17 września 1939 roku na zmagającą się z niemiecką ofensywą Polskę spadł cios z tyłu. Armia Czerwona przekroczyła granicę II Rzeczpospolitej, realizując postanowienia paktu zawartego przez Joachima von Ribbentropa i Wiaczesława Mołotowa. Terytorium pokonanej Polski zostało podzielone między agresorów. Jednak oparte na chwiejnych fundamentach porozumienie dwóch totalitaryzmów było tymczasowe. Niemcy i Sowieci mieli bowiem świadomość nieuchronności konfliktu. Czy zatem Armia Czerwona już jesienią 1939 roku mogła uderzyć na Niemcy?

Zdjęcie

Sowiecki dyktator Józef Stalin miał świadomość nieuchronnej wojny z nazistowskimi Niemcami /AFP
Sowiecki dyktator Józef Stalin miał świadomość nieuchronnej wojny z nazistowskimi Niemcami
/AFP

Tezę o ewentualnej sowieckiej ofensywie na Niemcy już w 1939 roku swego czasu przedstawił zmarły w 2002 roku profesor Paweł Wieczorkiewicz. Według historyka, Józef Stalin wyczekiwał jedynie na potencjalny atak Francji i Wielkiej Brytanii na zachodzie Niemiec, do czego alianci zobowiązali się wobec zaatakowanej Polski. Wtedy zaangażowany na dwóch frontach Wehrmacht byłby przeciwnikiem w zasięgu Armii Czerwonej. Jak jednak wiemy, Francuzi i Brytyjczycy nie wypełnili swych zobowiązań wobec Polski i nie otworzyli drugiego frontu.

"Stalin mając dzięki siatkom wywiadu znakomitą orientację w planach Adolfa Hitlera i wiedząc, że początkowo przewidywał on podjęcie ofensywy na Zachodzie niemal bezpośrednio po zakończeniu kampanii w Polsce jesienią 1939 roku, brał pod uwagę możliwość podjęcia ataku na nowo pozyskanego sojusznika, oczywiście po spełnieniu kardynalnego warunku - związania większości sił Wehrmachtu we Francji i niekorzystnego dla Niemców biegu wypadków na froncie" - twierdził Wieczorkiewicz. Dalej historyk argumentował, że z powodu "dziwnej wojny" na Zachodzie - czyli praktycznie braku działań militarnych i tym samym znikome zaangażowanie Wehrmachtu na francuskiej granicy - Stalin zdecydował się na kompromisowe rozstrzygnięcie, które dawał mu pakt z Hitlerem, "rozwiązujący problem Finlandii, stopniową absorpcję republik nadbałtyckich i czystkę etniczną na okupowanych i nieprawnie inkorporowanych polskich terytoriach".

Reklama

Czy Stalin rzeczywiście rozważał w 1939 roku atak na sojusznicze wówczas Niemcy? Roztrząsając to zagadnienie wkraczamy na grząski obszar tak zwanej historii alternatywnej. Wiele jednak wskazuje, że w przypadku ataku francusko-brytyjskiego na Niemcy, dywizje Armii Czerwonej raczej nie zatrzymałyby się na linii demarkacyjnej, ustalonej w trakcie dopinania szczegółów paktu Ribbentrop-Mołotow.

Nieunikniona wojna

Czy wojna Niemiec i Rosji Sowieckiej rzeczywiście była nieunikniona? Historycy nie mają co do tego wątpliwości, a niemiecko-sowiecki pakt z 24 sierpnia 1939 roku był jedynie wyrazem politycznej potrzeby chwili. "Obaj partnerzy [Niemcy i Sowiety - przyp. red.] podpisujący pakt na Kremlu traktowali go jako rozwiązanie doraźne. Obaj mieli cele o wiele bardziej ambitne niż rozbiór Polski czy podporządkowanie republik nadbałtyckich. Były to cele sprzeczne, dlatego wojna pomiędzy III Rzeszą i Związkiem Radzieckim była nieunikniona" - pisał profesor Andrzej Garlicki.

W podobnym tonie należy odczytać ujawniony w 2019 roku przez ministerstwo obrony Rosji zestaw dokumentów archiwalnych z czasów drugiej wojny światowej. W służbowej notatce szefa Sztabu Generalnego Armii Czerwonej Borisa Szaposznikowa do ludowego komisarza obrony Związku Sowieckiego Klimenta Woroszyłowa z wiosny 1938 roku oceniono, że "najbardziej prawdopodobnym przeciwnikiem" i największym zagrożeniem militarnym dla Sowietów są zarówno sąsiednia Polska, jak i Niemcy.

Rok później sytuacja wyglądała podobnie. Latem 1939 roku Niemcy i Sowiety były dla siebie "planem B" czy też "opcją rezerwową". Przypomnijmy, że Hitler pierwotnie planował zaatakować Francję, wcześniej gwarantując sobie sojuszem z Polską spokój na granicy wschodniej. Po zdobyciu Paryża, ostrze niemieckiego blitzkriegu miało zwrócić się na Wschód. Jednak nie na Polskę, pełniącą w takim wypadku rolę wasala albo sojusznika, ale na Sowiety. Gdy ten scenariusz nie wypalił, a Warszawa dała się wciągnąć w układy z Paryżem i Londynem, Hitler po prostu porozumiał się ze Stalinem.

Zdjęcie

Józef Stalin i Joachim von Ribbentrop. Przesądzający los Polski uścisk ręki z dnia 23 sierpnia 1939 roku /ARCHIVE /AFP
Józef Stalin i Joachim von Ribbentrop. Przesądzający los Polski uścisk ręki z dnia 23 sierpnia 1939 roku
/ARCHIVE /AFP

Wyczekiwać na odpowiedni moment

W podobnej sytuacji odrzucenia znalazł się Związek Sowiecki. Kreml wysyłał sygnały do Londynu i Paryża, że chętnie zwiąże się sojuszem z aliantami i jest gotów zaatakować Niemcy, śmiertelnego wroga komunizmu. Stalin potrzebował jedynie zgody na przemarsz Armii Czerwonej przez Polskę. Warszawa oczywiście nie mogła wyrazić na to zgody, a Zachód nie pokładał w niestabilnych Sowietach, gdzie w 1938 roku Stalin dokonał potwornej czystek w kierownictwie politycznym i wojskowym, większych nadziei. Odrzucony wożd' skierował swój wzrok na fuhrera. Spojrzenie to zostało odwzajemnione.

Nie zmienia to faktu, że w 1939 roku Stalin nie wykluczał wojny z Niemcami. Jak twierdzą tak uznani historycy drugiej wojny światowej, jak Norman Davies czy Roger Moorhouse, 19 sierpnia miało miejsce spotkanie sowieckiego Politbiura. W jego trakcie Stalin ocenił, że pokój w Europie jest krytycznie zagrożony. Zdaniem dyktatora, antyniemiecki sojusz Sowietów z Wielką Brytanią zmusiłby Hitlera do zweryfikowania planów ataku na Polskę i ewentualnego szukania porozumienia z aliantami zachodnimi. To - według Stalina - byłoby niekorzystne i niebezpieczne dla interesów Związku Sowieckiego. Dlatego tymczasowy sojusz z Berlinem był intratniejszy dla Moskwy, ponieważ jego konsekwencje miały doprowadzić do zachwiania porządku w Europie. A to byłaby szansa dla Sowietów, które powinny jedynie wyczekiwać na odpowiedni moment do włączenia się w działania wojenne - perorował Stalin.

Można sobie wyobrazić, że dla sowieckiego dyktatora takim momentem byłaby aliancka ofensywa na Zachodzie jesienią 1939 roku i związane z nią uszczuplenie sił niemieckich na Wschodzie. Stalin oczami wyobraźni widział pewnie powtórkę z pierwszej wojny światowej, czyli walkę Niemiec na dwóch frontach. Dodatkowo, po wrześniowym blitzkriegu problem ewentualnego polskiego przeciwdziałania praktycznie nie istniałby, bowiem polska armia zostałaby rozbita w pył przez Wehrmacht.

Kaganek rewolucji

Tutaj przechodzimy do bardziej dalekosiężnych planów Stalina, niż li tylko zajęcie "szlacheckiej i pańskiej Polski". Celem istnienia Sowietów było przecież rozpętanie światowej rewolucji, zagłada kapitalistycznego świata i zainstalowanie na globie ustroju komunistycznego. W jaki sposób to uczynić, nauczał Włodzimierz Lenin, zalecając "wykorzystanie przeciwieństwa i sprzeczności między dwoma imperializmami, między dwiema grupami państw kapitalistycznych, skłócając je wzajemnie". "Trzeba umieć rozstawić swe siły w ten sposób, żeby wrogowie ci pobili się między sobą" - przekonywał.

Natomiast Stalin dodawał, że należy "pozwolić wszystkim uczestnikom wojny, aby głęboko ugrzęźli w odmęcie wojny, skrytym zachęcaniu ich do tego, pozwoleniu im, aby się wzajemnie osłabili i wyczerpali a potem wkroczeniu na widownię ze świeżymi siłami i podyktowaniu swoich warunków osłabionym uczestnikom wojny".

"Nie mamy nic przeciwko temu, by [alianci i Niemcy przyp. red.] pobiły się porządnie i osłabiły wzajemnie. Dobrze byłoby, aby rękoma Niemiec została zachwiana dominacja bogatszych państw kapitalistycznych, a zwłaszcza Anglii" - to znowuż słowa Stalina skierowane do sekretarza generalnego Kominternu Bułgara Georgieja Dimitrowa. Jak widać, plan dyktatora był prosty. Polska miała być jedynie etapem w jego realizacji, a jej "zniszczenie oznacza istnienie jednego burżuazyjnego państwa faszystowskiego mniej". "Cóż złego w tym, gdybyśmy w wyniku pogromu Polski rozszerzyli system socjalistyczny na nowe terytoria i nową ludność?" - pytał nie oczekując odpowiedzi. Czy czołgi czerwonej rewolucji zatrzymałyby się zatem pod Warszawą, gdyby miały otwartą drogę na Berlin? Wielce wątpliwe.


Zdjęcie

Dobra mina do złej gry. Komisarz ludowy Wiaczesław Mołotow (drugi z lewej) w czasie rozmowy z ministrem spraw zagranicznych Rzeszy Joachimem von Ribbentropem (z prawej). Zdjęcie z 1940 roku /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Dobra mina do złej gry. Komisarz ludowy Wiaczesław Mołotow (drugi z lewej) w czasie rozmowy z ministrem spraw zagranicznych Rzeszy Joachimem von Ribbentropem (z prawej). Zdjęcie z 1940 roku
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Dwa i pół miliona czerwonoarmistów

Jeżeli już jesteśmy przy sowieckich czołgach... 17 września 1939 roku pierwszy rzut Armii Czerwonej zalewającej polskie Kresy dysponował blisko pięcioma tysiącami czołgów, ponad trzema tysiącami samolotów i około 620 tysiącami żołnierzy. Już te siły liczyły dwa razy więcej czołgów, niż mogli wystawić Niemcy, oraz dwa razy więcej samolotów niż Luftwaffe. Pomimo znikomego przeciwdziałania ze strony polskiej, Stalin przez cały okres kampanii wzmacniał sowieckie siły na froncie "białoruskim" i "ukraińskim". W efekcie, pod koniec kampanii polskiej, Armia Czerwona liczyła prawie dwa i pół miliona żołnierzy! W jakim celu Polskę dosłownie zarzucono uszankami i zadeptano walonkami? A może to nie chodziło wyłącznie o Polskę? 

Jak twierdzą historycy, Sowieci już w 1939 roku mieli bombowce, których zasięg pozwalał na zbombardowanie Berlina oraz zrzucenie spadochroniarzy za linie wroga. Sowieckie czołgi BT-7 czy T-26, młodsi i słabsi "bracia" słynnego T-34, mogły stanowić zagrożenie dla osłabionych Niemców, zwłaszcza jeśli rzuciłoby się je do ofensywy w dużej masie.

Wreszcie wywiad sowiecki przygotował nie tylko słowniki polsko-rosyjskie czy czesko-rosyjskie, ale też i wersję niemiecką. Z pewnością nie czyniono tego, by tylko dociążyć półki resortowej biblioteki dla szpionów. Rosyjski pisarz i publicysta historyczny Mark Sołonin zwraca uwagę na ciekawą sprawę. Sowieci, którzy jego zdaniem w latach 1939-1941 prowadzili zamaskowaną politykę prowojenną, planowali rozpętać wojnę z Niemcami za pomocą prowokacji, jak to miało miejsce na przykład w Finlandii. Sołonin twierdzi, że zastanawiano się nawet nad zbombardowaniem własnych miast, a winę miano zrzucić na Luftwaffe. Groźbę niemieckich nalotów skutecznie zasiał w głowach Rosjan propagandowy film "Jeżeli jutro nadejdzie wojna", nakręcony - uwaga - jeszcze w 1938 roku.

"Wylewanie kubłów pomyj"

O tym, jak mocno sowiecka propaganda wpłynęła na sposób myślenia obywateli Związku Sowieckiego, najlepiej wiedział Stalin. Znamienna scena miała miejsce 24 sierpnia 1939 roku, w dniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Rozentuzjazmowany zawarciem porozumienia z Sowietami, niemiecki minister został szybko sprowadzony na ziemię przez dyktatora. "Nie uważa pan, że powinniśmy poświęcić więcej uwagi opinii publicznej w obu naszych krajach? Przez wiele lat wylewaliśmy na nasze głowy kubły pomyj, a nasi chłopcy od propagandy przechodzili samych siebie. Teraz nagle mamy przekonać naszych obywateli, że wszystko zostało przebaczone i zapomniane? Rzeczy nie dzieją się tak od razu" - powiedział Stalin, mający doskonałą świadomość silnych antyniemieckich nastrojów panujących w kraju.

Zresztą nie chodziło jedynie o "wylewanie kubłów pomyj". Dyktator osobiście stał przecież za masowymi represjami, które spadały na mniejszość niemiecką mieszkającą w Związku Sowieckim. Ostre sprzeciwy Berlina wobec drastycznego traktowania rodaków były przez Kreml ignorowane.  

O tym, że sowieccy obywatele nie przestawili się "tak od razu" na braterską miłość do Niemiec, raportowali enkawudziści. Nie tylko "towarzysze" byli zdziwieni sojuszem z do niedawna śmiertelnym wrogiem. "O pakcie nie można było rozmawiać podczas spotkań partyjnych. Wyjaśnienie powodów zawarcia paktu w zwyczajnym gazetowym języku byłoby lekceważące dla czytelników, poza tym nikt by nam nie uwierzył. Było nam ciężko, jako komunistom i antyfaszystom (...). Nam samym trudno było zrozumieć paradoks sytuacji. Niemożliwym byłoby wyjaśnić to ludziom na ulicach" - wspominał Nikita Chruszczow.

Zdjęcie

Karykatura autorstwa Artura Szyka ukazująca Adolfa Hitlera i Józefa Stalina atakujących żołnierza polskiego. Niecałe dwa lata później dyktatorzy rzucili się z nożami na siebie /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Karykatura autorstwa Artura Szyka ukazująca Adolfa Hitlera i Józefa Stalina atakujących żołnierza polskiego. Niecałe dwa lata później dyktatorzy rzucili się z nożami na siebie
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

"Maszerujmy na podłych Niemców!"

8 września 1939 roku w moskiewskim Parku Gorkiego miał miejsce poglądowy wykład na temat agresji Niemiec na Polskę. Propagandowa przemowa miała również przygotować grunt pod przyszły atak Armii Czerwonej. Gdy przemawiający zapytał zgromadzonych, czy są gotowi przyglądać się bezczynnie cierpieniu ukraińskich i białoruskich proletariuszy, gnębionych przez polskich panów, tłum odpowiedział okrzykami... "Maszerujmy na podłych Niemców!".  

Enkawudziści niestrudzenie badali nastroje zdezorientowanego społeczeństwa. 19 września 1939 roku wszechwładny komisarz ludowy spraw wewnętrznych Ławrientij Beria otrzymał raport o entuzjastycznym nastawieniu do wojny. Nie tylko robotnicy, ale też chłopi i studenci garnęli się pod sztandary, by walczyć. Problem w tym, że większość z nich nie wiedziała, kto jest wrogiem. A przecież od lat wbijano im do głowy, że są nimi Niemcy. To właśnie z nimi chciano walczyć w Polsce. "Musieliśmy to zrobić [zaatakować Polskę - przyp. red.], bo gdyby Niemcy zamierzali nas zaatakować, to lepiej uderzyć na nich na terenie Polski, a nie w naszych granicach" - brzmiał fragment listu jednego z czerwonoarmistów. Natomiast jeden z sowieckich oficerów był przekonany, że 17 września idą walczyć z Wehrmachtem. "Moi koledzy również byli przekonani, że rozpoczęliśmy wojnę z Niemcami" - wspominał.

W 1939 roku do sowieckiej wojny z Niemcami nie doszło. Plan Stalina jednak się wypełniał. Osłabione walką na kilku frontach Niemcy w końcu musiały ulec rosyjskim przestrzeniom i pogodzie oraz niewyczerpanym zasobom Armii Czerwonej. Stało się to jednak pięć lat później. 

Artur Wróblewski

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska walcząca