Decydujące zmagania wojny polsko-rosyjskiej sprzed stu lat noszą nazwę bitwy warszawskiej. Najbardziej zażarte walki rzeczywiście toczyły się w pobliżu polskiej stolicy, ale decydujące uderzenie rozpoczęło się nad rzeką Wieprz, ponad 100 kilometrów na południowy-wschód od Warszawy.

Zdjęcie

Józef Piłsudski podczas kontruderzenia znad Wieprza /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Józef Piłsudski podczas kontruderzenia znad Wieprza
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Gdy rosyjskie armie próbowały zdobyć Warszawę, do uderzenia na ich południowe skrzydło szykowało się Wojsko Polskie. Do akcji miały ruszyć dwa polskie ugrupowania. 4. Armia skoncentrowana była na zachodnim skrzydle, przy ujściu rzeki Wieprz do Wisły, a jej siły uderzeniowe składały się ze znakomitych formacji: wielkopolskiej 14. DP, pomorskiej 16. DP oraz jeszcze chyba lepszej Dywizji Górskiej (21. DP). Nieco dalej na wschód stała 3. Armia WP, której siły uderzeniowe stanowiły dwie znakomite dywizje legionowe: 1. oraz 3., a wspierać je miała kawaleria: regularna IV Brygada Jazdy oraz Ochotnicza Brygada Jazdy majora Feliksa Jaworskiego, kresowego zabijaki, podobnego do sienkiewiczowskiego Kmicica.

Uderzenie przyspieszono o jeden dzień. Wojska ruszyły do akcji wczesnym rankiem 16 sierpnia, a niektóre pododdziały nawet wcześniej. Przy czołowych dywizjach szybkości i sprawności działań pilnowali dowódcy wyższego szczebla: generał Edward "Śmigły" Rydz przy 1. DPLeg., generał Leonard Skierski przy 16. DP., a przy 14. DP - sam Naczelny Wódz, marszałek Józef Piłsudski, który tak później - w książce "Rok 1920" - opisał pierwsze godziny kontrofensywy znad Wieprza:

Reklama

Cytat

"Dn. 16-go rozpocząłem atak, o ile w ogóle atakiem nazwać to można. Lekki i bardzo łatwy bój prowadziła przy wyjściu tylko 21-sza dywizja, która nie wiadomo po co parę dni temu, uszkodziwszy most, cofnęła się z Kocka, a teraz musiała w bród forsować Wieprz, by Kock znowu odbierać. Inne dywizje szły prawie bez kontaktu z nieprzyjacielem, gdyż nieznacznych potyczek w tym czy innym miejscu z jakiemiś małymi grupkami, które natychmiast po zetknięciu się z nimi rozpraszały się i uciekały, kontaktem nazwać bym się nie ośmielił".

Drugiego dnia kontrofensywy - 17 sierpnia - 1. DPLeg. dotarła do Drohiczyna, a Wielkopolska 14. DP - do Mińska Mazowieckiego, wyzwolonego już zresztą przez 15. Dywizję Piechoty - również "wielkopolską" - atakującą z kierunku Warszawy. Walki o Mińsk Mazowiecki zasługują na uwagę, gdyż były prowadzone z dużym udziałem polskich broni pancernych i lotniczych: piechotę wspierała nie tylko artyleria, ale również trzy pociągi pancerne, kilkanaście czołgów oraz eskadra lotnicza.            

Zdjęcie

Polski samolot bombowy Gotha G. IV z 21 Eskadry Niszczycielskiej, po bombardowaniu pozycji sowieckich, sierpień 1920 Na ogonie szachownica, na dziobie orzeł. /Agencja FORUM
Polski samolot bombowy Gotha G. IV z 21 Eskadry Niszczycielskiej, po bombardowaniu pozycji sowieckich, sierpień 1920 Na ogonie szachownica, na dziobie orzeł.
/Agencja FORUM

Nie wiedzieli o zagrożeniu znad Wieprza

Dopiero wówczas o polskiej kontrofensywie dowiedział się przebywający w Mińsku - ale Mińsku Litewskim, na Białorusi - Michaił Tuchaczewski, dowodzący rosyjskim Frontem Zachodnim. Zaczął nawet wydawać rozkazy, jednak następnego dnia - gdy już dotarły do podległych mu armii - były zupełnie nieaktualne.

Znajdująca się na południowym skrzydle wojsk Michaiła Tuchaczewskiego XVI Armia rozpoczęła ucieczkę spod Warszawy na wschód już 17 sierpnia. Kolejnego dnia samorzutnie dołączyła do niej III Armia, walcząca na północ od Bugo-Narwii. XV Armia wciąż atakowała nad Wkrą, a IV Armia wraz Korpusem Konnym Gaj-Chana plądrowała polskie wsie i miasteczka. Dowódcy tych sił nie wiedzieli o zagrożeniu znad Wieprza.

Zdjęcie

Michail Tuchaczewski /FoKa /Agencja FORUM
Michail Tuchaczewski
/FoKa /Agencja FORUM

Polskie dowództwo działało dużo sprawniej. Rankiem 18 sierpnia Józef Piłsudski wrócił do Warszawy organizować pościg za Rosjanami i zreorganizować również system dowodzenia. Wojska generała Edwarda "Śmigłego" Rydza przybrały nazwę 2. Armii WP i błyskawicznie maszerowały na północ, z Brześcia nad Bugiem do Białegostoku. Miały tam również dotrzeć dwie polskie armie idące z okolic Warszawy: 1. oraz 4. Na północ od nich miała działać 5.  Armia, oczyszczając północne Mazowsze z resztek Armii Czerwonej.

Nie posłuchał rozkazu

Niestety dowodzący 1. Armią WP generał Franciszek Latinik nie posłuchał rozkazu i zamiast iść na Białystok - odcinając w Łomży Rosjanom drogę ucieczki - skręcił na północ, pozwalając wymknąć się wrogowi. Gdy wódz naczelny dowiedział się o niesubordynacji, zastąpił generała Latinika generałem Aleksandrem Osińskim. Ze swoim stanowiskiem pożegnał się również dowodzący Frontem Północnym generał Józef Haller, który nie potrafił dopilnować swojego podwładnego.

Najbardziej na południe wysunięte wojska rosyjskie - XVI Armia - próbowały dotrzeć do Białegostoku przed Polakami. Wyścig wygrała jednak - 22 sierpnia - 1. Dywizja Piechoty Legionów i na wschód udało się przedrzeć jedynie 3500 żołnierzom z 24 działami z XVI Armii.

III Armia rosyjska miała przed sobą dłuższą drogę, ale - dzięki błędowi generała Franciszka Latinika - mniej przeszkód do pokonania. Wymknęła się zatem Polakom, jednak poniosła duże straty marszowe i zdołała wyprowadzić jedynie około 3600 żołnierzy i 24 działa.

Zdjęcie

Franciszek Ksawery Latinik /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Franciszek Ksawery Latinik
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

XV Armia znalazła się chyba w najlepszej sytuacji: 5. Armia generała Władysława Sikorskiego była zajęta innymi sprawami, a 1. Armia generała Franciszka Latinika do pościgu nie przystąpiła. Dowódca XV Armii - August Kork - zdołał skoncentrować swoją armię w okolicach Ciechanowa, a następnie forsownym marszem osiągnął Łomżę 22 sierpnia. Zdołał tu powstrzymać Polaków, przeprawić się przez Narew i wymknąć z pułapki. Dla uratowania artylerii poświecił swoich piechurów: zdołał uratować około 3000 żołnierzy, ale również 44 działa.

Strzelali dopóki ostatni rosyjski kawalerzysta nie opuścił ziem Rzeczypospolitej

Nie zdołała uciec IV Armia oraz Korpus Konny Gaj-Chana. Co prawda wojska te zbyt późno dowiedziały się o konieczności odwrotu, ale 5. Armia WP - zmęczona zmaganiami nad Wkrą - nie była w stanie ich ścigać. Rosjanie ruszyli na północ, i wymknęli się 5. Armii generała Sikorskiego tuż przy granicy z Prusami Wschodnimi. Wówczas jednak - 25 sierpnia, w Kolnie - Rosjanie natknęli się na 4. Armię Wojska Polskiego. "Mamy szable, będziemy rąbać" - powiedział podobno dowódca czerwonej jazdy, ale jego wojsko rąbało dość słabo. Już po pierwszym nieudanym ataku najpierw pojedynczy żołnierze, a potem całe oddziały przeszły przez granicę polsko-niemiecką (walka odbywała się tuż przy niej). Widząc to Gaj-Chan wydał rozkaz nakazujący całemu swojemu korpusowi przekroczenie granicy: polska artyleria i karabiny maszynowe strzelały dopóty, dopóki ostatni rosyjski kawalerzysta nie opuścił ziem Rzeczypospolitej.

Zdjęcie

Gaj-Chan, czyli Gaja Dmitrijewicz Gaj /Wikimedia
Gaj-Chan, czyli Gaja Dmitrijewicz Gaj
/Wikimedia

Wraz ze zniszczeniem Korpusu Konnego dokonał się także los czerwonoarmistów z IV Armii i zakończyła się bitwa warszawska. Straty Armii Czerwonej wyniosły około 25 000 zabitych i rannych. Około 70 000 czerwonoarmistów trafiło do polskiej niewoli, a przez pruską granicę zbiegło około 50 000 Rosjan. Część z nich zdołała po kilku tygodniach - przez Republikę Litewską - powrócić do szeregów Armii Czerwonej, wynikało to jednak raczej z panującego bałaganu niż z decyzji niemieckich polityków.  zdołał dotrzeć do Berlina - jednak nie jako wódz zwycięskiej czerwonej kawalerii, ale jako więzień internowany przez Niemców.

Straty Wojska Polskiego w bitwie warszawskiej oszacowano tuż po niej na 4500 zabitych, 22 000 rannych oraz 10 000 zaginionych. "Zaginieni" to wszyscy ci, których los pozostawał nieznany: także polegli (np. zasypani w wyniku wybuchu), ale przede wszystkim jeńcy oraz dezerterzy. W warunkach 1920 roku - podczas odwrotu i ciężkich walk - trudno było odróżnić dezertera od żołnierza, który nie był w stanie dogonić swojej kompanii z powodu otartych nóg. 10 000 zaginionych latem 1920 roku żołnierzy Wojska Polskiego to przede wszystkim takie właśnie przypadki, można zakładać, że większość z nich po jakimś czasie wróciła do szeregów.

Bitwa warszawska zakończyła się wielkim zwycięstwem Wojska Polskiego. Nie oznaczała jednak końca wojny. Trzeba było jeszcze powstrzymać uderzenie z Ukrainy - na czele którego szła Armia Konna Budionnego i uniemożliwić odbudowę wojsk Michaiła Tuchaczewskiego. Dopiero po zażegnaniu tych niebezpieczeństw można było przystąpić do rozmów pokojowych.

Tymoteusz Pawłowski

***

Materiał powstał w ramach cyklu "Bitwa, która ocaliła Europę", którego partnerem jest PKN Orlen.


Artykuł pochodzi z kategorii: II Rzeczpospolita