Jednak na ostateczne "wyprucie flaków niedźwiedziowi" zabrakło już sił. Wysokie straty, trudny teren i mroźna, śnieżna pogoda uniemożliwiły zamianę odwrotu Rosjan w bezładną ucieczkę. Trzeba także przyznać, że dowódcy carscy szybko opanowali sytuację i przeszli w drugiej połowie grudnia do lokalnych ataków, by ustabilizować front. Doszło wtedy do szeregu zaciętych starć. Podczas czterodniowej bitwy pod Łowczówkiem i Meszną Szlachecką (22-25 grudnia) wyróżnili się ponownie polscy legioniści, którymi dowodził ppłk Kazimierz Sosnkowski. Żołnierze Pierwszej Brygady pięciokrotnie atakowali rosyjskie okopy, odparli 16 szturmów wroga i wzięli do niewoli ponad 600 carskich sołdatów, tracąc jednak 128 poległych (w tym aż 38 oficerów) i 342 rannych.

Ostatecznie zmuszeni zostali do odejścia z tak zaciekle bronionych pozycji, gdy pod naciskiem Rosjan wycofały się oddziały austro-węgierskie na skrzydłach Polaków. Wykrwawiony przeciwnik nie miał już jednak sił, by atakować nadal, co pozwoliło na szybkie odtworzenie linii obronnych i ostateczne zatrzymanie przeciwnika. Bohaterska postawa legionistów w tej bitwie została uhonorowana już w niepodległej Polsce, gdy na warszawskim Grobie Nieznanego Żołnierza pojawiła się tablica z inskrypcją "Łowczówek 24 I 1914".

Marna frontu wschodniego

Reklama

Operacja krakowsko-limanowska, choć w skali taktycznej nie wydaje się z pozoru szczególnym sukcesem (kosztem straty blisko 1/3 sił atakujących, odzyskano zaledwie kilkudziesięciokilometrowy pas terenu pomiędzy Krakowem a Gorlicami), jednak w wymiarze strategicznym śmiało może zostać porównana do bitwy nad Marną na zachodzie. Podobnie jak tamta słynna batalia, grudniowe walki w Galicji Zachodniej rozstrzygnęły bowiem o bezpowrotnej utracie inicjatywy przez nacierających. Tym samym, nie mógł zostać spełniony podstawowy cel kampanii - szybkie zmiażdżenie oporu przeciwnika, zwycięskie zakończenie wojny, rozbiór monarchii naddunajskiej i rozszerzenie rosyjskiego samodzierżawia na Europę Środkową i Bałkany, zgodnie z programem "zbierania ziem słowiańskich".

Było to zatem także polskie zwycięstwo. W aspekcie polityczno-strategicznym ocaliło południowe i zachodnie obszary przedrozbiorowej Rzeczypospolitej przed godnym pożałowania losem "kraju przywiślańskiego" i kresowych ziem zabranych. Na płaszczyźnie militarnej natomiast swoją waleczność zademonstrowały Legiony Polskie, zalążek sił zbrojnych odrodzonej Ojczyzny. Walcząc wraz z rodakami służącymi w szeregach armii habsburskiej (garnizon krakowski, liczne bataliony i pułki galicyjskie w składzie armii polowych) oraz niemieckiej (z pułków wielkopolskich) stawali jednak wielokrotnie przeciwko rodakom, którzy powołani zostali do służby pod carskimi sztandarami.

Przypomina o tym opisane przez Józefa Piłsudskiego zdarzenie z walk pod Limanową: "Do plebanii jurkowskiej przyprowadzono mi wziętych jeńców na przesłuchanie. Jeden z nich był całkiem zdrów, drugi leżał na wozie napełnionym słomą, z przestrzeloną piersią. Podoficer, który ich przyprowadził, zameldował mi przy tym: Obaj są z Litwy, tak jak obywatel komendant! Istotnie! Ten, który wyszedł cało, był chłopem spod Grodna. Na razie przy badaniu próbował żołnierskich sakramentalnych słów: tak toczno, nikak niet, wasze prewoschoditielstwo. Lecz wkrótce, gdym zaczął mówić po polsku z białoruska, stopniała w nim ta powłoka, zaczął mi mówić po swojemu, kłaniając się i tytułując, jak Pan Bóg przykazał na wsi litewskiej: Panoczku. Dowiedziałem się od niego, że za przełęczą stoi cały pułk huzarów, na który natychmiast kazałem otworzyć ogień z dział. Na pożegnanie mój rodak dostał herbaty i papierosów i żegnając się niech będzie pochwalony Jezus Chrystus dodał: Panoczku, a ten drugi, unteroficyr, znaczy się także hrodnieński, ale z obywatelów, nie prosty. Zbliżyłem się do rannego. Na wozie leżał młody, przystojny chłopiec o kulturalnych rysach twarzy. Możecie mówić? - zapytałem. Mogę - odpowiedział. Żołnierze mi mówili, że pan także z Litwy, czy prawda? Tak, jestem z Litwy, z wileńskiego. Ja z grodzieńskiego, nazwisko moje Stetkiewicz; wolno wiedzieć, jak pan się nazywa? Piłsudski. Miałem w gimnazjum w Wilnie kolegów Stetkiewiczów. Krewni - odrzekł z cicha. Łzy mu się zakręciły w oczach, szarpnął swój płaszcz i zakrył nim twarz całą. Rana nie była lekka, ranny już gorączkował. Kazałem go natychmiast wyprawić do szpitala. Przeklęte skutki niewoli!

Znam z opowiadań tylko jeszcze jeden wypadek zetknięcia się naszego z Polakami ubranymi we wrogie nam mundury. Prowadzono kolumnę jeńców rosyjskich. Moi chłopcy stali przy drodze i gapili się na nich, czyniąc mniej czy więcej dowcipne uwagi. I nagle z kolumny rozległ się głos do nas: Stasiu, smarkaczu jeden! Co ty tu robisz? Okazało się, że jednym z jeńców był rodzony ojciec naszego młodego żołnierza".

Świadkami tych zaciętych walk z grudnia 1914 roku pozostają rozsiane w Małopolsce cmentarze wojenne i nieliczne pomniki. Po wieloletnim zaniedbaniu wiele z nich odzyskało choć w części dawny wygląd. Miejmy nadzieję, że uda ocalić się także pozostałe, bowiem stosunek do grobów poległych jest miarą kultury i dojrzałości społeczeństwa.

Piotr Galik

Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności

Więcej na temat:Kraków | Limanowa