Te złoża zawierają - według geologów - ponad 160 tys. ton alabastru. Czy doczekamy się wznowienia wydobycia uchodzącego za egzotyczny, ale dobrze nam znanego surowca, wykorzystywanego nie tak dawno m.in. do ozdabiania budynków publicznych, czy jako materiał rzeźbiarski.

Zdjęcie

Zakład wyrobów z alabastru z okolic Stanisławowa. Lata 30. XX wieku /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Zakład wyrobów z alabastru z okolic Stanisławowa. Lata 30. XX wieku
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego


O tej geologiczno-przemysłowej osobliwości niewielu dziś pamięta. Gdyby nie nazwa klubu sportowego Alabaster Łopuszka Wielka, wojującego w przeworskiej B-klasie pod godłem zawierającym skrzyżowane młotki górnicze, być może całkiem przepadłaby w zapomnieniu. Osobliwością tą była głębinowa kopalnia alabastru.

Alabaster, jak głosi encyklopedia, to minerał, będący drobnoziarnistą odmianą gipsu. Znany już w starożytności, uznawany był za wyśmienity surowiec rzeźbiarski, wykonywano z niego przedmioty dekoracyjne i użytkowe, traktowano jak kamień okładzinowy, wykorzystywano do produkcji sypkiego gipsu.

Reklama

W dawnej Polsce wydobywany był co najmniej od XVI stulecia - główne zasoby zalegały na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej, przede wszystkim na Podolu, nad środkowym Dniestrem. Stamtąd (konkretnie z kamieniołomu w Żurawnie) pochodzą np. płyty, którymi udekorowano klatkę schodową i westybul starego gmachu Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie.

Mnóstwo oryginalnych elementów wystroju wykonanych z tegoż surowca można obejrzeć w krakowskim kościele karmelitów bosych przy ul. Rakowickiej (m.in. ołtarze, ambona, misy na wodę święconą, okładziny filarów nawy głównej). Alabastrowy jest też pomnik Mikołaja Kopernika, zdobiący westybul Polskiej Akademii Umiejętności przy ul. Sławkowskiej.

W dzisiejszych granicach Polski alabaster występuje w trzech miejscach: w Niwnicach na Pogórzu Kaczawskim, w Nawojowie Śląskim (w dolnośląskiej gminie Lubań) - i w Łopuszce Wielkiej koło Kańczugi. To ostatnie złoże ma bodaj najciekawszą przeszłość. Przeszłość, ściśle związaną z jednym z ciekawszych domów szlacheckich Rzeczypospolitej: rodziną Scipio del Campo.

Ród był to zacny i starożytny: ponoć przodkowie dziedziców spod Kańczugi okryli się sławą w czasach rzymskich, kiedy czterech Scipionów, zasłużonych w wojnach poszerzających wpływy cesarskie, otrzymało stosowne do miejsc chwały przydomki - Scipio Africanus Major, Scipio Africanus Minor, Scipio Asiaticus, Scipio Nasica.

Do Polski szlachetni Scipio del Campo przybyli wraz z orszakiem królowej Bony na początku XVI stulecia. Piotr Scipio del Campo pełnił funkcję marszałka dworu monarchini, jego wnuk Aleksander, położywszy wielkie zasługi podczas bitwy pod Kircholmem, otrzymał od Zygmunta III wielkie lenna w Inflantach, bratanek natomiast tego ostatniego, Mikołaj Eustachy, wchodził w skład grona najbardziej zaufanych doradców królewicza Władysława, co miało mu przynieść po wstąpieniu patrona na tron starostwo mereckie.

Wśród Scipio del Campo znaleźć można ponadto m.in. marszałka nadwornego litewskiego (Józef, w XVIII stuleciu), generała Insurekcji Kościuszkowskiej (Karol), kanonika kapituły krakowskiej (Jan, w XIX w.), jednego z pierwszych polskich pilotów (Michał, XX w.).

Piotr, marszałek królowej Bony, dokonał sprytnego manewru: osiedliwszy się na Grodzieńszczyźnie, wchodzącej wonczas w skład Litwy, nie tylko bez problemów "nostryfikował" swe szlachectwo - o co w Koronie było trudniej - ale tym samym, dzięki prerogatywom należnym Wielkiemu Księstwu, uznającemu tytuły arystokratyczne, dał potomkom asumpt do posługiwania się tytułem hrabiowskim.

Włosi z pochodzenia, Polacy z wyboru zachowali gorącą krew przodków z południa, gdyż okazali się nadzwyczaj płodni i na brak potomków nie mogli narzekać. Ród szybko się rozrósł, skoligacił z najpierwszymi domami magnackimi Polski (m.in. Tarnowskimi, Radziwiłłami), mnożył majątki i poszerzał wpływy.

Niestety, nie wszyscy jego przedstawiciele mieli talent do zarządzania latyfundiami - ilustruje to wierszyk Kajetana Koźmiana o treści: "Dwóch Scipionów na równą zasłużyli sławę / Jeden zburzył Kartagę, a drugi Bychawę!", uzupełniony drugą zwrotką przez Leona Łubieńskiego: "A trzeci, nieodrodny swojego nazwiska / Idąc śladem swych ojców - rujnuje Łaziska". Nic więc dziwnego, że z czasem potomkowie rzymskich wodzów obejmowali coraz skromniejsze domeny - takie jak Łopuszka Wielka.

Pierwszym Scipio del Campo, który osiadł w tej wsi, był hrabia Karol, który odkupił majątek od Zdzisława Zakliki gdzieś około 1880 r. Ożeniony z Karoliną Weigt, sprawnie radził sobie z administrowaniem dobrami.

Śladami leśnego przemysłu w Bieszczadach. Potaszarnia w Bukowcu

Jeśli kogoś los zaprowadzi do nieistniejącej wsi Bukowiec, położonej w dolinie górnego Sanu przy granicy polsko-ukraińskiej, z pewnością zwróci uwagę na ogromną żeliwną kadź, ustawioną przy wejściu do niedostępnej dla ruchu samochodowego części Bieszczadzkiego Parku Narodowego. To pamiątka z lat,... czytaj więcej

Małżonkowie dochowali się dwóch synów: przedwcześnie zmarłego Władysława (zabrała go w 1893 r. ospa), założyciela pierwszej w dziejach wsi szkoły ludowej, miłośnika nauki, posiadacza bogatej biblioteki, i Romana. Ten ostatni po śmierci brata został jedynym spadkobiercą majątku.

Hrabia Roman - wraz z żoną, Zofią z Ziembickich - również zapisali się dobrze w historii Łopuszki Wielkiej. Dziedziczka bezinteresownie śpieszyła chłopom z pomocą medyczną, dziedzic zaś (skądinąd zamiłowany malarz) stworzył wiele miejsc pracy i rozwinął w swych dobrach przemysł.

Posag, wzniesiony przez żonę, przeznaczył na budowę młyna parowego, uruchomił ponadto tartak, a przede wszystkim założył kopalnię alabastru, zalegającego w strukturach Działu Pantalowickiego.

Historię kopalni rozpoczął - jak to często bywa - przypadek: miejscowa opowieść głosi, że podczas drążenia studni robotnicy natknęli się na wyjątkowo ładną skałę, której odłamki zanieśli następnie hrabiemu Romanowi. Ten miał skojarzyć wygląd kamieni ze znanym mu surowcem rzeźbiarskim z Volterry; zlecił więc analizę, a gdy wykazała, że to istotnie alabaster, zainicjował wydobycie.

Zdjęcie

Wyroby z alabastru
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Wydobywany w szybie o głębokości mniej więcej 50 metrów, do której górnicy zjeżdżali w pełniącym funkcję windy drewnianym kuble, uczepionym iście studziennego kołowrotu (w ten sam sposób transportowano na powierzchnię urobek), surowiec trafiał do gipsiarni, zlokalizowanej w sąsiedztwie torów wąskotorowej kolejki, łączącej od 1904 r. Przeworsk z Dynowem.

Bryły minerału, wynajdywanego pośród czarnych łupków, mielono, uzyskując różne gatunki dobrze sprzedającego się gipsu. Wysłano go w świat jako produkt firmy "Kopalnie i Fabryka Gipsu dr. R. hr. Scipio w Łopuszce Wielkiej k. Kańczugi".

Po śmierci ojca majątkiem ziemskim i zakładami kierował syn, Andrzej Scipio del Campo, wykształcony rolnik z praktyką w Niemczech.

W okresie okupacji niemieckiej szyb został zasypany, urządzenia zaś wydobywcze oraz służące do przeróbki surowca na gips zniszczone.

Potomek rzymskich wojowników musiał opuścić Łopuszkę w 1945 r., kiedy pozbawiony został praw własności z mocy dekretu o reformie rolnej. Wyjechał wtedy do Krakowa, skąd stosunkowo szybko udało mu się wyemigrować do Francji. Do ojczyzny już nie wrócił, zmarł na obczyźnie.

W rodowych dobrach nowa władza zainstalowała najpierw Gminną Spółdzielnię "Samopomoc Chłopska", a następnie Rolniczą Spółdzielnię Produkcyjną.

Zdjęcie

Obróbka alabastru
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Wznowienie eksploatacji alabastru nastąpiło niedługo po wojnie, kiedy zawodnione wyrobisko osuszano - pod egidą przemysłu terenowego z Jarosławia - przy wykorzystaniu konnego kieratu. Kopalnia miała wtedy dwa szyby: wydobywczy i wentylacyjny.

Po jarosławskim przedsiębiorstwie, zaopatrującym w surowiec do prac sztukatorskich m.in. przedsiębiorstwa konserwacji zabytków, zakładem władała firma Kruszgeo z Rzeszowa (z alabastru wytwarzano wtedy gips chirurgiczny i dentystyczny). Jej rządy zakończył zakaz prowadzenia prac podziemnych, wydany w 1974 r. przez Urząd Górniczy. Urządzenia przetwórcze służyły wtedy do kruszenia diatomitów, przywożonych z Leszczawki oraz Kuźminy.

Ostatnie próby wskrzeszenia kopalni miały miejsce w ostatniej dekadzie PRL i pierwszych latach III RP, gdy nawet powołano w Kańczudze spółkę o nazwie "Alabaster", mającą na celu wznowienie wydobycia. Z wielu powodów jednak skończyło się na chęciach.

Ponoć jednak gra wciąż jest warta świeczki: geolodzy szacują zasoby alabastru z Łopuszki Wielkiej na ponad 160 tys. ton. Twierdzą przy tym, że surowiec - występujący w osobliwych bułach oraz soczewach, osiągających średnicę kilkudziesięciu centymetrów - cechuje wysoka jakość. Bo tak w ogóle wiedzieć trzeba, iż we wsi wydobywano gips w trzech odmianach: białej alabastrowej, szarej drobnokrystalicznej (tego jest najwięcej) i białej włóknistej. Ten alabastrowy uchodzi za jeden z najczystszych w Europie.

Ale cóż? Lata płyną, w Łopuszce Wielkiej nic się nie zmienia. Tyle dobrego, że o tradycjach górniczych przypominają sportowcy, że jednak czynią to wyłącznie w niezbyt odległych wsiach, jakichś specjalnych efektów wciąż brak...

Waldemar Bałda

Artykuł pochodzi z kategorii: II Rzeczpospolita

Więcej na temat:alabaster