12 września 1683 roku pod Wiedniem dowodzone przez Jana III Sobieskiego sprzymierzone wojska chrześcijańskiej Europy odniosły triumfalne zwycięstwo nad potęga turecką. Do światowej historii przeszła nie tylko sama bitwa, ale też słynna szarża polskiej jazdy na otomańskie pozycje. Sława, jaka stała się udziałem polskiego króla, nie przypadła do gustu austriackiemu cesarzowi Leopoldowi I, który w działaniach wojennych udziału nie brał, a laur zwycięzcy chciał założyć na swe skronie.

Zdjęcie

Sojusznicy czy wrogowie? Obraz Artura Grottgera "Spotkanie Jana III Sobieskiego z cesarzem Leopoldem I pod Schwechat" /Domena publiczna /Wikimedia
Sojusznicy czy wrogowie? Obraz Artura Grottgera "Spotkanie Jana III Sobieskiego z cesarzem Leopoldem I pod Schwechat"
/Domena publiczna /Wikimedia

O napiętej atmosferze między Janem III Sobieskim a Leopoldem I możemy przeczytać w wydanej właśnie książce "Wiedeń 1683. Rok, który zdecydował o losach Europy" austriackiego autora Johannesa Sachslehnera, który szczegółowo opisuje wydarzenia prowadzące do bitwy pod Wiedniem, a także jej konsekwencje.

Poniżej fragment książki:

Reklama

"Wieść o zwycięstwie dociera do cesarza 13 września jeszcze przed świtem, a o brzasku Leopold I wyrusza łodzią z Dürnsteinu do Wiednia. (...) Napawając się triumfem, Jan III Sobieski ani myśli czekać na przybycie cesarza. O dziesiątej rano król wraz ze swym synem Jakubem oraz całym orszakiem wchodzi do kaplicy loretańskiej kościoła Augustianów Bosych, gdzie ojciec Józef od świętego Oswalda odprawia cichą mszę. Po nabożeństwie polski władca intonuje "Te Deum", gromko podjęte przez jego orszak. Na oczach zdumionych cesarskich oficerów podczas śpiewu Polacy raz po raz walą się w piersi i wymierzają sobie nawzajem siarczyste policzki. Następnie polscy bohaterowie, wyraźnie spragnieni po tych "ćwiczeniach duchownych", proszą ojców o wino; gościnni augustianie bosi nie skąpią wybawicielom miasta napitku i zaraz przynoszą go do kaplicy, po czym patrzą z niedowierzaniem, jak każdy z polskich rycerzy wlewa w siebie pół miary, czyli blisko trzy ćwierci litra.

Tymczasem Sobieski w towarzystwie książąt elektorów Bawarii i Saksonii, którzy przybyli już po mszy, zwiedza kościół, po czym pozwala obecnym wiernym ucałować dłoń bohatera. Ernst Rüdiger von Starhemberg [austriacki generał i obrońca Wiednia - przyp. red.], który zrazu niechętnie przystał na prośbę Sobieskiego i pozwolił polskiemu królowi wkroczyć do miasta, zaprasza władcę do swego pałacu na obiad i wkrótce wszelkie niesnaski tracą znaczenie. W uczcie oprócz gospodarza i polskiego króla uczestniczą książę elektor bawarski, książę Anhaltu, królewicz Jakub oraz austriacki marszałek Eneasz Caprara, hetman Stanisław Jabłonowski, marszałek koronny Hieronim Lubomirski i polski podkanclerzy Jan Gniński. Przy stole Sobieski wychwala cesarską armię i dokonania oddziałów bawarskich oraz wzbudza zdumienie, swobodnie rozmawiając z co zacniejszymi tureckimi i tatarskimi jeńcami w ich językach. Po uczcie król wraz z orszakiem zwiedza jeszcze katedrę Świętego Stefana, po czym wraca do swego obozu pod miastem. "Prosty lud", jak z zadowoleniem zauważa Sobieski, z podniesionymi rękoma towarzyszy swym oswobodzicielom aż do bramy Schottentor.

14 września cesarz Leopold I przybywa statkiem do stolicy. Witają go trzy salwy z miejskich dział, a na przystani oczekuje go komitet powitalny: książę lotaryński, książęta elektorzy Bawarii i Saksonii, hrabia Starhemberg oraz rzesza ciekawskich. Leopold nie chce tracić czasu i pragnie jak najszybciej zobaczyć pole bitwy, zakosztować smaku zwycięstwa - nawet jeśli sam nie stanął do walki. Cesarz dosiada zatem przygotowanego wierzchowca, a następnie w asyście książąt i generałów udaje się na inspekcję (...) Po obiedzie Leopold przyjmuje na audiencji przybyłych do Stallburga posłów Jana III Sobieskiego (...) Mimo zwycięstwa nad wielkim wezyrem, głośnych wiwatów i podziękowań składanych przez wiedeńczyków Leopold jest nie w humorze; cesarz nigdy nie zapomni żądnemu sławy polskiemu królowi, że ten jako pierwszy odebrał hołd należny oswobodzicielowi miasta. (...)

Rankiem 15 września cesarz udaje się do kaplicy loretańskiej kościoła Augustianów Bosych, by wysłuchać mszy, po czym wraca do Stallburga, gdzie czekają już na niego podkanclerzy Jan Gniński i grupa polskiej szlachty. Gniński po łacinie przekazuje pozdrowienia swego króla: Jan III Sobieski "z serca życzy Jego Cesarskiej Mości, by po wygnaniu okrutnego wroga w zdrowiu i wszelkiej pomyślności powrócił do swej cesarskiej stolicy". Podkanclerzy przyniósł też podarek dla Leopolda: jedne ze zdobytych przez Polaków buńczuków. W spontanicznej, również wygłoszonej po łacinie odpowiedzi cesarz wychwala zasługi narodu polskiego i wyraża "ogromne pragnienie" sprawienia królowi "jakiej przyjemności", lecz, jak stwierdza, miasto nie jest tymczasem stosownym ku temu miejscem.

Po obiedzie rozpoczyna się inspekcja wojsk: najpierw Leopold spotyka się z księciem elektorem bawarskim Maksymilianem Emanuelem, którego oddziały biwakują przy drodze niedaleko zniszczonego klasztoru. Następnie cesarz i książę wspólnie udają się konno w kierunku St. Marx, gdzie zgodnie z poczynionymi poprzedniego dnia w Stallburgu ustaleniami ma dojść do spotkania z samowolnym sojusznikiem Janem III Sobieskim. Obozujące pod Schwechatem polskie oddziały wybrały miejsce z dala od miasta, nad którym wciąż unosi się odór śmierci. Cesarz zapewne czuje ten wstrętny zapach, lecz chęć uszczknięcia dla siebie choćby cząstki wojennej sławy, która w takiej obfitości przypadła w udziale polskiemu królowi, sprawia, że Leopold nie zważa na tę niedogodność - liczy się tylko to, by cesarza otoczył nimb wielkiego zwycięzcy. Aby uniknąć komplikacji związanych z etykietą, po długiej debacie strony ustaliły, że do spotkania dojdzie w polu na koniach; Sobieski ma prawo zabrać ze sobą syna oraz senatorów i hetmanów.

Leopold, który dosiada rasowego hiszpańskiego gniadosza, ma na sobie kosztownie wyszywaną, sięgającą kolan szatę oraz francuski kapelusz z piórkami - ceglastym i białym; polski król pozdrawia cesarza po łacinie, ten zaś wspaniałomyślnie odpowiada w tym samym języku. Następnie Sobieski przedstawia swojego syna: Jakub zbliża się do Leopolda, kłania się i całuje dłoń cesarza, który świadom swej wyższości w żaden sposób nie reaguje na ten gest - nawet nie dotyka ronda swego kolorowego kapelusza. Na ten widok ojciec młodzieńca dosłownie tężeje z gniewu, a potem odjeżdża, nie prezentując Leopoldowi swych oddziałów ani nie wysłuchując podziękowań cesarza dla polskich wojsk, co z kolei wprawia w zakłopotanie hetmana Jabłonowskiego. Zachowanie cesarza, który nawet o cal nie wykracza poza ramy dworskiego ceremoniału, zostaje przez Polaków uznane za najtrafniejsze podsumowanie rzeczywistej postawy Habsburga wobec polskich sojuszników: najpierw cesarz rozpaczliwie zabiegał o ich zbrojną pomoc, teraz zaś pokazuje im, gdzie ich miejsce...

17 września w polskim obozie pod Schönau, trzy mile od Wiednia, Jan III Sobieski pisze w liście do swej "jedynej i t.d." Marysieńki: "Potem się widzeniu, zaraz tak wszystko się odmieniło, iakoby nas nigdy nie znano".

Zdjęcie

/materiały promocyjne
/materiały promocyjne


Artykuł pochodzi z kategorii: Historia Polski do 1795 r.