Coraz mniejszy nakład książek, coraz większa ingerencja cenzury w ich treść. Upadające życie intelektualne i kulturalne PRL pierwszej połowy lat 60. poeta Antoni Słonimski i sygnatariusze tak zwanego Listu 34 skomentowali zaledwie dwoma, ale jakże zjadliwymi dla władzy zdaniami.

Zdjęcie

Sygnatariusze Listu 34 (od prawej): Stefan Kisielewski, Melchior Wańkowicz, Jan Józef Lipski (zbierał podpisy), Paweł Jasienica i Antoni Słonimski /Danuta Łomaczewska /East News
Sygnatariusze Listu 34 (od prawej): Stefan Kisielewski, Melchior Wańkowicz, Jan Józef Lipski (zbierał podpisy), Paweł Jasienica i Antoni Słonimski
/Danuta Łomaczewska /East News

14 marca 1964 roku w kancelarii premiera Józefa Cyrankiewicza pojawił się wspomniany Słonimski, by wręczyć Prezesowi Rady Ministrów krótki list o następującej treści: "Ograniczenia przydziału papieru na druk książek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuację zagrażającą rozwojowi kultury narodowej. Niżej podpisani, uznając istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postępu, powodowani troską obywatelską, domagają się zmiany polskiej polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez konstytucję państwa polskiego i zgodnych z dobrem narodu".

Zawierający dwa zdania list podpisało 34 przedstawicieli środowisk intelektualnych, m.in. pisarz Jerzy Andrzejewski, historycy Aleksander Gieysztor i Paweł Jasienica, reżyser Stefan Kisielewski, filozofowie Tadeusz Kotarbiński i Władysław Tatarkiewicz, dziennikarz Jerzy Turowicz  czy reportażysta Melchior Wańkowicz.

Reklama

Wielu poproszonych o wsparcie postaci świata nauki i kultury odmówiło jednak sygnowania listu: czy to  ze strachu, czy to nie zgadzając się z jego przesłaniem.

Początkowo list nie wywołał spodziewanej reakcji - władze milczały. Afera wybuchła po tym, jak list opublikowała Wolna Europa, a jego treść podchwyciły media zachodnie. Sygnatariuszom zarzucono zdradę stanu, a Wiesław Gomułka o Liście 34 wyraził się jako o "materiale dla wrogich Polsce ośrodków dywersyjno-propagandowych". Naciski były tak mocne, że dziesięciu intelektualistów, których nazwiska widniały pod listem, wysłało do brytyjskiego "Timesa" notę, w której przekonywali, że List 34 to wewnętrzna sprawa Polski, a Wolna Europa posłużyła się jego treścią w "kampanii oczerniającej nasz kraj".

Do ataku na sygnatariuszy władze zaprzęgły też grupę intelektualistów i naukowców. Grupę liczną, bo liczącą 600 osób, w tym Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Różewicza czy Juliana Przybosia.

5 października 1964 r. Aresztowano Melchiora Wańkowicza, wybitnego pisarza i reportażystę

Melchiora Wańkowicza aresztowano w jego mieszkaniu. Milicjanci przeprowadzili rewizję, rekwirując prywatną korespondencję i... maszynę do pisania. Pisarza osadzono w areszcie w Pałacu Mostowskich w Warszawie gdzie przebywał przez pięć tygodni. Ze względu na podeszły wiek (miał 72 lata) i pozycję... czytaj więcej

Sterowana kontrakcja kolegów była jednak najmniej dotkliwą sankcją dla osób, które podpisały List 34. Represje spadły na każdego z sygnatariuszy - najdotkliwsze na Wańkowicza. Reportażysta został aresztowany i skazany za "oczernianie Polski Ludowej" na karę pozbawienia wolności. Choć Wańkowicz odważnie zgłosił się do odbycia kary, władze jednak nie dopuściły do jej wykonania, mając świadomość absurdalności oskarżeń i wyroku.

Pozostali sygnatariusze znaleźli się pod lupą Służb Bezpieczeństwa - byli podsłuchiwani i inwigilowani. Objęto ich również tak zwanym zapisem cenzorskim (zakaz publikowania w prasie codziennej), cofnięto paszporty czy spowalniano publikację książek.

Działania komunistów doprowadziły do złamania solidarności sygnatariuszy. Historyk literatury profesor Konrad Górski nie tylko cofnął poparcie dla Listu 34, ale też napisał notę do Cyrankiewicza, w której winę za wmanewrowanie w podpisanie listu oskarżył redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" Jerzego Turowicza (w ramach sankcji pismu zmniejszono nakład). 

Jak widać, niewinnie wyglądający, składający się zaledwie z dwóch zdań list musiał zaboleć peerelowskie władze - głównie z tego powodu, że jego treść trafiła do zagranicznych mediów i rzeczywiście "oczerniła" komunistów w oczach świata.

O tym, że tak rzeczywiście było, w "Dziennikach politycznych" potwierdził reprezentant reżimu Mieczysław Rakowski. Ówczesny redaktor naczelny "Polityki" przyznał, że "nawet półślepy i półgłuchy mógł zauważyć, że list wywarł duże wrażenie, i że kierownictwo nie chce iść na wielką drakę. Dlaczego? Przyczyn może być wiele. Albo zrozumieli, w co wątpię, że już nie można ludziom s**ć na głowę, albo też po prostu wiedzą, że nazwiska pod listem mają zbyt duży ciężar gatunkowy, aby można było je gnoić".


AW

        

Artykuł pochodzi z kategorii: Kartka z kalendarza

Więcej na temat:List 34