Brandt, wybitny polski malarz batalista nigdy nie miał wystawy zakrojonej na tak dużą skalę; jest atrakcyjna dla publiczności i ważna dla muzealników – mówią kuratorki ekspozycji "Józef Brandt 1841–1915" Ewa Micke-Broniarek i dr Agnieszka Bagińska.

Zdjęcie

"Józefa Brandta fascynowały dzieje XVII-wiecznej Polski" /Agnieszka Sniezko /East News
"Józefa Brandta fascynowały dzieje XVII-wiecznej Polski"
/Agnieszka Sniezko /East News

Wystawa będzie czynna w Muzeum Narodowym w Warszawie do 30 września 2018. Towarzyszy jej trzytomowy katalog oraz mniejsza publikacja o charakterze folderu. Wydarzenie odbywa się w ramach projektu "3×Niepodległa w Muzeum Narodowym w Warszawie".

Anna Bernat, PAP: Tak duża wystawa malarstwa Józefa Brandta jest nie tylko wydarzeniem dla miłośników malarstwa, ale też interesującym projektem naukowym. Co nowego o życiu i dziele malarza udało się odkryć, ustalić historykom sztuki i muzealnikom?

Reklama

Ewa Micke-Broniarek: To pierwszy, od śmierci malarza, tak obszerny przegląd twórczości Józefa Brandta, jednego z najwybitniejszych malarzy batalistów drugiej połowy XIX wieku. Przy projekcie tym pracował zespół osób przez blisko cztery lata. Prace nad przygotowaniem ekspozycji malarstwa Józefa Brandta rozpoczęłyśmy wspólnie z Krystyną Znojewską-Prokop, bezpośrednio po zamknięciu wystawy poświęconej Aleksandrowi Gierymskiemu w 2014 r.

Agnieszka Bagińska: Twórczość i biografia Brandta były badane z różnych perspektyw: historii sztuki, historii fotografii, konserwacji. Starałyśmy się też korzystać z wiedzy kolegów specjalizujących się np. w militariach. Twórczość tego malarza skłania bowiem do interdyscyplinarnych badań. Program badawczy był istotny, ponieważ Brandt wcześniej nie doczekał się porządnego opracowania; jego obrazy od lat znajdują się w stałych ekspozycjach muzeów polskich, ale poza kilkoma publikacjami o charakterze popularno-naukowym, nie opracowano dotąd monografii. A bez wątpienia jego dzieło na to zasługuje.

PAP: Konie w galopie, rozpędzone bryki, wyjazdy na polowania i powroty z łowów..., te obrazy Józefa Brandta publiczność podziwia na tej wystawie.

Ewa Micke-Broniarek: Dodałabym jeszcze: Kozaków w stepie, ataki husarii, zwiady, czaty, bitwy, obrazy rodzajowe, jak np. sceny ze słynnych końskich jarmarków w Bałcie. Już w młodości Brandta fascynowały dzieje XVII-wiecznej Polski. Kilkakrotnie wyprawiał się na wschodnie rubieże dawnej Rzeczypospolitej: na Ukrainę i Podole. Podróże te niewątpliwie wywarły wpływ na kształt jego wizji malarskich. Swoimi obrazami tworzył epicką opowieść o przeszłości tych ziem. Większość słynnych obrazów Józefa Brandta prezentujemy na obecnej wystawie w warszawskim Muzeum Narodowym, która wkrótce ze stolicy zostanie przeniesiona do Poznania. Pokazujemy blisko trzysta dzieł Brandta: obrazów olejnych, akwarel i rysunków. A jeśli dodamy do tego fotografie wykorzystywane podczas pracy nad obrazami oraz przedmioty pochodzące z jego kolekcji, eksponowane w części zaaranżowanej na pracownię artysty - to jest prawie czterysta obiektów.

Agnieszka Bagińska: W swej niezwykle oryginalnej pracowni w Monachium artysta zgromadził kolekcję zabytkowych przedmiotów, w tym liczne militaria - stąd zwana była niekiedy zbrojownią - i orientalne kostiumy. Kolekcja ta - warto przypomnieć - zgodnie z wolą artysty została przez jego rodzinę podarowana narodowi polskiemu. Do Muzeum Narodowego w Warszawie trafiła ona w roku 1920. Przy okazji wystawy dzieł Brandta możemy przedstawić szereg faktów związanych z życiem malarza w Monachium i funkcjonowaniem tam jego pracowni - jako miejsca pracy artysty, salonu, w którym prezentował swoje dzieła, przyjmował najwybitniejszych przedstawicieli monachijskiego artystycznego środowiska, oficjalnych gości z zagranicy i kolegów-malarzy.

PAP: Do jakich korekt i odkryć doszło?

Ewa Micke-Broniarek: Udało się zweryfikować wiele faktów z biografii malarza, choćby dotyczących jego nauczycieli, np. to, że był uczniem Juliusza Kossaka już w okresie nauki w Instytucie Szlacheckim w Warszawie, a nie - jak dotychczas uważano - dopiero po przyjeździe do Paryża w 1858 roku. Te fakty z początkowego okresu twórczości Brandta udało się poznać lepiej dzięki temu, że przynajmniej część korespondencji malarza zachowała się w rękach rodziny; są to odpisy listów adresowanych głównie do matki i wuja Stanisława Lessla.

PAP: Podobno niezmiernie ciekawe są odkrycia dotyczące już samych obrazów, ich tytułów i tematów?

Ewa Micke-Broniarek: Wiele dzieł Brandta funkcjonowało w katalogach i recenzjach wystaw, w artykułach pod wieloma rozmaitymi tytułami. W recenzjach zdarzały się nawet tak błędne, kuriozalne sformułowania, jak np. "Spotkanie na morzu", co miało się odnosić do słynnego płótna "Spotkanie na moście", znajdującego się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie. Przy podobieństwie tytułów i tematów obrazów, jak u Brandta: czaty, utarczki, zwiady - pojawiały się wątpliwości odnośnie identyfikacji poszczególnych dzieł. Trzeba było zatem sprawdzić wszystkie tytuły, porównując informacje o wymiarach, technice, przynależności do określonych kolekcji. Było to ważne, ponieważ w trzytomowym katalogu starałyśmy się odtworzyć historię każdego dzieła i jego udział w wystawach.

PAP: To wydaje się bardzo trudne.

Ewa Micke-Broniarek: Trudne, ale pasjonujące, były to prawdziwe dociekania detektywistyczne. W kilku przypadkach dokonałyśmy dość istotnych weryfikacji tytułów. Dotyczy to np. problemu z obrazem "Czarniecki pod Koldyngą". Zapisy pamiętnikarskie z epoki wojen szwedzkich wskazują, że Brandt nie przedstawił tu zdobycia Koldyngi, lecz desant morski wojska z Półwyspu Jutlandzkiego na wyspę Als. To ta sama duńska kampania, ale inne wydarzenie. Twierdza pokazana w tle obrazu, bardzo ekspresyjnie namalowana, współtworząca klimat tego dzieła, tak naprawdę nie odpowiada widokom zamków ani w Sonderborgu, ani w Koldyndze. To chyba raczej wytwór fantazji Brandta. Tytuł obrazu ma już ponad stuletnią tradycję, w tej formie był publikowany również za życia artysty, który też nigdy go nie oprotestował. Dlatego nie zdecydowałyśmy się na zmianę jego brzmienia, chociaż mamy świadomość, że nie odpowiada on treści przedstawionej na obrazie. Wszystkie związane z tym zagadnieniem informacje podajemy w katalogu wystawy.

Agnieszka Bagińska: Podobna historia jest z obrazem "Matka Boska Poczajowska" z 1894 roku, któremu na wystawie i w katalogu przywróciłyśmy pierwotny tytuł "Modlitwa w stepie". Całe zamieszanie z nazwą "Matka Boska Poczajowska" spowodował przyjaciel i uczeń Brandta, malarz Apoloniusz Kędzierski. Przysyłając do muzeum list będący rodzajem ekspertyzy poświadczającej oryginalność dzieła, autorytatywnie stwierdził, że obraz jest związany z wizerunkiem Matki Boskiej Poczajowskiej. Nie jest to prawdą. Wizerunku na obrazie nie da się rozpoznać; ten Poczajów tu jednak nie pasuje.

Ewa Micke-Broniarek: W 1893 roku Brandt namalował "Modlitwę", rok później - "Modlitwę w stepie". To bardzo nastrojowe obrazy: nocą w stepie zatrzymała się grupa wędrowców; wśród nich są mniszki w habitach. Wszyscy modlą się przed wizerunkiem Matki Bożej, ale nie jest to cudowny obraz z Ławry Poczajowskiej. Brandt przedstawił na obu obrazach wydarzenie z jesieni 1672 roku, kiedy Ormianie, opuszczając za zgodą Turków Kamieniec Podolski, potajemnie zabrali ze sobą słynący cudami obraz Matki Bożej. Musieli udać się w głąb terytorium tureckiego, nie dostali bowiem zgody na przejście na ziemie polskie. W modlitwie polecali swój niepewny los opiece Bożej Rodzicielki.

PAP: Akwarele i rysunki to pierwsze prace Brandta. Podobno i tu doszło do nowych ustaleń?

Agnieszka Bagińska: Rysunki były najczęściej szkicami i studiami przygotowawczymi do dzieł malarskich. Miałam ogromną satysfakcję z dopasowywania rysunków do obrazów, co niejednokrotnie pomagało datować całą twórczość Brandta. Jeśli chodzi o prace na papierze, to katalog obejmuje 342 pozycje, ale w tym są szkicowniki liczące po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt stron, a zatem samych rysunków jest dużo więcej. Chcę wspomnieć o bardzo ciekawym albumie, w którym artysta zbierał odrysy wzorów graficznych przede wszystkim z XVII wieku. Służył on malarzowi jako podręcznik przy rysowaniu ważnych postaci historycznych, dawnej broni czy kostiumów. Niestety nie udało się go pozyskać na wystawę.

PAP: Efektownym, można rzec monumentalnym, podsumowaniem badań jest trzytomowy katalog. Czy udało się w nim ująć wszystkie prace malarza?

Ewa Micke-Broniarek: Nigdy nie można powiedzieć, że udało się skatalogować wszystko. Obrazów opisanych w Katalogu jest 326, licząc w tym dzieła o nieznanym nam miejscu przechowywania; o rysunkach już była mowa. Odrębna część publikacji obejmuje obrazy i rysunki znane jedynie na podstawie wzmianek w katalogach wystaw czy artykułach prasowych. Jest ich 353, ale mamy świadomość, że niektóre mogą być tożsame z pracami uwzględnionymi we właściwym katalogu. Brak informacji, zazwyczaj znamy jedynie tytuł, uniemożliwia połączenie tych wzmiankowanych dzieł z konkretnymi pracami Brandta. Jesteśmy przekonane, że istnieją obrazy Brandta, do których nie udało nam się dotrzeć; przede wszystkim w kolekcjach prywatnych w Niemczech, Austrii i Stanach Zjednoczonych, być może także w Polsce. Mam tu na myśli głównie dzieła kupowane przez kolekcjonerów bezpośrednio z pracowni artysty i do dziś pozostające w rękach ich potomków, nigdy nie wystawiane publicznie i nie komentowane w prasie. Właśnie z muzeów i kolekcji prywatnej z Niemiec trafiły na wystawę obrazy nigdy wcześniej nie pokazywane w Polsce, jak np. obraz "Wyjazd na polowanie" z Museum der Bildenden Kuenste w Lipsku czy dwie efektowne akwarele "Polskie furmanki na wiejskiej drodze" i "Przy rogatce" z Preussischer Kulturbesitz w Berlinie. Z kolei płótno "Przejście przez Karpaty" znajdujące się od 1879 roku w Galerii Drezdeńskiej przyjechało do Polski po raz drugi po stu latach, które dzielą nas od czasu jego prezentacji w Muzeum im. Mielżyńskich w Poznaniu. Jest to jeden z najpiękniejszych obrazów Brandta; przedstawia powrót wojska polskiego po bitwie pod Wiedniem, a konkretnie "przejście przez Karpaty" wozów taborowych. Artysta z prawdziwym mistrzostwem namalował krajobraz nasycony rozproszonym jesiennym światłem, spowity delikatną srebrzystoszarą mgłą. W tym wypadku bohaterami obrazu nie są - jak zazwyczaj u Brandta - lisowczycy, lecz rycerze chorągwi pancernej. Warto zwrócić uwagę na ten piękny obraz jeszcze teraz w Warszawie lub potem w Muzeum Narodowym w Poznaniu. (PAP)

Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności