- Moja kompania przenosiła broń z Wawrzyszewa na Służewiec, tam mieliśmy rozpocząć powstanie, atakując teren wyścigów - wspomina w rozmowie z PAP Eugeniusz Tyrajski "Sęk", "Genek", żołnierz Pułku Armii Krajowej "Baszta", wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich. - Toczyliśmy ciężkie walki, w których ponieśliśmy duże straty. Z mojej piętnastoosobowej drużyny walczącej na Służewcu w ciągu tych pierwszych paru godzin zginęło sześciu kolegów, czyli 40 proc. To było naprawdę ogromną stratą - dodaje.

Zdjęcie

Praktycznie pozbawieni uzbrojenia młodzi powstańcy zostali skierowani przez dowództwo do walki z regularnymi i świetnie wyekwipowanymi jednostkami niemieckiego wojska /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Praktycznie pozbawieni uzbrojenia młodzi powstańcy zostali skierowani przez dowództwo do walki z regularnymi i świetnie wyekwipowanymi jednostkami niemieckiego wojska
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

PAP: Patrząc z perspektywy czasu, czy wziąłby Pan ponownie udział w Powstaniu Warszawskim?

Eugeniusz Tyrajski: W tej chwili jestem na to za stary, ale jeśli chodzi o samą myśl na ten temat, to na pewno tak. Od dziecka byłem bardzo patriotycznie wychowywany. Urodziłem się w 1926 r. Mój ojciec w 1920 r. walczył z bolszewikami. Zdobywał Wilno z generałem Żeligowskim. W domu panowała atmosfera patriotyzmu. Mądrość mojego ojca polegała też na tym, że zaraz po wybuchu wojny we wrześniu 1939 r. wysłał mnie na prywatne lekcje angielskiego, którego przed wojną nikt się nie uczył. Dzięki temu, kiedy znalazłem się po zakończeniu wojny i oswobodzeniu z niewoli w Niemczech w strefie amerykańskiej (amerykanie opanowali całe południe i środkowe Niemcy, posługując się bardzo dobrym językiem niemieckim i niezłym angielskim przez 1,5 roku byłem tłumaczem przy armii amerykańskiej. Skutki dobrego, patriotycznego wychowania były również związane z przygotowaniem do Powstania Warszawskiego. Przez pierwsze dwa lata wojny należałem do Szarych Szeregów. Od kwietnia 1941 r., kiedy miałem 14 lat, trzy i pół roku działałem w konspiracji. Następnie półtora roku w pułku Armii Krajowej "Baszta", gdzie odbyłem szkolenie podchorążych i przystąpiłem do Powstania Warszawskiego jako zastępca dowódcy 15-osobowej drużyny. To wyszkolenie i przygotowanie oraz moje usposobienie i charakter sprawiły, że moi dowódcy mogli mi powierzyć taką funkcję, mimo że miałem dopiero 18 lat.

Reklama

PAP: Pana kompania tuż przed powstaniem przewoziła broń z Wawrzyszewa na Służewiec...

- Przenosiliśmy broń z naszego miejsca przechowywania jej na Wawrzyszewie na Służewiec, dlatego że mieliśmy rozpocząć powstanie, atakując teren wyścigów konnych na Służewcu. Mam taką swoją teorię, że powstanie wybuchło w tym momencie dlatego, że Rosjanie już byli blisko Warszawy i naszym dowódcom prawdopodobnie zależało na tym, żeby jeśli Rosjanie wejdą dalej na teren Polski i Warszawy, Warszawa była w polskich rękach. To są moje domniemania. Na pewno było wiadomo, że to powstanie nie będzie łatwe, że jesteśmy słabiej uzbrojeni niż Niemcy, którzy mieli zorganizowane, dobrze wyposażone wojsko. Mój batalion "Karpaty" atakował teren wyścigów konnych na Służewcu, gdzie przebywał oddział konny SS, ponieważ były tam stajnie. Moment zaskoczenia był fantastyczny, Niemcy w pierwszym momencie uciekali przed nami. Zdobyliśmy wiele broni, amunicji, jednak było to zorganizowane wojsko, więc szybko opanowali się i po paru godzinach zaczęli nas spychać z tego terenu. Toczyliśmy ciężkie walki, w których ponieśliśmy duże straty. Z mojej piętnastoosobowej drużyny walczącej na Służewcu w ciągu tych pierwszych paru godzin zginęło sześciu kolegów, czyli 40 proc. To było naprawdę ogromną stratą. Staraliśmy się walczyć tak, jak byliśmy do tego przygotowani, i w miarę możliwości te oddziały, które były dobrze wyszkolone, spełniały swoją rolę. Jeśli chodzi o moje osobiste przeżycia to podczas walk na Służewiu zginął m.in. młodszy ode mnie 16-letni chłopak, którego ojciec umarł we wrześniu w 1939 r. Chłopiec mieszkał tylko z matką. Przystąpił do powstania razem ze swoim ciotecznym bratem. Kiedy spotkałem jego mamę, złapała mnie za rękę i spytała, gdzie jest Jurek. Nie chciałem jej od razu powiedzieć, że zginął. Uważałem, że ona mocniej to odczuje natychmiast, niż kiedy minie trochę a czasu, a ona przyzwyczai się, że go nie ma.

PAP: Podobno podczas powstania spotkał pan swoją przyszłą żonę?

- To było tuż po powstaniu, po wyprowadzeniu nas z Warszawy do obozu przejściowego w Pruszkowie. Nasza kolumna przyprowadzona do Pruszkowa została rozdzielona. Ustawili nas w rzędach, osobno: kobiety, mężczyźni od 15 do około 50 lat, starsze osoby, matki z dziećmi. My, mężczyźni, staliśmy w środku, wiedzieliśmy, że trafimy do obozu koncentracyjnego. Razem z dwoma kolegami, z którymi się znalazłem w tej grupie, postanowiliśmy uciec. Daliśmy znak koleżance, jednej z łączniczek, która była w grupie kobiecej. Między nami chodzili Ukraińcy i pilnowali, żeby się nie przemieszczać. W pewnym momencie jeden z nich poszedł wzdłuż kolumny, w kierunku wyjścia z obozu. Wtedy nasza sympatyczna koleżanka Kaja, która już nie żyje, podbiegła do jego sąsiada i dzięki temu on odwrócił się tyłem do tego, który odszedł. Wtedy nasza trójka przeskoczyła między nimi do dziewczyn. Później kolumnę kobiecą zaczęli ładować do wagonów. Z daleka zobaczyliśmy, że przy wagonach Niemcy wyciągają z tej grupy mężczyzn, którzy się tam znaleźli, tak jak my. Więc rozdzieliliśmy się. Stanąłem między dziewczynami i jedna z nich szturchnęła mnie, i powiedziała: "my się znamy". Zobaczyłem, że to moja koleżanka ze szkoły, sprzed wojny, której nie widziałem przez cały okres okupacji. Zobaczyliśmy się po raz pierwszy od 1939 r. Miała poharatane nogi, ponieważ chodziła jako łączniczka do Lasu Kabackiego i Chojnowskiego, tam pokaleczyła się o zardzewiałe druty kolczaste. Z nóg ciekła jej ropa. Zacząłem ją prowadzić, pomagać jej. W tym czasie, na przodzie Niemcy wyłapywali mężczyzn, ale sprzyjało mi szczęście. Zaczął padać deszcz i wszyscy zakładali to, co mieli, na głowy. Niemcy już nie patrzyli, czy mężczyźni wchodzili razem z kobietami, czy nie. Dzięki temu wylądowaliśmy w Niemczech jako cywile. Jeśli szczęście człowiekowi sprzyja, to wszystko się uda. "Każdy z nas szczęścia pragnie, wręcz pożąda, o szczęściu marzy w rozmyślań godzinie, nikt jednak nie wie, jak szczęście wygląda, i gdy je spotka to często ominie" - przypomina mi się taki wiersz. Szczęścia nie wolno omijać, kiedy się na nie trafia.

Rozmawiała: Olga Łozińska(PAP)

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności