Gdy wybuchała w lecie 1914 roku - jak wtedy mówiono - Wielka Wojna, stawiająca po przeciwnych stronach barykady zaborców Polski, tworzyło to wreszcie korzystną dla "sprawy polskiej" koniunkturę. Było dość prawdopodobne, że strona zwycięska utworzy z ziem polskich zdobytych na przeciwniku jakieś, choćby małe i od siebie zależne, państwo polskie. Ale było bardzo mało prawdopodobne, by udało się uzyskać więcej: w szczególności państwo duże i niezależne. A już tym bardziej państwo jednoczące ziemie dotychczasowych trzech zaborów. Tak się jednak - o dziwo! - stało.

Zdjęcie

Józef Piłsudski odbiera defiladę wojska przed hotelem Bristol w Warszawie 11 listopada 1918 roku /Piotr Mecik /Agencja FORUM
Józef Piłsudski odbiera defiladę wojska przed hotelem Bristol w Warszawie 11 listopada 1918 roku
/Piotr Mecik /Agencja FORUM

Sprawił to splot czynników, wyjątkowo korzystnych dla rewindykacji Polaków. Najpierw państwa centralne (Niemcy i Austro-Węgry) zajęły w 1915 r. tereny dawnego Królestwa Kongresowego, stanowiące dotąd część zaboru rosyjskiego. Potem z kolei, gdy państwa sprzymierzone (Francja, Anglia i Rosja) zaczęły przechylać szalę zwycięstwa na swoją stronę, jeden z uczestników tej koalicji (Rosja), został wewnętrznie sparaliżowany przez rewolucję i przestał być chwilowo czynnikiem wojskowym w tej części Europy.

Zatem utrata okupowanych od 1915 r. ziem dawnego Królestwa Kongresowego nie dokonała się na rzecz Rosji, co by się niechybnie stało, gdyby w Rosji nie wybuchła rewolucja, lecz na rzecz Polaków - w tym momencie reprezentowanych przez Radę Regencyjną (utworzoną przez Niemców i Austriaków we wrześniu 1917 r.).

Reklama

Można rzec, że z punktu widzenia polskiego interesu przegrali naraz wszyscy nasi przeciwnicy: Niemcy i Austro-Węgry jako pokonane w wojnie, a Rosja jako pokonana przez własną rewolucję. Takie sytuacje zdarzają się w historii bardzo rzadko - w 1918 zdarzyło się akurat z korzyścią dla Polski.

Dlatego gdy Józef Piłsudski wracał 10 listopada 1918 do Warszawy z twierdzy w Magdeburgu, gdzie uwięzili go Niemcy w lecie 1917 r. w wyniku tzw. kryzysu przysięgowego, miał sytuację uporządkowaną w tym sensie, że władza poniekąd sama wpadała mu w ręce. Dlaczego akurat jemu?

Bo był owiany legendą czynu legionowego. Legiony nie były w tej wojnie wielkim wektorem militarnym, ale były świadectwem polskiej obecności w tej wojnie. To dało mu w Polsce legendę wojownika. Piłsudski, który początkowo stawiał na państwa centralne, potrafił w odpowiednim momencie zdystansować się od nich. To dało mu legendę wytrawnego polityka.

Jako kandydat na pierwszego szefa tworzącego się państwa polskiego był Piłsudski niezastąpiony. Chociaż miał w Polsce (i szerzej: w polskiej polityce) ideowych konkurentów, nikt poważnie nie kwestionował w listopadzie 1918 r. jego pozycji jako "number one".

A dlaczego nie Dmowski?

Dlaczego władza wpadała Piłsudskiemu w ręce tak łatwo? Bo w Warszawie akurat mieliśmy w tych dniach do czynienia ze zjawiskiem politycznej próżni. Jedni zaborcy odchodzili (musieli opróżnić ten obszar, skoro prosili mocarstwa zachodnie o pokój), drudzy nie przychodzili (bo mieli poważniejsze problemy u siebie w domu).

To wszystko nie oznaczało, że Piłsudski, obejmując formalnie dyktaturę, będzie rzeczywiście jedynowładcą. Polska miała się stać demokracją pluralistyczną. Jak pisał w swojej "Historii Dwudziestolecia" Paweł Zaremba,  w październiku 1918 Polacy powszechnie chcieli niepodległości i swe nadzieje kierowali równocześnie na Magdeburg i na Paryż:

"(...) W Magdeburgu był internowany przez Niemców Piłsudski i zdawano sobie sprawę, że wystąpienie zbrojne na obszarze środkowej i południowej czy północnej Polski  jest nie do pomyślenia bez jego udziału albo - by powiedzieć ściślej - bez jego rozkazu.

Ku Paryżowi spoglądano zaś dlatego, że działał tam Komitet Narodowy Polski pod przewodnictwem Romana Dmowskiego, już uznany przez rządy mocarstw sprzymierzonych jako organ reprezentujący państwo polskie i posiadający uprawnienia międzynarodowe rządu polskiego, sprzymierzonego z Francją, Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi i innymi państwami będącymi w wojnie z Niemcami".

Od kogo Piłsudski brał władzę?


Formalnie od Rady Regencyjnej (książę Zdzisław Lubomirski, abp Aleksander Kakowski i Józef Ostrowski), która była namiastką polskiej władzy, stworzoną przez zaborców, bynajmniej nie z zamiarem utworzenia państwa polskiego. Tym niemniej niekorzystna ewolucja sytuacji politycznej (najpierw frontowej) sprawiła, że jesienią 1918 Rada Regencyjna była już tylko czymś na kształt komitetu likwidacyjnego władzy zaborczej w Warszawie.

Już pół roku wcześniej w wyborach do Rady Stanu (namiastki parlamentu), zresztą wyborach pośrednich i częściowych (część członków Rady była niewybieralna), okazało się, że zwyciężyli kandydaci - jak się wtedy mówiło - pasywistyczni. To znaczy ci, którzy nie chcieli się politycznie angażować po stronie państw centralnych. Ale to było jeszcze przed klęskami Austrii i Niemiec na frontach zachodniej i południowej Europy latem 1918 roku.

Teraz, jesienią, po tych klęskach, tym bardziej w Polakach nie było entuzjazmu dla przegrywających. Na przełomie października i listopada Rada Regencyjna trwa, ale już nie jako reprezentant interesów zaborczych. Jest rodzajem trzyosobowego notariusza, który przekazuje władzę cywilną i wojskową temu, kto ma rzeczywisty autorytet.

Zatem wzięcie przez Piłsudskiego władzy od Rady Regencyjnej było formalnością. Ważniejsze było, że podporządkowały mu się ośrodki władzy rzeczywistej (choć kruchej): rząd Ignacego Daszyńskiego, powstały w Lublinie (a więc w rozsypującej się okupacji austriackiej części Królestwa), i krakowska Komisja Likwidacyjna (która przejęła władzę od Austriaków w zachodniej Galicji).

16 listopada Piłsudski notyfikuje telegraficznie państwom europejskim i USA powstanie niepodległego państwa polskiego i powołuje rząd Jędrzeja Moraczewskiego. Tym sposobem ma Piłsudski władzę na tych terenach, które już się wyzwoliły spod obcego panowania. Wkrótce dojdzie do tego Poznańskie (na przełomie 1918 i 1919 r., po zwycięskim powstaniu antyniemieckim) i Kresy Wschodnie (z końcem 1920 r., po odparciu bolszewików). Wtedy dopiero zacznie się prawdziwa rywalizacja o władzę w Warszawie.

Roman Graczyk  

Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności