„Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896–1919” to dzieło zawierające wspomnienia Michała Sokolnickiego, współpracownika Józefa Piłsudskiego. Możemy się z nich między innymi dowiedzieć jak wyglądało odzyskanie niepodległości na Kresach.

Zdjęcie

Wspomnienia Michała Sokolnickiego zebrano w tomie „Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896–1919” /materiały prasowe
Wspomnienia Michała Sokolnickiego zebrano w tomie „Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896–1919”
/materiały prasowe

Niepodległość na Kresach (fragment książki "Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896-1919")

1 listopada do Komendy POW na Ukrainie nadszedł rozkaz mo­bilizacyjny z Krakowa od Rydza "Śmigłego". Oznaczało to, że powstał oczekiwany rząd, oparty o Galicję, z przygotowanym od dawna, w zastępstwie Piłsudskiego, dowództwem wojsk. Ale równocześnie przyszedł słuch o republice zachodnioukraińskiej we Lwowie. Sądziliśmy, że zachwiały się wszystkie nasze plany. Widzieliśmy jeszcze wciąż rozciągniętą, od Kowna po Bałtyk i Baranowicze, od Warszawy po Pińsk, potęgę wojenną niemiec­ką. Jedyną bazą niepodległej Polski, operacyjnym punktem wyj­ścia zdawała się Galicja; tymczasem Galicję właśnie rozcinał na dwoje zamach habsbursko-niemiecki we Lwowie [gdzie 1 listopada rozpoczęły się walki polsko-ukraińskie]. Stąd, wedle z dawna dobrej zasady bitew - marcher au canon - celem dla sił organizacji wojskowej na Ukrainie musiało być uderzenie na Galicję od wschodu.

W tym kierunku szły decyzje, jakie powzięliśmy wspólnie z kapitanem "Lisem" Kulą, komendantem naczelnym POW na Ukrainie, w nocy 1/2 listopada, zaraz po moim powrocie z Jekaterynodaru do Kijowa. Decyzja ta oznaczała albo nasz udział w szerszym przedsięwzięciu wojskowym na gruncie oddziałów polskich [...] od niewielu tygodni przez [Leona] Bobickiego na Ukrainie przygotowywanym, albo też, w razie jego niedojścia do skutku czy niepowodzenia, naszą samodzielną inicjatywę wojskową. Mobilizację POW, wyznaczoną na 4 listopada, postanowiliśmy przyspieszyć, koncentrację z północnej Ukrainy przeprowadzić na Radziwiłłów, jako ogólny kierunek akcji wziąć Tarnopol. Było to wszystko szaleństwem, ale szaleństwo dusz naszych miało na imię: Piłsudski.

Reklama

Nie było zgoła żadnej wiadomości o nieprzyjacielu; chro­mała wszędzie dyspozycja sił własnych; trzeba się było przedrzeć dziesiątki mil skroś kraj wrogi; w dodatku nie było pieniędzy. Ale Piłsudski nauczył nas z dawna twardego realizmu, który z nędzy wydobywa siłę - nauczył nas wielki cel i silną wolę stawiać naka­zem dla każdej okoliczności. Z rozległych stron zaczęły się zbiegać i skupiać atomy organizacji. Siłą było znów niespodziewane: skąd mogli Rusini przewidzieć atak od wschodu? Po pieniądze, po najszybszy kontakt z własną główną siłą pojechałem przez Odessę do Jass. Jechałem do poselstwa francuskiego w Rumunii. [...]

To małe miasto północnej Rumunii nie różni się niczym specjal­nym od wielu miast i miasteczek środkowo-wschodniej Europy. Ulice wąskie, architektura brutalna, brud w zaułkach, brak za­równo kultury, jak i natury. Klimat o tej porze roku - psi: deszcz ze śniegiem, kąsające zimno. [...] To miasteczko, jak wiele innych miejsc o znaczeniu czysto lokalnym, dawało wrażenie nudy, troski i pospolitości mieszczańskiej.

W tym to miasteczku, jak w innych wielu miejscach Europy, działy się na jesieni 1918 rzeczy przedziwne. Stało się ono stolicą dużego kraju, siedzibą władz poważnego europejskiego państwa. Tam to rezydował wówczas - wygnany z okupowanego Buka­resztu - król Ferdynand rumuński z rodziną; u jego boku dwór, ministerstwa, urzędy, a po zaułkach rozmaitych ulic gnieździły się poselstwa potęg europejskich. Co zaś najdziwniejsze - Jas­sy były też na wpół okupowane przez zwycięskich Niemców, po zawartym z podbitą Rumunią pokoju. Znajdowały się tam jakieś etapowe i łącznikowe posterunki wojskowe niemieckie; ale tuż obok wegetowały w dziwny sposób poselstwa Francji, Wiel­kiej Brytanii, Italii - państw nie wiadomo: zaprzyjaźnionych, sprzymierzonych czy znajdujących się w wojnie z przymusowo zneutralizowaną Rumunią. Najdziwniejszym zaś poselstwem na zagadkowym gruncie tej fikcyjnej stolicy, przy tym niespełna rzą­dzie, było poselstwo nieistniejącej Rosji, sprzymierzone z posel­stwami zachodnich aliantów, a prowadzone jeszcze wciąż przez Polaka, ostatniego posła carskiej Rosji przy dworze rumuńskiego króla, pana [Stanisława] Koziełł-Poklewskiego. [...]

Wreszcie przyszedł 11 listopada - wyjątkowy dzień - jakiś słoneczny, nawet ciepły, rozbłyskujący niezmiernym życiem, jak­by zapłodniony z odległości odblaskiem Paryża. Zaczęły się ma­nifestacje uliczne, osaczanie i internowanie zdezorientowanych Niemców, przeprowadzanie ich potem w łatwym triumfie po ulicach miasta. Manifestacje były zresztą mizerne, przystosowa­ne do małego lokalnego życia i do budzących się dopiero na­miętności odwetu. W dniu tym jednak, zarówno w bezpośrednio poprzedzających, jak i w bezpośrednio następnych, gorączkowo pracowano w legacjach [poselstwach], radio rozmawiało z Pary­żem i Londynem, noce trawiono nad szyframi, dni spływały na konferencjach, gdzie przebudowywano najśmielszymi projektami wschód Europy.

Wschód Europy był w tej chwili jedną wielką niewiadomą, lub - jeśli kto chce - zadaniem złożonym z kilkunastu niewia­domych. Jedyną rzeczą pewną w rachunku była zwycięska armia [gen. Louisa] Francheta d’Espérey’a, posuwająca się po gruzach złamanej Bułgarii. Nie tyle jednak ku trudnym do przebycia prze­strzeniom Rumunii - lecz głównie i szybko przez Serbię na Sied­miogród, na osaczenie upadającej austro-węgierskiej monarchii. Kwatera Francheta była jeszcze w Sofii, za niewiele dni miała być w Belgradzie; istniała komunikacja radiowa, próbowano połączeń samolotowych z Jassami.

Zdjęcie

Józef Piłsudski z Kasztanką u boku /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Józef Piłsudski z Kasztanką u boku
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Dalej na wschód - Turcja była zagadką. Rosja była nie wiadomo czym. Na północ od Rumunii austriacka Bukowina ogła­szała się rumuńską, stwarzała nową bazę dla odradzającego się państwa, lecz dalej było nie wiadomo co: resztki Austrii, okupacja austro-niemiecka, wojna polsko-ukraińska i Bóg wie co jeszcze.

Jedynym punktem interesującym i tworzącym jakieś większe horyzonty stawała się dla oczu widzów zachodnioeuropejskich, rozwiązujących te zadania z wieloma niewiadomymi - Ukraina. Tam była jakaś państwowość niebolszewicka, jakaś zamożność, pozwalająca zimę przeżyć, jakieś masy ludzkie, którymi dawało się łatwo pokierować, jakaś olbrzymia część straconego alianta, gotowa do wyzyskania i do wygrania. Gorączkowa praca posłów zwycięskich mocarstw z Zachodu [...] skierowana była [...] ku budowaniu wielkiej Ukrainy; wielkiej, postawionej z pomocą aliantów, armii ukraińskiej; ku odnowieniu w ten sposób sprzymierzonego z Za­chodem - carskiego czy niecarskiego - państwa i umocowaniu na tej podstawie pokoju wschodniego.

Takie było tło, złożone z kalejdoskopu wypadków, doryw­czych wieści chwyconych z gazet lub rozmów, ze snutych wokoło i zmieniających się wciąż projektów. I proszę sobie wyobrazić na tym tle zupełnie samotnego Polaka - samozwańczego reprezen­tanta nieistniejącej Polski. Kreowała mnie nim Polska Organizacja Wojskowa. [...]

Pociąg kurierski, którym zdążałem do Odessy, był bodaj ostatni - szedł przez opanowane rewolucją ukraińską stacje - Odessa zaś znajdowała się we władzy Niemców i Austriaków, któ­rzy z kolei znajdowali się... w ucieczce. Jako najbardziej znamienny wyraz sytuacji, pozostało mi z tych dni Odessy wspomnienie spo­sobu, w jaki dostałem wizę rumuńską. Konsul rumuński, z któ­rym konferował mój towarzysz podróży, [...] porucznik Villaime, odmówił wizy zarówno na podstawie naszych niemiecko-oku­pacyjnych legitymacji, jak i na podstawie wszystkich poufnych wyjaśnień i wynurzeń Villaime’a, jako "zatajonego" Francuza. Wpadliśmy wówczas na wesołą myśl i zapytaliśmy konsula, czy nie wydałby wizy na podstawie formalnego zaświadczenia Pol­skiej Organizacji Wojskowej. "Ależ to i owszem" - odpowiedział konsul. Rzecz wydawała się wyjątkowo drażliwa, bo Niemcy, wprawdzie uciekający, byli jednak panami nastraszonego miasta i osłupiałego odeskiego społeczeństwa i nie wiedzieliśmy, kim jest ten konsul. Nie było wyboru, zaryzykowaliśmy i rewolucyjna, taj­na organizacja polska okazała się jedyną firmą, z którą ten zacny człowiek w tych niepewnych okolicznościach się liczył. Przejecha­liśmy znowu Prut i Dniestr - byliśmy w Jassach.

To nie pomagało mi wcale ustalić, jaką w gruncie rzeczy reprezentowałem Polskę. Moi interlokutorzy, agenci dyploma­tyczni francuscy, posiadali tę nade mną wyższość, iż mieli do rozporządzenia swoją własną Polskę. Muszę jednak powiedzieć, że nie pocieszała mnie wcale ta atmosfera korespondencji radiowej z Polskim Komitetem Narodowym [Romana Dmowskiego] w odległym Paryżu i osobi­ście nie dbałem o tę zagraniczną Polskę. Nie dbałem również o tę Polskę, którą ku końcowi lata pozostawiłem za sobą w Warszawie i Krakowie, Polskę na śmiech nazwaną aktywistyczną, właściwie zupełnie bezczynną, niewolniczo podległą okupacjom, grzebią­cą się w bezczynnych instytucjach i przede wszystkim zupełnie zdezorientowaną: gdy wczoraj wierzyła bezradnie w zwycięstwo niemieckie, dziś była bezradnym świadkiem francuskiego zwy­cięstwa - więc jutro cóż? Jutro była znowu podległym pionkiem nie wiadomo kogo.

Nie było to naturalnie żadną moją zasługą, ale pozostaje dla mnie samego znamiennym dokumentem ówcześnie przeżytej chwili, że gdy tak samotnie, w ciężkim a w gorączkowych chwi­lach odbywanym rozmyślaniu, myślą poszukiwałem Polski i gdy, wedle prostego, wewnętrznego odruchu musiałem do obcych mó­wić o Polsce jasno i wyraźnie, zacząłem w rozmowach z Francu­zami [...] mówić wyłącznie o - Józefie Piłsudskim. Komendanta nie widziałem od pamiętnego 22 lipca 1917 i nie wiedziałem, co myśli. Mówiłem więc ogólniki - Legiony, Magdeburg, powrót Piłsudskiego, władza zwierzchnia, odnowienie Jego ręką państwa.

Między 8 a 14 listopada - czas mego pobytu w Jassach - nie otrzymałem żadnej wiadomości z Polski ani o Polsce. Całą więc teraźniejszość trzeba było sobie dośpiewać z pamięci. Dopiero w Czerniowcach z jakiejś dziwnie tam przeszmuglowanej gaze­ty, z wiadomości otrzymanych w tej gazecie pośrednio i z trze­cich źródeł, dowiedziałem się 16 listopada rano, że Piłsudski jest w Warszawie i objął rządy w Polsce. A zatem - zgadłem.

To zgadnięcie historyczne uważałem zawsze dla siebie same­go za bardzo interesujące dlatego, iż stanowiło i stanowi jedno z najlepszych wyjaśnień, czym dla nas, dla ludzi mego duchowego bractwa, był i pozostaje Józef Piłsudski. Nic bowiem nie wyja­śnia sytuacji tak, jak złe i ciężkie chwile. W Jassach w 1918 roku, jak nigdzie i jak nigdy, odczułem piekący wstyd niemocy Polski, trawiącą zagadkę - czym i gdzie jest Polska. Otóż o Piłsudskim można było nawet w tej najcięższej chwili, myśląc o kazamatach magdeburskich, powiedzieć, że On jest Polską. Do obcych, chcąc mówić z godnością, mówiło się jego nazwisko. Chcąc myśleć z wiarą o swoich, o kraju - patrzyło się w wyobraźni na Jego triumfalny z więzienia powrót. W kalkulacjach, chcąc coś dla Polski zyskać lub zdobyć - żyrowało się Polskę Jego nazwiskiem.

Taka była sytuacja w Jassach 11 listopada 1918, gdy o Polsce słuchano wokoło z zadziwieniem, z niedowierzaniem, właściwie nie przypuszczano wcale, że istnieje...

***

Zapraszamy na spotkanie "Którędy do Polski? Droga do niepodległości w zapisie Michała Sokolnickiego" 

Ośrodek KARTA i Dom Spotkań z Historią zapraszają na spotkanie: "Którędy do Polski? Droga do niepodległości w zapisie Michała Sokolnickiego" 

W dyskusji udział wezmą: prof. Andrzej Friszke (ISP PAN) - w roli rzecznika formacji Józefa Piłsudskiego, oraz  prof. Krzysztof Kawalec (Uniwersytet Wrocławski) - w roli rzecznika formacji Romana Dmowskiego, Zbigniew Gluza (prezes Ośrodka KARTA, autor przedmowy do książki Michała Sokolnickiego Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896-1919).

Dom Spotkań z Historią, ul. Karowa 20, 19 listopada (wtorek), godz. 18.00.

Rozmowa - oparta o wspomnienia współpracownika Piłsudskiego Michała Sokolnickiego, zebrane w tomie "Emisariusz Niepodległej. Wspomnienia z lat 1896-1919" - dotyczyć będzie m.in. perspektyw odzyskania niepodległości przed I wojną światową oraz wyborów politycznych dokonywanych przez polskie elity w obliczu jej wybuchu. Sojusz z państwami centralnymi (Austrią i Prusami) czy sprzymierzenie się z Ententą (a więc także i Rosją) - to rozdroże wobec którego stanęli ówcześni polscy przywódcy. Konsekwencje podjętych wówczas decyzji nie pozostały bez wpływu na kształt odradzającej się Rzeczpospolitej. 

Zdjęcie

/materiały prasowe
/materiały prasowe

Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności

materiały prasowe