Ta bitwa przeszła do historii polskich walk o wolność, choć zaczęła się niepostrzeżenie i trochę dla Polaków wstydliwie. Strona polska po prostu dała się podejść - tak zaczyna się rozdział książki "Polskie triumfy. 50 chwalebnych bitew z naszej historii" dotyczący Bitwy o Lwów, ktra rozpoczęła się 1 listopada 1918 roku. Poniżej możecie przeczytać jak 100 lat temu wyglądały polsko-ukraińskie walki o "miasto zawsze wierne".

Zdjęcie

Obraz Wojciecha Kossaka "Orlęta - obrona cmentarza" /domena publiczna
Obraz Wojciecha Kossaka "Orlęta - obrona cmentarza"
/domena publiczna

Jeszcze wieczorem w czwartek, 31 października 1918 roku, przywódcy trzech polskich organizacji niepodległościowych działających we Lwowie zastanawiali się, kiedy i jak przejąć władzę w mieście, a tymczasem nazajutrz obudzili się już w metropolii rządzonej przez Ukraińców. Na najważniejszych gmachach powiewały żółto‑niebieskie flagi. Z rozwieszonych na murach obwieszczeń wynikało, że oto Lwów stał się ukraiński, co podkreślały użyte na plakatach ukraińskie język i litery. Życie niby toczyło się normalnie - w kranach była woda, w przewodach elektryczność, działały sklepy, jeździły tramwaje, ludzie nie bali się wychodzić na ulice. O tym, że jednak coś się zmieniło, świadczyły "żowto‑sine" płachty, posterunki i patrole ukraińskich spiskowców. Po ulicach jeździły samochody z ukraińskimi żołnierzami, którzy trzymali karabiny wycelowane w przechodniów. Tu i ówdzie oddawano strzały w powietrze.

Co gorsza, Ukraińcy nagle i znów niespodziewanie dla Polaków opanowali nie tylko sam Lwów, ale i prawie całą Galicję Wschodnią od Sanu na zachodzie po Zbrucz na wschodzie. W Galicji Wschodniej mieszkało ich 70 procent i tylko 14,5 procent Polaków, jednak obie nacje uważały ten wycinek zaboru austriackiego za własny. Dodatkowo tuż za miedzą Ukraińcy mieli niepodległe państwo ukraińskie, które stworzyli Niemcy i Austriacy do szachowania Rosji bolszewickiej pod koniec grudnia 1917 roku. W traktacie brzeskim zaborcy oddali mu Chełmszczyznę i część Podlasia, czym wywołali wściekłe i masowe protesty Polaków, a także bunt II Brygady Legionów. Żywiołowy protest tylko umocnił pozycję Ukraińców - po buncie polskich legionistów wojskowi austriaccy poprzesuwali oddziały z polskimi poborowymi ze wschodniej granicy na inne fronty, pozostawili za to oddziały składające się z żołnierzy rusińskich, w tym odpowiednik Legionów Polskich - Legion Ukraińskich Strzelców Siczowych.

Reklama

Polacy zlekceważyli i inne sygnały świadczące o tym, że konkurenci zaczynają wyraźnie nad nimi górować. 18 i 19 października we Lwowie ukonstytuowała się Ukraińska Rada Narodowa, która zapowiedziała zjednoczenie ziem ukraińskich - niepodległej Ukrainy i Galicji Wschodniej wraz z Rusią Zakarpacką i północną Bukowiną. Dodajmy, że Ukraińcy w ogóle nie przejęli się tym, że 20 października lwowska rada miejska ogłosiła chęć przyłączenia miasta do przyszłego państwa polskiego...

Pobudka w ukraińskim Lwowie

29 października do Lwowa przybył sotnik (kapitan) Dmytro Witowśkyj i pod jego kierunkiem opracowano projekt zajęcia miasta. Miał do dyspozycji od tysiąca do półtora tysiąca żołnierzy i kilka setek cywilów. Wezwał też do powstania spiskowców w Przemyślu, Stryju, Samborze, Stanisławowie, Tarnopolu i Czerniowcach, a także liczył na poparcie żołnierzy ukraińskich z oddziałów cesarsko‑królewskich. 31 października Ukraińcy próbowali po dobroci przejąć Lwów od władz austriackich, ale ponieważ nie odnieśli sukcesu, o dwudziestej drugiej przystąpili do akcji z bronią w ręku. Najpierw przejęli garaż z samochodami miejskimi, potem koszary przy ulicy Kurkowej, gdzie śmiertelnie postrzelili pierwszą polską ofiarę walk o Lwow - legionistę sierżanta Andrzeja Battaglię, który poszedł tam na zwiady. W nocy między godziną drugą a trzecią zajęli większość najważniejszych gmachów w mieście w tym: namiestnictwo, ratusz, Dworzec Główny, Pocztę Główną, komendę miasta, cytadelę, niektóre koszary. W tych ostatnich zapewnili sobie życzliwą neutralność żołnierzy austriackich i węgierskich, a polskich internowali. Wywiesili niebiesko‑żółte flagi, rozesłali patrole i rano wydawało się, że miasto jest już ukraińskie. W polskich rękach pozostała jedynie zachodnia część miasta.

Dopiero wówczas Polacy potraktowali przeciwnika poważnie. Błyskawicznie się zorganizowali, scalili dowództwo, tworząc Naczelną Komendę Obrony Lwowa (działała pod kierunkiem najpierw kapitana Władysława Jaksy‑Rożena, a potem kapitana Czesława Mączyńskiego) i zaczęli gromadzić ludzi, bazując na spiskowcach z polskich organizacji wojskowych. Na początku te siły były jednak bardzo skromne. Liczyły kilkuset ludzi, zresztą słabo uzbrojonych.

Pierwszym polskim sukcesem militarnym stało się odparcie ataku kilkudziesięciu Ukraińców na Szkołę Sienkiewicza, która obok Domu Akademickiego i Domu Techników należała do pierwszych polskich redut obronnych. Przez cały 1 listopada trwały potyczki z patrolami ukraińskimi i próby zajmowania nowych pozycji. W kolejnych dniach Lwów coraz bardziej przypominał pole bitwy.

Opór krzepnie

Szybko zniknęły pozory normalnego życia - Ukraińcy zamknęli uczelnie wyższe, teatry i kina, wprowadzili stan oblężenia i godzinę policyjną, a także zagrozili rozstrzelaniem co dziesiątego mieszkańca domu, z którego atakowano by żołnierzy ukraińskich. Przestały jeździć tramwaje, ceny żywności zaczęły rosnąć. Tymczasem Polacy osiągnęli kolejne sukcesy. Obsadzili gmachy, których nie zajęli wcześniej Ukraińcy: politechnikę, seminarium duchowne, Szkołę Konarskiego, Szkołę Marii Magdaleny. Przejęli też od żołnierzy węgierskich Szkołę Kadecką oraz Górę Stracenia i lotnisko Lewandówka. Po walce zajęli dworce Główny i Czerniowiecki, gdzie zdobyli magazyny z dużymi zapasami broni, amunicji i żywności, a potem w dramatycznym nocnym boju obronili Dworzec Główny, gdzie chaos walki powiększali czekający w halach dworcowych zdemobilizowani żołnierze (z białymi opaskami na rękawach mundurów, które sygnalizowały ich neutralność), zwolnieni jeńcy rosyjscy i zwyczajni podróżni.

Obie strony zaczęły ściągać do miasta posiłki - Ukraińcy z prowincji, w tym strzelców siczowych z moździerzami i karabinami maszynowymi, a Polacy - ochotników z miasta. Część z nich przedarła się z dzielnic Lwowa okupowanych przez Ukraińców, niektórzy kanałami, a inni prowadzeni zaułkami przez kurierki‑ochotniczki. Przez pierwsze dni polski opór krzepnął, obrońcy zajmowali kolejne budynki, ulice czy place, a ich szeregi powiększały się o nowych żołnierzy. Polacy mieli też przewagę w walkach ulicznych, bo - jak podkreślał podpułkownik Antoni Jakubski z Naczelnej Komendy Obrony Lwowa:

"Oddziały nasze, składające się z rodowitych przeważnie lwowian znających na wylot wszelkie zaułki, wszelkie zakamarki kamienic, domków, szop czy ogrodów, umiały znakomicie przystosować się do warunków 'polowania'. [...] Tu strychami lub piwnicami, ówdzie nawet dachami przerzucali się na tyły patroli ukraińskich, tu obchodzili ich przejściami im tylko znanymi, tu pokazywali się nagle głęboko na tyłach ukraińskich, by za moment zginąć bez śladu i znowu wypłynąć na nowym stanowisku".

Strona ukraińska miała przewagę w uzbrojeniu i liczbie żołnierzy, choć w większości byli z prowincji, więc nie znali Lwowa tak dobrze. 4 listopada Polacy zdobyli cerkiew archidiecezjalną na górze św. Jura i seminarium greckokatolickie, których brama broniona przez Alfreda Rapackiego uzyskała tymczasową nazwę Reduty Piłsudskiego. Reduta znalazła się - jak ta pod Kostiuchnówką o identycznej nazwie - pod ostrym ostrzałem i stała się jednym z symboli obrony miasta. Walki toczyły się ze zmiennym szczęściem - 5 listopada Polacy odparli atak na Dom Techników, ale też musieli się wycofać z gmachu Dyrekcji Policji i zaprzestać ataku na cytadelę. Tego dnia obrońcy zastosowali nową broń - lotnictwo. Na zajętym lotnisku w Lewandówce zebrało się kilku lotników, a mechanicy doprowadzili do stanu lotnego parę samolotów. Jednym z nich Stefan Bastyr i Janusz de Beaurain wykonali pierwszy w historii polskiego lotnictwa lot bojowy, atakując piętnastokilogramowymi bombami i ogniem karabinu maszynowego ukraińskich żołnierzy. Polacy zdobyli też paręnaście armat i haubic, przygotowali improwizowany samochód pancerny, a przy pomocy przyszłego premiera Rzeczpospolitej Kazimierza Bartla stworzyli pociągi pancerne, w których obsłudze pomagali lwowscy gimnazjaliści. W ostateczności uciekali się do podstępów, jak obrońcy seminarium, którzy strzelali do pustej beczki z rewolweru, a huk dawał złudzenie strzału armatniego.

Zdjęcie

Zdobywcy Cytadeli we Lwowie /reprodukcja: Piotr Mecik /Agencja FORUM
Zdobywcy Cytadeli we Lwowie
/reprodukcja: Piotr Mecik /Agencja FORUM

Oczekiwanie na odsiecz

Obie strony co rusz zawierały zawieszenia broni, ale w praktyce mało kto ich przestrzegał. Zrywano je, gdy tylko dostrzeżono możliwości przeprowadzenia skutecznego ataku. Polska sytuacja się pogarszała, a odsiecz stała się koniecznością. W tym celu 8 listopada drogą lotniczą przewieziono profesora Stanisława Strońskiego, który prosił w Krakowie i Warszawie o wsparcie. Cztery dni później inny lotnik - porucznik Stefan Stec - przyleciał do stolicy, gdzie błagał o pomoc samego naczelnika Józefa Piłsudskiego.

13 listopada inicjatywa przeszła znowu w ręce ukraińskie. Zaatakowali polskie pozycje na Kulparkowie, Zamarstynowie i w okolicach Szkoły Kadetów. 17 listopada Ukraińcy ponownie zaatakowali Szkołę Kadetów, jednak obrońcy przeszli do udanego kontrataku, zdobywając liczny sprzęt wroga i biorąc jeńców. Tego dnia dowodzący obroną zaczęli rozważać poddanie miasta, by "go więcej nie krwawić". Tylko informacja o zbliżającej się odsieczy, którą przekazano drogą lotniczą, zmieniła te zamiary. 18 listopada rozpoczął się czterdziestoośmiogodzinny rozejm, który obie strony wykorzystały na ściąganie posiłków i podjęcie ostatecznej próby wywalczenia zwycięstwa.

Polskie posiłki miały przed sobą o wiele dłuższą drogę i musiały się przebić przez wrogie terytorium. 11 listopada polska odsiecz, która wyruszyła z Krakowa, zajęła Przemyśl. Wzmocniona nowymi siłami 19 listopada podążyła dalej na wschód. Na czele jechał pociąg pancerny, a za nim sześć transportów wojska - łącznie ponad 11 tysięcy żołnierzy i osiem dział pod dowództwem podpułkownika Michała Karaszewicza‑Tokarzewskiego. Kolejowa eskapada na szczęście napotkała opór tylko w Sądowej Wiszni, gdzie po czterogodzinnej walce oczyściła sobie dalszą drogę, a w Gródku Jagiellońskim zdążyła przebyć rzekę, zanim Ukraińcy zaminowali most. 20 listopada wieczorem po 37 godzinach jazdy wsparcie dotarło do Lwowa.

Posiłki przybyły również do Ukraińców. Rozejm wydłużono o dobę i dopiero w czwartek 21 listopada o godzinie szóstej rano walki zostały wznowione. Do ataku przeszli Polacy, którzy osiągnęli sukcesy w południowej części miasta. 1600 żołnierzy pod wodzą kapitana Mieczysława Boruty‑Spiechowicza przy wsparciu pociągu pancernego, czterech dział i szwadronu kawalerii zajęło tam Żelazną Wodę, Wodociągi Miejskie, Koszary Jabłonowskie, Dworzec Łyczakowski, Snopków i Pohulankę. Ukraińcy rozpoczęli odwrót.

Nad nami Orzeł Biały

W piątek, 22 listopada, polskie oddziały wkroczyły rankiem do śródmieścia, wywieszając na ratuszu biało‑czerwony sztandar. Legionista Wacław Lipiński wspominał:

"Maszerujemy kolumną przez ul. św. Zofii. Za chwilę wśród cichych, głuchych kamienic, wśród pustych bezdusznych ulic buchnął radosny nasz śpiew 'Hej! Strzelcy wraz, nad nami Orzeł Biały' [...], dziesiątki okien zaludniają się w jednej chwili ludźmi, którzy poczynają coś krzyczeć wariacko, histerycznie szlochać, bić jakieś brawa, śpiewać, szaleć, a za sekundę na maszerującą wśród tego nagłego piekła kolumnę sypią się z okien kwiaty, pudełka papierosów, tytoniu, powiewać zaczynają ręce i chustki, nieopisany zamęt radości ogarnia dom po domu, ulicę po ulicy, jakby je ogarnęła nagle jakaś furia szaleńczego wesela".

Cieniem na tym radosnym dniu położył się pogrom lwowskich Żydów, w którym zginęło od kilkudziesięciu do 150 osób, spalono kilkanaście sklepów, synagogę, a wiele sklepów i mieszkań obrabowano. Doniesienia prasowe o nim mocno zszargały wizerunek odradzającego się państwa polskiego. Lwów nosił ślady walk, o czym pisał jeden z mieszkańców:

"Najstraszniej wyglądał gmach Poczty w połowie spalony, ziejący oczodołami pustych wyrw okiennych, przeświecający zapadłem wiązadłem rusztowań, podziurawiony kulami granatów i karabinów maszynowych, ohydny w swoim trupim rozkładzie... Sykstuska, Kopernika, Kościuszki, Kraszewskiego, Marszałkowska i Mickiewicza - teren najdłuższych i najzaciętszych walk - pełne były śladów okropnej bratobójczej wojny... Gmach Żandarmerii - podziurawiony przez ukraińską artylerię. Sejm w płomieniach, podpalony z rozkazu cofających się ruskich wojsk, wnętrze zniszczone... Dyrekcja Policji i Dyrekcja Kolejowa - zrujnowane na zewnątrz i wewnątrz - świadczyły o bezwzględności obu walczących stron... Ślady krwi zakrzepłej na chodnikach, wgłębienia kształtu ludzkiego w na pół zamarzniętym śniegu mówiły o leżących tu przez długi czas trupach, których nie było komu uprzątnąć. A nad tym wszystkim dominowała dojmująca woń prochu, spalenizny i rozkładu... Ani jeden gmach panujący nad miastem, ani jedna wieża kościelna nie wyszły bez szwanku ze strasznej zawieruchy. Wszystkie dworce oraz domy sąsiednie przedstawiały jedną ruinę".

Narodziny legendy

Wyzwolenie Lwowa nie oznaczało jednak zakończenia wojny o Galicję ani nawet o sam Lwów. Ukraińcy zostali wyparci z miasta, ale zajęli pozycje wokół niego, a linią życia dla obrońców była linia kolejowa wiodąca do Przemyśla i reszty Polski. 27 grudnia Ukraińcy zaatakowali miasto, jednak zostali odparci. Zniszczeniu uległy przy tym wodociąg i elektrownia, miasto zostało pozbawione prądu i wody, a centrum znalazło się w zasięgu ukraińskiej artylerii. Kolejne miesiące mijały na próbach odblokowania metropolii przez Polaków, próbach jej okrążenia i zdobycia przez Ukraińców, a także próbach zakończenia walk czynionych przez przedstawicieli ententy.

Ostatecznie na wiosnę na front ukraiński przerzucono oddziały wielkopolskie, które do końca marca odblokowały Lwów, a w połowie lipca 1919 roku szalę zwycięstwa na polską stronę ostatecznie przechyliły oddziały Armii Błękitnej generała Józefa Hallera, które wyparły siły ukraińskie za Zbrucz. W kwietniu 1920 roku Ukraińcy z wrogów stali się sojusznikami w walkach z bolszewikami. Obrona Lwowa stała się symbolem polskich dążeń do wolności, woli mieszkańców do określenia swojej przyszłości i ofiary Orląt Lwowskich. W czasie walk polskich obrońców było około sześciu tysięcy, w tym połowa w pierwszej linii. Dwie trzecie z nich po raz pierwszy miało broń w rękach, w walkach udział wzięło 427 kobiet, mniej więcej połowa obrońców nie miała więcej niż 17 lat, a 244 miało mniej niż 14 lat!

Po stronie polskiej poległo lub zmarło od ran 439 żołnierzy, w tym ponad stu małoletnich. Walczyli z bronią w ręku, często mając karabiny prawie swojego wzrostu, nosili meldunki, amunicję, jedzenie, zbierali informacje. Najbardziej znanym Orlęciem Lwowskim, choć nie najmłodszym z nich, był Jurek Bitschan, który poległ na cmentarzu Łyczakowskim 21 listopada, osiem dni przed 14. urodzinami, kilkanaście godzin przed wycofaniem się Ukraińców ze Lwowa. Kornel Makuszyński napisał o nim później: "W niebie kochają wszyscy tego chłopaczka ślicznego, a Pan Bóg, przechodząc, zawsze go po głowie pogładzi. Któż nie zna jego historii?".

22 listopada 1920 roku, w drugą rocznicę wyzwolenia miasta, marszałek Józef Piłsudski odznaczył Lwów Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. "Z całą sumiennością, a zarazem z uczuciem szczęścia rozstrzygnąłem, że mogę dać zbiorowemu żołnierzowi - miastu waszemu - najwyższą odznakę wojenną" - powiedział. Krzyż ten znalazł się w przedwojennym herbie miasta. Symbolem obrony Lwowa jest także Grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie, gdzie pochowano anonimowego uczestnika walk o wolność i granice. W 1925 roku drogą losowania wybrano któregoś z bezimiennych obrońców Lwowa. Ofiary obu stron walk pochowano niedaleko siebie na cmentarzu Łyczakowskim.

Zdjęcie

Wydana przez Znak książka "Polskie triumfy" trafi do sprzedaży pod koniec listopada /materiały prasowe
Wydana przez Znak książka "Polskie triumfy" trafi do sprzedaży pod koniec listopada
/materiały prasowe


Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności