W trakcie II wojny światowej Henryk Sławik pomógł ocalić przed zagładą około 30 tysięcy polskich uchodźców, w tym pięć tysięcy Żydów. Za swoją działalność zapłacił najwyższą cenę – 70 lat temu w obozie w Mauthausen został powieszony. Mimo wielkich zasług, w powojennej rzeczywistości jego postać została w Polsce przemilczana.

Zdjęcie

H. Sławik (w środku) i J. Antall (z lewej), źródło: Archiwum G. Łubczyka /INTERIA.PL
H. Sławik (w środku) i J. Antall (z lewej), źródło: Archiwum G. Łubczyka
/INTERIA.PL

Kiedy wybuchła wojna, Niemcy mieli gotową listę kandydatów do aresztowania. Znalazł się na niej Sławik, dlatego wysłał żonę z córką do Warszawy, a sam przedostał się na Węgry. Po 17 września 1939 r. Węgrzy otworzyli dla polskich uchodźców swoje granice. Z okupowanego kraju uciekło wówczas ok. 120-150 tys. Polaków.

József Antall, przedstawiciel węgierskiego rządu, odpowiedzialny za organizację pomocy dla uchodźców, po raz pierwszy spotkał Sławika pod Miszkolcem. Postawa Polaka mu zaimponowała. "Nie potrzebujemy litości. Trzeba organizować warunki do pracy, kursy i szkoły dla dzieci i młodzieży" - dowodził Sławik. Antall zaproponował mu współpracę i zabrał do Budapesztu.

Reklama

Sławik na Węgrzech działał na wielu frontach. Szukającym bezpiecznego schronienia uchodźcom, zapewniał dach nad głową na prowincji, wojskowych pomagał przerzucać na Zachód, gdzie dołączali do polskiej armii. Tysiącom Żydów i Polaków załatwiał fałszywe dokumenty, potwierdzające aryjską tożsamość.

Oczkiem w głowie pochodzącego ze Śląska społecznika były jednak dzieci. Dzięki jego staraniom najmłodsze ofiary wojny kontynuowały na Węgrzech edukację. Majstersztykiem w wykonaniu Sławika było założenie Domu Sierot Polskich Oficerów. Nazwą ośrodka wyprowadził nazistów w pole, ale na tym nie poprzestał. Żydowskim sierotom, niekiedy wyrzucanym z pociągów jadących do obozów koncentracyjnych, organizował metryki chrztu, a dzieci regularnie chodziły na niedzielną mszę, ostentacyjnie maszerując przez centrum miejscowości.

Zdjęcie

Zdjęcie ze słynnego sierocińca dzieci żydowskich w Vacu. Źródło: archiwum G. Łubczyka /INTERIA.PL
Zdjęcie ze słynnego sierocińca dzieci żydowskich w Vacu. Źródło: archiwum G. Łubczyka
/INTERIA.PL

Czujność Niemców do reszty uśpiła wizyta nuncjusza apostolskiego, Angello Rotty. Dzięki zabiegom Sławika, po wkroczeniu wojsk II Rzeszy na Węgry ani jedna z sierot nie wpadła w ręce NIemców, ani węgierskich faszystów. "Dla nas Sławik był posłańcem bożym. Z całej rodziny tylko ja przeżyłam wojnę" - wspominała po latach Cipora Lewawi, jedna z ocalonych przez niego osób.

W lipcu 1944 roku Sławika aresztowano. Bity i torturowany przez gestapowców nie zdradził na przesłuchaniu Antalla, swojego wielkiego przyjaciela i pomocnika, wręcz obalał kolejne zarzuty Niemców skierowane pod jego adresem. "Dziękuję ci, uratowałeś mi życie" - powiedział Antall. "Tak odpłaca Polska" - odparł poturbowany Sławik.

Miesiąc później już nie żył. Rodzina jednej z ofiar obozu w Mauthausen w archiwach narodowych Stanów Zjednoczonych natrafiła na dokumenty potwierdzające miejsce i rodzaj wyroku wykonanego na Sławiku. 23 sierpnia 1944 roku o godzinie 15.00 wraz z grupą współpracowników został powieszony.

"Tato, dlaczego nie wyjedziemy do Szwajcarii?" - pytała Sławika 14-letnia córka Krysia podczas ostatniego, zorganizowanego pod osłoną nocy, spotkania z ukrywającym się przed Niemcami ojcem.

"Wiem, że to dla ciebie trudne, ale jak ja mógłbym tych wszystkich ludzi zostawić?" - odpowiedział pytaniem.

Sławik mógł uciec z Węgier. Miał trzy paszporty, ale do końca starał się pomagać rodakom. Zapłacił za to najwyższą cenę.

W powojennej Polsce Sławik został przemilczany. W 1946 roku w Katowicach jedną z ulic nazwano jego imieniem, ale po trzech dniach urzędnicy wycofali się z decyzji. Partyjne władze zorientowały się, że Sławik był socjalistą, ale o niewłaściwych poglądach, poza tym na Węgrzech kierował agendą polskiego rządu na wychodźstwie.

Przez długie dekady bohater trzech narodów był skazany na zapomnienie. Należne miejsce w historii próbuje Sławikowi przywrócić Grzegorz Łubczyk, były ambasador Polski na Węgrzech. Spod jego pióra wyszło wiele publikacji poświęconych pochodzącemu z Szerokiej (dziś Jastrzębie Zdrój) działaczowi, w tym dwie książki. W dorobku były dyplomata ma także filmy dokumentalne o Sławiku, a także liczne wykłady i spotkania. Ostatnie odbyło się w poniedziałek w Centrum Kultury Żydowskiej w Krakowie.

Zdjęcie

Lipiec 2014, Jastrzębie Zdrój. Odsłonięcie pamiątkowej tablicy w Kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych /Dominik Gajda /East News
Lipiec 2014, Jastrzębie Zdrój. Odsłonięcie pamiątkowej tablicy w Kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych
/Dominik Gajda /East News

Dzień później miał miejsce pokaz najświeższej filmowej produkcji, w której główne role zagrali Krzysztof Globisz (Sławik) i Olgierd Łukaszewicz (Antall). "Proszę pana, jaka to była piękna postać. A ja nie wiedziałem o jej istnieniu" - powiedział reżyserującemu dokument Łubczykowi pełniący rolę narratora Piotr Fronczewski.

O Sławiku, chociaż pośmiertnie nagrodzony został medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata i Orderem Orła Białego, wciąż Polacy wiedzą mało. Za mało. - Przypominanie o Sławiku nie jest jakąś moją fobią, to nasz wspólny obowiązek i interes Polski. Postawy, które reprezentował, a więc odpowiedzialność, obowiązkowość, bezinteresowność i patriotyzm są nam dzisiaj bardzo potrzebne - podkreśla biograf Sławika.

Czymś okrutnym i nikczemnym byłoby licytowanie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przez pryzmat liczby ocalonych przez nich osób, ale trudno zrozumieć, dlaczego powszechnie pamiętamy o Oskarze Schindlerze, Irenie Sendlerowej czy Raoulu Wallenbergu, a tak niewiele zrobiono, żebyśmy pamiętali o Sławiku.

Dariusz Jaroń

Czytaj także:

Henryk Sławik - bohater zapomniany

Artykuł pochodzi z kategorii: Polska walcząca

Więcej na temat:Henryk Sławik