPN "Oczy i uszy bezpieki" /Maciej Jarżębiński /Agencja FORUM
Eksponat z wystawy IPN "Oczy i uszy bezpieki"
/Maciej Jarżębiński /Agencja FORUM


Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności