"Żywy się w ich ręce nie oddam!" - taką obietnicę złożył w czerwcu 1939 roku plutonowy Stefan Karaszewski, rozmawiając podczas pogrzebu córki z bliskimi na temat możliwej wojny z Niemcami. Trzy miesiące później udowodnił, że nie rzuca słów na wiatr.

Zdjęcie

Plutonowy Stefan Karaszewski /materiały prasowe
Plutonowy Stefan Karaszewski
/materiały prasowe

Zdjęcie

Mateusz "Biszop" Biskup "Śladami zapomnianych bohaterów. Tom 3" Wydawnictwo Vesper, 2014
/materiały prasowe

O heroicznej, samotnej walce plutonowego przeciwko niemieckim czołgom opowiada Mateusz "Biszop" Biskup w trzecim tomie cyklu "Śladami zapomnianych bohaterów" Wydawnictwo Vesper, 2014.

Przedstawiamy fragment tej publikacji.

Sam przeciw czołgom

Okolice Moszczenicy niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, 5 września 1939 roku, godzina 14.30

Reklama

Głuchy odgłos czołgowych silników potężniał z każdą sekundą, wprawiając ziemię w coraz wyraźniejsze drżenie. Ze ścian naprędce wykopanego, podłużnego stanowiska ogniowego zaczęły odrywać się grudki ziemi. Plutonowy Stefan Karaszewski otarł czoło zabandażowaną ręką i jeszcze mocniej przywarł do ziemi, ściskając w dłoni karabin mauzera.

Czołg jest tuż-tuż. Już słychać wyraźnie chrzęst gąsienic. No gdzie te cholerne miny???

Eksplozja!

Nareszcie! Plutonowy ostrożnie wychylił się z okopu. Kilkanaście metrów od jego kryjówki stał zasnuty czarnym dymem czołg PzKpfw II. Mina spełniła swoje zadanie - z każdą chwilą dym był coraz gęstszy, pojawiły się też języki ognia.

Górna klapa czołgu odskoczyła z głośnym szczęknięciem i na pancerz wyskoczyła sylwetka w czarnym kombinezonie. Niemiecki pancerniak sięgnął ręką do wnętrza pojazdu i pomógł koledze wydostać się na zewnątrz.

Plutonowy Karaszewski zerwał się na równe nogi i przyłożył karabin do oka.

Strzał, przeładowanie, drugi strzał i dwa ciała stoczyły się po pancerzu na ziemię. Trzeci członek załogi nie wyszedł z czołgu. Może wolał śmierć w płomieniach niż tę od nieuchronnej kuli. A może po prostu już nie żył.

Stefan Karaszewski urodził się w kwietniu 1915 roku w Harbinie w Chinach, gdzie jego ojciec Stanisław, były żołnierz carskiej armii, pracował przy linii kolejowej łączącej Syberię z Władywostokiem.

Wykorzystując słabość południowo-wschodniego sąsiada, władze rosyjskie pod koniec XIX wieku wymusiły na Chinach zgodę na przeprowadzenie linii kolejowej przebiegającej przez chińskie terytorium, znacznie skracając w ten sposób jej długość.

W mieście przebywało wówczas kilkanaście tysięcy Polaków, głównie zatrudnionych przy budowie i utrzymaniu wspomnianej linii. Istniały polskie organizacje społeczne, ukazywały się polskie gazety, istniały kluby sportowe i inne stowarzyszenia. Ba, w 1915 roku powstało nawet polskie gimnazjum imienia Henryka Sienkiewicza (istniało do 1949 roku).

Kiedy Polska odzyskała niepodległość, Stefan wraz z rodzicami oraz przybraną siostrą Zosią (Stanisław i Anna Karaszewscy adoptowali w Harbinie osieroconą polską dziewczynkę) przyjechali do Tomaszowa Mazowieckiego, miasta, z którego Stanisław pochodził.

Niedługo po powrocie do Polski ojciec ciężko zachorował i rodzina popadła w biedę. By ratować rodzinny budżet, zaraz po ukończeniu szkoły Stefan rozpoczął pracę w fabryce włókienniczej. Od dziecka interesował się jednak wojskiem. Wstąpił do Związku Strzeleckiego "Strzelec" i odbył szereg kursów i szkoleń. W tym samym czasie ożenił się i kilka miesięcy później przyszła na świat jego córka Alicja.

Po powołaniu do wojska trafił do 85. Pułku Strzelców Wileńskich, do kompanii karabinów maszynowych. Jego służba miała się skończyć 10 września 1939 roku. Miał już nawet wykupiony bilet z Wilna do Tomaszowa Mazowieckiego. Pod koniec sierpnia 85. Pułk Strzelców Wileńskich został włączony w skład 19. Dywizji Piechoty, a ta z kolei stała się częścią odwodowej Armii "Prusy" generała Stefana Dęba-Biernackiego. Żołnierzy przewieziono koleją z Wilna do Łowicza, a stamtąd na piechotę przeszli w okolice Piotrkowa Trybunalskiego. Pułk zajął pozycje między Moszczenicą a Piotrkowem, osłaniając fragment linii kolejowej (Kolej Warszawsko-Wiedeńska) o ogromnym znaczeniu strategicznym. Spodziewając się uderzenia od zachodu, Polacy zaminowali pola i drogi.

Zdjęcie

Niemieckie czołgi na terenie Polski, kampania wrześniowa, 1939 /Agencja FORUM
Niemieckie czołgi na terenie Polski, kampania wrześniowa, 1939
/Agencja FORUM

4 września Niemcy przerwali front pod Piotrkowem. Około południa następnego dnia od strony szosy łączącej Piotrków z Łodzią usłyszano huk czołgowych silników. Do polskich pozycji zbliżało się kilkadziesiąt czołgów z 1. Dywizji Pancernej XVI Korpusu 10. Armii generała Waltera von Reichenau. Wobec groźby okrążenia, dowódca wileńskiego pułku podpułkownik Jan Kruk-Śmigla podjął decyzję o wycofaniu się. Żołnierze posłuchali go. Wszyscy z wyjątkiem jednego.

Chcąc umożliwić bezpieczne wycofanie się towarzyszy, plutonowy Stefan Karaszewski zajął stanowisko ogniowe położone na łące kilkadziesiąt metrów od toru kolejowego, na północ od wsi Kosów. Stanowisko miało kształt podłużnego wykopu i uzbrojone było w ciężki karabin maszynowy wz. 30 oraz duży zapas granatów w żelaznej skrzynce. Plutonowy Karaszewski dodatkowo wziął ze sobą kilka mauzerów.

Teren tuż przed stanowiskiem nieco się unosi. Nacierający z zachodu Niemcy nie widzą gniazda karabinu maszynowego ani ukrytego polskiego żołnierza. Zobaczą go dopiero w ostatniej chwili, kiedy już będzie za późno. Poza tym - nie wiedzą, że są na polu minowym.

Ogółem nadjeżdża około sześćdziesięciu czołgów.

Przyczajony w okopie plutonowy Stefan Karaszewski wsłuchuje się w coraz głośniejszy ryk czołgowych silników i czeka, aż któryś z pojazdów wyleci na minie; w ciągu kilku ostatnich dni wraz z kolegami rozmieścili ich około tysiąca.

Bliska eksplozja uderza w uszy. Plutonowy zrywa się na nogi i z mauzera likwiduje dwóch członków załogi ewakuujących się z płonącego czołgu. Zza niewielkiego pagórka wychylają się już sylwetki dalszych maszyn. Stefan dopada do ciężkiego karabinu maszynowego. Kolejna eksplozja zatrzymuje nacierający czołg. Załoga ucieka przez włazy, po pancerzu bębnią pociski z polskiego CKM-u. Trzy ciała upadają w trawę koło czołgu. Nie przerywając serii, Karaszewski przenosi ogień na nadjeżdżający motocykl z przyczepą. Jego załoga ginie. Nadjeżdżają kolejne czołgi. Jakimś cudem udaje im się uniknąć min. Kiedy są w odległości kilkunastu metrów od polskiego stanowiska, Karaszewski chwyta granaty, kolejno wyrywa zawleczki i ciska. Celnie. Dalsze maszyny stają w ogniu, a ich załogi przed śmiertelnym dylematem - upiec się żywcem, czy też zginąć od kuli?

Niemcy zatrzymują się. Pociski z działek kalibru 20 mm oraz karabinów maszynowych zamontowanych na czołgach PzKpfw I i PzKpfw II sieką ziemię wokół polskiego stanowiska. Karaszewski pada na dno okopu i czołga się na jego koniec. Wychyla się i rzuca kolejne granaty. Z mauzera likwiduje kolejnego Niemca. Potem znowu pada na dno wykopu i czołga się w stronę karabinu maszynowego, który na szczęście nie ucierpiał od niemieckiego ostrzału. Jego serie skutecznie szachują Niemców, a nieliczna piechota wspierająca czołgi chowa się za maszynami. W kierunku niemieckich czołgów lecą kolejne granaty. Maszyny stojące w promieniu dwudziestu metrów od polskiego stanowiska płoną.

Nec Hercules contra plures... Kolejne czołgi objeżdżają polskie stanowisko w bezpiecznej odległości, a piechota wchodzi do wsi Kosów. Kryjąc się za zabudowaniami, okrążają Stefana Karaszewskiego od południa. Ten nie ma już nabojów do CKM-u - ze śmiercionośnej maszyny zwisa tylko bezużyteczna parciana taśma. Ma kilka nabojów do mauzera i kilka ostatnich granatów. Strzela w kierunku zbliżających się Niemców i ciska pozostałe granaty. Oprócz ostatniego.

Wyrywa z niego zawleczkę, ale zamiast rzucić go w kierunku Niemców, przykłada go sobie do gardła. Eksplozja granatu rozerwała plutonowemu Karaszewskiemu gardło i dolną część twarzy.

Niemcy przez długi czas bali się zbliżyć do polskiego stanowiska. Kiedy w końcu podeszli, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Byli przekonani, że opór stawia im przynajmniej kilku żołnierzy, tymczasem na dnie płytkiego okopu leżał tylko jeden człowiek.

W czerwcu 1939 roku zmarła córka Karaszewskiego, Alicja. Podczas jej pogrzebu, rozmawiając z bliskimi na temat możliwej wojny z Niemcami, powiedział: "Żywy się w ich ręce nie oddam!". Trzy miesiące później udowodnił, że nie rzuca słów na wiatr.

Podczas dwugodzinnej walki plutonowy Stefan Karaszewski zdołał całkowicie zniszczyć sześć hitlerowskich maszyn, a kilka kolejnych uszkodzić. Osłaniany heroiczną walką Stefana Karaszewskiego 85. Pułk Strzelców Wileńskich zdołał wycofać się na wschód.

Zdjęcie

Glaz upamietniajacy walkę Stefana Karaszewskiego. Fot. Tomasz Defiński /materiały prasowe
Glaz upamietniajacy walkę Stefana Karaszewskiego. Fot. Tomasz Defiński
/materiały prasowe

Mieszkańcy Moszczenicy pochowali bohaterskiego żołnierza w miejscu jego śmierci, na łące w pobliżu toru kolejowego. Kiedy w październiku spadły ulewne deszcze i zalały łąkę razem z grobem, odkopano jego ciało i gruntownie przeszukano zwłoki (podczas pierwszego pogrzebu w pośpiechu zapomniano o tym). W kieszeniach munduru znaleziono legitymację ze zdjęciem, książeczkę wojskową z wpisem o awansie na plutonowego (walczył w mundurze z dystynkcjami kaprala, nie zdążył przypiąć dodatkowej belki na pagonach) oraz przekaz pieniężny z adresem jego matki w Tomaszowie Mazowieckim, co umożliwiło powiadomienie rodziny.

Pogrzeb bohaterskiego plutonowego w Moszczenicy stał się patriotyczną demonstracją i zgromadził około tysiąca osób.

Honory oddali mu nawet stacjonujący w miejscowości oficerowie niemieccy.

Z czasem rodzina ekshumowała ciało i pochowała na cmentarzu w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie spoczywa do dzisiaj.

O samotnej walce polskiego żołnierza z niemieckimi czołgami nadal pamiętają mieszkańcy Moszczenicy i okolic. W 1976 roku w miejscu, gdzie znajdowało się jego stanowisko, położono głaz, na którym miejscowy kamieniarz wykuł stosowny napis. Widnieje na nim także siedem trójkątów symbolizujących czołgi zniszczone przez Stefana Karaszewskiego oraz kółko - symbol zniszczonego motocykla.

Liczba czołgów likwidowanych przez plutonowego jest trudna do ustalenia. W większości źródeł przyjmuje się, że zniszczył on całkowicie sześć maszyn, a kilka innych uszkodził w różnym stopniu.

Głazem opiekują się harcerze z 86. Piotrkowskiej Drużyny Harcerskiej "Knieja" imienia Stefana Karaszewskiego, a jego imię nosiła także istniejąca do niedawna szkoła w Kosowie.

We wrześniu 2010 roku prezydent Bronisław Komorowski odznaczył pośmiertnie plutonowego Stefana Karaszewskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.


Artykuł pochodzi z kategorii: Książka do historii

Więcej na temat:Stefan Karaszewski