Najwyższa nagroda w Cassino, zdobycie opactwa, miała przypaść armii narodowej, która odbyła najtrudniejszą podróż, żeby się tutaj dostać, oraz narodowi, który zawdzięczał aliantom bardzo niewiele. Większość Polaków do 1944 roku zniosła więcej cierpień, niż przeciętni żołnierze oglądali w całej swojej wojskowej karierze.

Zdjęcie

"Tam wróg twój sie ukrył jak szczur". Ruiny na Monte Cassino - ilustracja do książki Peter Caddick-Adams "Monte Cassino. Piekło dziesięciu armii" Wydawnictwo ZNAK /materiały prasowe
"Tam wróg twój sie ukrył jak szczur". Ruiny na Monte Cassino - ilustracja do książki Peter Caddick-Adams "Monte Cassino. Piekło dziesięciu armii" Wydawnictwo ZNAK
/materiały prasowe

We wrześniu 1939 roku Niemcy i Związek Radziecki podzieliły Polskę niemal równo między siebie i natychmiast rozpoczęły represjonować Polaków. (Znacznie później w swojej karierze dowódca polskiego korpusu pod Cassino, generał Anders, zażartował wobec George’a S. Pattona, mówiąc, iż "jeśli jego korpus znalazłby się między niemiecką i rosyjską armią, byłoby mu trudno zdecydować się, z którą z nich najbardziej chciałby walczyć".

Niemieckie okrucieństwa w Polsce były krwawe i jawne, a w strefie sowieckiej NKWD zajęło się likwidowaniem polskiej elity wojskowej i kulturalnej. Aresztowano aż 1,7 miliona obywateli i wysłano do syberyjskich łagrów. Polska społeczność na wychodźstwie wkrótce zdała sobie sprawę, że wielu jej czołowych przywódców zaginęło. Ponad 20 000 oficerów, policjantów i urzędników znaleziono później straconych strzałem z pistoletu w tył głowy w masowych grobach odkrytych w Lesie Katyńskim w pobliżu Smoleńska, Charkowie i Miednoje (...).

Reklama

Po niemieckiej inwazji na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku Stalin potrzebował polskich więźniów do utworzenia bojowych oddziałów pod radzieckim dowództwem do odpędzenia nazistowskich napastników. W oczach Brytyjczyków waleczność Polaków była wysoka, wobec tego jednym z warunków Churchilla udzielenia pomocy Związkowi Radzieckiemu było uwolnienie Polaków pozostających w syberyjskich łagrach, do których zostali zesłani. Nikt nie wiedział, ilu z owych 1,7 miliona deportowanych jeszcze żyje i mogłoby utworzyć niezależne wojsko. Człowiekiem wybranym do pokierowania tym wojskiem był charyzmatyczny i stanowczy generał Władysław Anders urodzony w 1892 roku w rodzinie bałtyckiego Niemca, w miejscu, które obecnie i dawniej znajdowało się w Polsce, ale w tamtym czasie było położone w zachodniej Rosji. Jako młody oficer podczas I wojny światowej służył w carskim pułku kawalerii. We wrześniu 1939 roku był dowódcą Nowogrodzkiej Brygady Kawalerii, która z pewnym powodzeniem prowadziła walkę z niemieckimi oddziałami. Został wtedy kilkakrotnie ranny i dostał się do niewoli sowieckiej. Następnie został uwięziony i poddany torturom za "zdradę międzynarodowego proletariatu, kiedy walczył z bolszewikami w 1918-1920". W lutym 1940 roku został przeniesiony do więzienia na Łubiance, gdzie przesłuchiwano go przez cały rok. Żył tam w strachu i chorował, ale uniknął stracenia (...).

Generał Sikorski w Londynie był zdecydowany na to, że Polacy pod radzieckim dowództwem będą mogli wyzwolić swoją ojczyznę i dzięki temu wpłynąć na przyszły kształt swojego państwa, "kiedy staną na ojczystej ziemi". Natomiast Anders wiedział, iż jego żołnierze - ponad 70 000 mężczyzn i tyle samo członków ich rodzin - byli niedożywieni i osłabieni z powodu tyfusu, malarii, dyzenterii i żółtaczki i będą w stanie przeżyć, jeśli opuszczą całkowicie Związek Radziecki, być może przeprowadzając się pod łagodniejszy brytyjski nadzór na Bliskim Wschodzie. Twierdził, że stamtąd mogliby wziąć udział w alianckiej ofensywie na Bałkanach i wkroczyć do południowej Polski (...).

Zdanie Andersa przeważyło dopiero wtedy, kiedy Stalin w marcu 1942 roku postanowił zmniejszyć i tak już skromne racje żywnościowe dla polskiego kontyngentu. Zezwolono wówczas, aby "zbędny personel" dołączył do stacjonującej w Iranie brytyjskiej 9. Armii "Jumbo" Wilsona. Była to z pewnością decyzja, której wielu - jeśli nie większość - Polaków zawdzięczała swoje życie (a bezpośrednio apodyktycznej osobowości Andersa, który wydostał ich ze Związku Radzieckiego). Było to też później powodem, dla którego jego jednolicie umundurowane wojsko wyruszyło i walczyło pod Cassino (...).

W sierpniu 1943 roku na amerykańsko-brytyjsko-kanadyjskiej konferencji w Quebecu, której nadano kryptonim "Quadrant", Churchill uzyskał porozumienie w sprawie wysłania 2. Korpusu Polskiego do Włoch. W Palestynie wszystkim wydano ponownie brytyjskie mundury polowe z polskimi stopniami wojskowymi i emblematami, broń i wyposażenie (...).

15 grudnia 1943 roku Samodzielna Kompania Commando była pierwszym polskim oddziałem, który przelał krew podczas patrolu w miejscowości Ateletta. 13 marca 5. Kresowa Dywizja Piechoty wymieniła 2. Marokańską Dywizję Piechoty w Castel San Vincenzo. Dziewięć dni później, 24 marca, Oliver Leese przyjął Andersa w swojej kwaterze dowodzenia w Vinchiaturo (na wschód od Monte Lungo) i formalnie zwrócił się do niego oraz jego szefa sztabu pułkownika Kazimierza Wiśniowskiego oraz tłumacza księcia Eugeniusza Lubomirskiego o wzięcie udziału w nadchodzącej czwartej bitwie o Monte Cassino.

Mimo obecności Lubomirskiego jako tłumacza Leese, zdając sobie sprawę z powagi chwili, wypowiedział to życzenie we wzajemnie rozumianym języku - po francusku na poziomie uczniowskim. Potem Anders napisał: "Była to dla mnie wielka chwila. Trudność zadania wyznaczonego dla Korpusu była oczywista (...). Uświadomiłem sobie, iż koszt w postaci śmiertelnych ofiar będzie musiał być wielki, ale uświadomiłem sobie również, jak ważne będzie zdobycie Monte Cassino dla (...) Polski, ponieważ raz na zawsze stanowić będzie odpowiedź na wszystkie sowieckie kłamstwa, że Polacy nie chcieli walczyć z Niemcami. Zwycięstwo doda ruchowi oporu w Polsce nowej odwagi i okryje polskie siły zbrojne chwałą. Po krótkim momencie zastanowienia się odpowiedziałem, że podejmę się tego zadania" (...).

Ostateczne rozkazy dla operacji "Diadem" zostały wydane 5 maja przez kwaterę główną "Alexa" we Włoszech (...).

Operacja "Diadem" zakładała, iż front Cassino zaatakują jednocześnie korpusy czterech armii: amerykański II Korpus oraz Francuski Korpus Ekspedycyjny Juina z 5. Armii, a także brytyjski XIII Korpus (składający się z 4., 78., 8. Indyjskiej oraz 6. Dywizji Pancernej i na dodatek 1. Kanadyjskiej Brygady Pancernej) oraz 2. Korpus Polski Andersa. W przeddzień operacji "Diadem" Korpus Polski liczył 53 508 żołnierzy mężczyzn i 1290 kobiet. W ciągu następnych miesięcy, starając się uzupełnić poważne straty, zaoferowano miejsca w korpusie około 35 500 wziętym do niewoli Polakom, uprzednio przymusowo wcielonym do Wehrmachtu. Najpierw jednak zbadano ich przeszłość, a następnie skierowano na szkolenie w polskiej 7. Dywizji Zapasowej w Palestynie (...).

Jednak naprzeciw aliantów stała w szyku bojowym 10. Armia Vietinghoff a, której większość frontu, jaki miał być zaatakowany, znajdowała się w kompetentnych rękach generała Frido von Sengera i jego XIV Korpusu Pancernego, doskonale obznajomionego z schwerpunktami i blitzkriegami oraz wszystkim innym, co alianci z opóźnieniem próbowali naśladować (...).

Zadaniem generała Andersa wśród tego zmasowanego szyku bojowego był atak i zdobycie terenu Wzgórza Klasztornego od strony północnej oraz północno-wschodniej i ustanowienie kontroli nad Trasą 6 do czasu powstania możliwości nawiązania łączności z brytyjskim XIII Korpusem na zachodzie. Zadanie Polaków rozpatrywano zawsze w szerszym kontekście niż zdobycie samego klasztoru, ostatecznym celem było dotarcie do Linii Hitlera (w dolinie Liri) oraz oskrzydlenie jej od strony północno-wschodniej.

W celu lepszego zapoznania się z terenem Anders 7 kwietnia odbył rozległy lot na małej wysokości samolotem obserwacyjnym nad polem bitwy. O ile poprzednie amerykańskie i indyjskie ataki przebiegały na jednej osi grzbietu Głowy Węża, o tyle Anders widział, że teren umożliwiłby mu dwie wąskie osi dla dwóch dywizji jego korpusu, obydwie rozpoczynające się od wąskiej ścieżki ze wsi Caira - a mianowicie Drogi Cavendisha. (...) 3. Dywizja Strzelców Karpackich miała przesuwać się wzdłuż Głowy Węża i zniszczyć niemiecką obronę w gospodarstwie Albaneta oraz na wzgórzu 593 górującym nad klasztorem, zajmowanym przez 1. Batalion 3. Pułku Strzelców Spadochronowych.

Jednocześnie 5. Kresowa Dywizja miała oczyścić z wroga niżej położone stoki Monte Cairo, oraz podążając grzbietem Widmo, zdobyć Colle Sant’Angelo (zajmowane przez 2. Batalion 3. Pułku Strzelców Spadochronowych kapitana Kurta Vetha). Wszystkie te wzniesienia górowały nad klasztorem. Jak na ironię Anders odkrył, że o ile lotnicze bombardowanie zniszczyło większość kompleksu klasztornego, o tyle jedyną częścią względnie nietkniętą były grube mury od strony północno-zachodniej z rzędami małych okien w rodzaju ambrazur - dokładnie na tej ścianie, którą obecnie miał zdobywać. W rzeczywistości, jak wkrótce odkryli, klasztor nie był główną pozycją obrony, lecz wzgórze 593, które górowało zarówno nad Trasą 6, jak i tym centrum religijnym. Szczyt ten w rzeczywistości również w poprzednich stuleciach był używany w celach obronnych i znajdowały się na nim pozostałości małego fortu w kształcie gwiazdy.

Niemieckie pozycje obronne naprzeciw Polaków robiły wrażenie dwóch pierścieni usytuowanych na wzniesieniach ponad klasztorem podobnych do cyfry osiem ze wzgórzem 593 w centrum. Brzeg jednego pierścienia zawierał wzgórze 593, Widmo, Colle Sant’Angelo i kompleks gospodarstwa Albaneta. Drugi przebiegał przez samo Wzgórze Klasztorne oraz teren, na którym obecnie znajduje się znaczna część polskiego cmentarza. Wszystkie niemieckie umocnione punkty dookoła tych pierścieni były jak siedzenia w górnym rzędzie amfiteatru, z których widać było każdy skrawek terenu bez żadnej możliwości dla atakującego, żeby zbliżył się niepostrzeżony - po wielu miesiącach walk nie została ani odrobina roślinności, ani kawałek drzewa, żeby się za nimi ukryć, po prostu była to goła skała i rumowisko skalne. Większość kamieni była obluzowana, co znaczyło, że pełzanie po nich nawet w nocy mogło być niebezpieczne. Polakom w rzeczywistości wydano buty z gumowymi podeszwami do nocnych operacji. Naturalne podejścia do większości pozycji były dodatkowo bronione niekończącymi się zasiekami z drutu kolczastego oraz rozstawionymi minami, wymagającymi do ich wyeliminowania ognia z moździerzy lub artylerii. Niemcy jednak potrafili uzupełniać zaopatrzenie w nocy i ponadto powiększyli naturalne jaskinie dla dodatkowego schronienia, niektóre z pełną ochroną z przeciwległego stoku. Każda niemiecka pozycja usytuowana wzdłuż pierścieni na wzniesieniach miała ochronę ze wszystkich stron oraz mogła osłaniać front lub tył każdego innego stanowiska. Znaczyło to, iż zdobycie jakiejkolwiek pojedynczej pozycji nie mogło pokonać żadnego z tych pierścieni. Tylko zdobycie przynajmniej połowy obronnego pierścienia przez jednoczesny atak mogłoby doprowadzić do jakiegokolwiek sukcesu. Nie było prawdopodobne, aby jakiekolwiek inne stanowisko zostało zdobyte i utrzymane, chyba że zdobyto by dominujący szczyt wzgórza 593.

Inne utrapienie dla Polaków stanowił fakt, że brak możliwości ukrycia się stwarzał bardzo ograniczoną liczbę miejsc do przeprowadzenia ataków, co znaczyło, iż jednoczesne ataki na kilka pozycji były niemożliwe. Innym dominującym miejscem w rękach Niemców był kompleks Massa Albaneta (...).

Kluczowe dla powodzenia "Diademu" było zrealizowanie finezyjnego podstępu, któremu nadano kryptonim operacja "Nunton". Pierwszym posunięciem "Nuntonu" miało być stworzenie wrażenia, iż alianci mogą spróbować zadać cios z lewa wzdłuż wybrzeża na północ od Rzymu. Miało to polegać na ukryciu przybycia korpusu kanadyjskiego i polskiego oraz zamaskowanie przeniesienia Francuzów z okolic Monte Cairo i Monte Castellone nad rzekę Garigliano naprzeciw gór Aurunci. Natomiast drugim działaniem była ścisła kontrola przesunięć wojsk w ciągu dnia, tłumienie hałasu oraz trzymanie się wykonywania normalnych czynności, aby pogłębić wrażenie, że nie zanosi się na jakiś większy atak - i faktycznie przechwycone przez Ultrę informacje potwierdzały fałszywe poczucie bezpieczeństwa wśród Niemców. Między 23 a 28 kwietnia Polacy oraz wszyscy inni żołnierze Alexandra przegrupowali się w wielkiej tajemnicy, co znaczyło, że nie odbywały się żadne patrole - zbyt wielkie było ryzyko dostania się do niewoli. Korpus Polski zajął pozycje na wzgórzach zajmowanych przez brytyjską 78. Dywizję Battleaxe, która od czasu przejęcia ich od 4. Dywizji Indyjskiej pod koniec trzeciej bitwy w marcu zajmowała Głowę Węża, a także ścieżki z Cairy (...).

Świt 11 maja był pochmurny i spadło trochę deszczu, ale dokładnie o 11 wieczorem spokój zakłóciło 1600 dział alianckich, które rozpoczęły precyzyjne ostrzeliwanie mające na celu systematyczne zniszczenie wszystkich rozpoznanych pozycji niemieckich dział i moździerzy, co trwało przez następnych 40 minut, zanim przystąpiono do niszczenia pierwszych celów piechoty. Alianci osiągnęli kompletne zaskoczenie, tym bardziej, iż wielu wyższych niemieckich oficerów było nieobecnych. Generał von Senger napisał, że on oraz Vietinghoff "zostali niepotrzebnie wezwani na spotkanie z Hitlerem, by odebrać odznaczenia, po czym udaliśmy się na urlopy", natomiast szef sztabu Grupy Armii C generał Westphal oraz szef sztabu XIV Korpusu Pancernego również byli nieobecni. Wyjazdy tak wielu kluczowych graczy niewątpliwie spowolniły odpowiedź Wehrmachtu na "Diadem" w początkowych dniach, umożliwiając aliantom szybkie wyprzedzenie Niemców w procesie podejmowania decyzji (...).

Anders rozesłał swoje własne poruszające i patriotyczne wezwanie: "Atakujemy ze świętym hasłem w naszych sercach: Bóg, Honor, Ojczyzna".

Piechota z dwóch polskich dywizji zaczęła przekraczać swoje linie wyjściowe wkrótce po 1 w nocy 12 maja. Polacy nie mieli szczęścia, ponieważ Niemcy zdecydowali się na wymianę wielu swoich żołnierzy tej nocy, wobec tego była tam podwójna liczba strzelców spadochronowych i dodatkowa siła ogniowa wkrótce przygwoździła atakujące bataliony z 5. Brygady Wileńskiej, które poprzedzali saperzy usuwający miny i wyznaczający trasy z rejonów formowania w kierunku Widma. Czołowe bataliony Kresowej Dywizji Piechoty poniosły straty w stosunku 1 do 5 i zostały powstrzymane przez morderczy ogień uniemożliwiający jakiekolwiek dalsze ruchy.

Zdjęcie

Peter Caddick-Adams "Monte Cassino. Piekło dziesięciu armii" Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2014
/materiały prasowe

Na terenie tym wkrótce poniesiono obezwładniające straty z powodu rosnącego natężenia ognia nieprzyjaciela i jego kontrataków. Ponieważ niemieckie moździerze i artyleria zostały ustawione na cele na stokach Widmo, Polacy znaleźli się w centrum prostokąta obronnego ognia na skalistym terenie, który nie zapewniał żadnego dostępnego schronienia. Ta fatalna sytuacja trwała przez 12 godzin od opuszczenia linii wyjściowych aż do 1 po południu, kiedy to dowódca dywizji wydał rozkaz, aby pozostali żołnierze się wycofali.

Piechota z 1. Brygady Strzelców Karpackich wyszła z rejonu formowania w tym samym czasie, aby zaatakować Głowę Węża, wzgórze 593, i następnie gospodarstwo Albaneta. Wspomagał ją oddział czołgów, który użył szlaku zaczynającego się w Cairze i biegnącego pod osłoną Głowy Węża. Aby zapewnić zaskoczenie, żołnierze wymienili trzewiki na tenisówki i każdy z dodatkowymi pasami amunicji skradał się na swoją linię wyjściową koło domu górującego nad opactwem, zwanego przez Polaków Domkiem Doktora. Porucznik Edward Rynkiewicz  opisał to miejsce, które posiadało również dwa źródła świeżej wody, jako "stertę gruzów". Kilkadziesiąt ciał leżało rozrzuconych wszędzie, łącznie z żołnierzem z 4. Dywizji Indyjskiej zabitym w marcu. Inni "pochodzili z różnych nacji, jak mogliśmy poznać po resztkach ich mundurów. Miejsce roiło się od szczurów, wielkich napęczniałych stworów, które ganiały bezkarnie, kiedy my spaliśmy. Słodkawy odór rozkładających się ciał przyprawiał o mdłości i nic nie mogliśmy poradzić, żeby się go pozbyć".

Ich atak wkrótce ruszył na wzgórze 593, ale nieznośny ogień z Albanety stał się w końcu nie do wytrzymania na odsłoniętym skalistym szczycie. Ostrzeżeni przez wcześniejsze użycie czołgów jeszcze w lutym, Niemcy zaminowali większość szlaku prowadzącego do Albanety i z polskich 20 saperów usuwających miny przed jadącymi czołgami zginęło 18, przy stracie kilku czołgów. Osłaniani przez artylerię i ogień nebelwerferów Niemcy przeprowadzili do południa siedem nieudanych kontrataków, ale polskie straty były tak wielkie, że na południowych stokach wzgórza 593 tylko 1 oficer i 7 żołnierzy nie zostało rannych. W końcu kontratak ostatnich niemieckich sił rezerwowych (z całego 3. Pułku Strzelców Spadochronowych pozostało zaledwie 14 żołnierzy) zmusił Polaków do wycofania się około 7 wieczorem.

Jednak koszt bronienia się 1. Pułku Strzelców Spadochronowych z "Zielonych Diabłów" Heidricha był jeszcze wyższy, ponieważ nie byli w stanie uzupełnić swoich strat. Polska artyleria zlikwidowała praktycznie jeden cały batalion, a liczebność niektórych kompanii została zredukowana do 20 żołnierzy - i Polacy znali obecnie położenie większości ich pozycji. Kapitan Kurt Veth z 2. Batalionu 3. Pułku Strzelców Spadochronowych napisał o swoich własnych ofi arach: "Niemożliwe było wyniesienie rannych (...). Na stokach wielkie ilości zabitych - odór - bez wody - bez snu przez trzy noce - amputacje przeprowadzane w kwaterze dowodzenia bitwy". Veth zanotował również, iż jego żołnierze byli zmuszeni nosić maski przeciwgazowe, ponieważ odór ciał zmarłych był w gorącym majowym słońcu nie do zniesienia.

Tymczasem atak XIII Korpusu Sidneya Kirkmana (brytyjskiej 4. Dywizji Piechoty i 8. Dywizji Indyjskiej) poniżej w dolinie Liri rozpoczął się mniej więcej zgodnie z planem. Czołowym oddziałom udało się ustanowić niewielki przyczółek na zachodnim brzegu rzeki Gari. Ogień artylerii i moździerzy był lżejszy, niż się spodziewano, ponieważ większość lokalnego niemieckiego ognia obronnego skoncentrowana była na polskim Korpusie na wyżej położonym terenie. W czasie gdy Polacy się wycofywali, XIII Korpus zdołał przedostać się prawie 1,5 kilometra za rzekę. Ale okazało się, że mosty Baileya stwarzały problemy, ponieważ pojazdy i sprzęt czekały w kolejkach, żeby przedostać się na drugą stronę.

Po południu pierwszego dnia do kwatery dowodzenia Andersa przybył Oliver Leese i stwierdził, że ataki Polaków i XIII Korpusu Kirkmana nie były dość dobrze skoordynowane. Umożliwiło to Niemcom przeniesienie ognia i rezerw wzdłuż swoich wewnętrznych linii oraz ostrzeliwanie najpierw jednego korpusu aliantów, a następnie drugiego oraz powstrzymywanie ataku w nieskończoność. Konieczne było, aby obydwa korpusy przeprowadziły atak jeszcze raz przy o wiele ściślejszym współdziałaniu i utrzymywaniu nacisku na broniących się Niemców oraz uniemożliwieniu im wycofania jakichkolwiek zaangażowanych już sił. (...)

13 i 14 maja wyznaczono 5. Kresowej Dywizji Piechoty nowe główne zadanie - objęcie kontroli nad północnym pierścieniem obronnym, Colle Sant’Angelo i wzgórzem 575, oraz nawiązanie styczności z prawym skrzydłem brytyjskiego XIII Korpusu. Miało to odizolować Niemców pozostających wokół Monte Cassino. Anders wiedział, że broniący się Niemcy mieli tylko dwa osłabione bataliony, a rezerwowy batalion opuścił ten teren, kiedy sukcesy aliantów w położonej niżej dolinie Liri musiały odciągnąć jeszcze więcej żołnierzy z drastycznie pomniejszonej już 1. Dywizji Strzelców Spadochronowych Heidricha. I rzeczywiście wycofany został 1. Pułk Strzelców Spadochronowych i wysłany do wzmocnienia obrony przeciw brytyjskiej 4. Dywizji Piechoty, gdzie zagrożenie uważano za jeszcze większe.

14 maja wydano rozkazy dla dwóch dywizji do nowego ataku rozpoczynającego się o 6 rano 17 maja od godzinnego zmiękczenia przez zmasowany ogień dział Korpusu Polskiego. Godzina H została wyznaczona na 7 rano i pokrywała się z godziną wznowienia ataku XIII Korpusu poniżej w dolinie. Atak poprzedził udany nocny wypad 6. Brygady Lwowskiej na Widmo, w którym zdobyto jego północne stoki. Używając nowo zdobytych pozycji jako odskoczni, batalion szybko zaatakował Colle Sant’Angelo, postępując naprzód tuż za osłoną artyleryjską i o 7.30 rano opanował wszystkie stoki z wyjątkiem zachodniego, gdzie kłopoty sprawiał szereg gniazd karabinów maszynowych. 5. Kresowa Dywizja Piechoty generała brygady Nikodema Sulika dalej walczyła przez cały dzień o wzgórze, ale z powodu własnych strat, kontrataków oraz niemieckiego ognia artyleryjskiego nie zdołała całkowicie oczyścić tego terenu (...).

Tymczasem 3. Dywizja Strzelców Karpackich generała Bronisława Ducha spędziła cały dzień na przedostawaniu się w kierunku gospodarstwa Albaneta i wzgórza 593 przy ścisłym współdziałaniu piechoty, czołgów i saperów. Posuwanie się do przodu było boleśnie powolne, ponieważ Polacy dostali się w ogień krzyżowy z Colle Sant’Angelo, wzgórza 593 oraz gospodarstwa Albaneta. Ale wieczorem 17 maja znaleźli się w odległości prawie 150 metrów od gospodarstwa. W ciągu tego dnia wzgórze 593 przechodziło z rąk do rąk kilka razy, ponieważ obydwie strony zdawały sobie sprawę z jego znaczenia. 4. Batalion Strzelców Karpackich początkowo zdołał opanować grań, ale przy zwiększających się ofiarach ich wysiłki zaczynały słabnąć. 3. Pułk Strzelców Spadochronowych pułkownika Ludwiga Heilmanna kontratakował i odzyskał wzgórze z powrotem przy kryciu ogniem karabinów maszynowych z reszty obronnych pierścieni. O 3.25 po południu podpułkownik Karol Fanslau, dowódca polskiego batalionu, został zabity podczas dowodzenia atakiem na wzgórza. Atak ten został powstrzymany zaledwie 50 metrów od szczytu. W ciągu dnia sukcesy odnoszono głównie w walkach wręcz. Odbyło się jednocześnie ponad 200 lotów bombardujących pozycje moździerzy i dział. Polacy byli całkowicie wyczerpani i kiedy walka ustała, zaczęli okopywać się w celu obrony swoich zdobyczy. Po ciężkich walkach w ciągu dnia byli bliscy przełamania północnego pierścienia obronnego wroga. Tej nocy patrole słyszały odgłosy przemieszczania się, co wskazywało, iż niektóre oddziały niemieckich spadochroniarzy przerzedzały się, ale zmordowani żołnierze nie mogli nic zrobić, aby przeszkodzić wrogom w zniknięciu niczym widma. Tymczasem wszelkie zamiary atakowania 17 maja w kierunku klasztoru zostały odwołane z powodu istnienia zagrożenia ze strony rezerwy Niemców w okolicy Albanety. Czteromiesięczna bitwa o klasztor Monte Cassino w rzeczywistości jednak przesiliła się - i miała się zakończyć w sposób, który zaskoczy aliantów.

Następnego ranka o świcie Polacy znowu podjęli atak i w końcu zdobyli wzgórze 593 o 7 rano, a następnie w ciągu przedpołudnia opanowali niższe stoki. Wcześniej Polacy przechwycili komunikaty radiowe wskazujące, że Niemcy wydali rozkaz wycofania się z klasztoru. Heidrich, dowódca 1. Dywizji Strzelców Spadochronowych, nie zgodził się na podporządkowanie się rozkazowi LI Korpusu Górskiego, aby rozmieścić swoich żołnierzy w dolinie, wobec tego Kesselring interweniował osobiście. Te dodatkowe radiowe informacje ostrzegły Polaków, z których wielu mówiło płynnie po niemiecku. O brzasku zwiadowcy z 5. Kresowej Dywizji Piechoty zdziwili się, kiedy zastali gospodarstwo Albaneta opuszczone. Podobnie jak ułani z 12. Pułku Ułanów Podolskich z 3. Dywizji Strzelców Karpackich zostali wysłani do przodu, aby sprawdzić, czy klasztor jest jeszcze broniony. Przy niedostatku informacji wywiadowczych na temat niemieckiego wycofywania się oraz wobec okazywanej jak dotąd determinacji "Zielonych Diabłów" rekonesans ten wyglądał raczej na misję samobójczą.

Polacy w bitwie o Monte Cassino

liczba zdjęć: 24

Polscy kawalerzyści wkraczający do pozostałości po klasztorze znaleźli tylko rannego spadochroniarza, trupy oraz gruzy. W związku z tym ułani podnieśli w górę wykonany domowym sposobem proporzec pułku przyczepiony do gałęzi, co oznaczało, że bitwa się skończyła. Wkrótce potem pojawiła się polska flaga narodowa (i jeszcze później fl aga brytyjska). W samo południe trębacz Emil Czech stanął na zrujnowanych murach i odegrał hejnał krakowski. Kiedy słynna melodia rozległa się echem po wzgórzach, generał Anders wiedział, iż będzie to często poświadczany i często opisywany symbol tego, że Polska odpowiedziała atakiem na atak. O 4 po południu polski pluton nawiązał kontakt z oddziałami brytyjskiej 78. Dywizji atakującymi wzdłuż Trasy 6.

Alianccy korespondenci wojenni ubrani w wojskowe mundury i traktowani jak oficerowie przebywali nie tak daleko, spodziewając się interesujących wiadomości. Zdobycie opactwa w anglojęzycznym świecie stało się czołową wiadomością, dokładnie tak jak spodziewał się tego Anders. Graham Beamish z "Daily Telegraph" napisał 17 maja 1944 roku: "Polacy bili się na stokach masywu Albaneta (...), byłem razem z żołnierzami z Dywizji Strzelców Karpackich, tymi wspaniałymi walecznymi żołnierzami, którzy dokonali historycznych czynów w Gazali i Tobruku. Tworzyli przednią szpicę ataku (...). Polska piechota atakowała na urwistym górskim terenie na odcinku 900 metrów od linii wyjściowej. Po ostrym i zaciętym starciu zdobyli swój pierwszy cel w ciągu dwóch godzin. Nastąpiły dramatyczne starcia wręcz (...). Polacy dokonali niemal niemożliwego wyczynu".

Tymczasem 18 maja niesłabnąca bitwa o Colle Sant’Angelo trwała nadal. 5. Kresowa Dywizja Piechoty musiała naprędce utworzyć siły rezerwowe z dywizyjnych pułków przeciwpancernych i przeciwlotniczych, zapasowych kierowców, żandarmerii wojskowej oraz wszystkich innych, którzy mogli utrzymać karabin. Dowództwo nad nimi powierzono pułkownikowi Rudnickiemu. Niemcy zdołali odbić część Colle Sant’Angelo, lecz ostatecznie zostali pokonani dopiero po 6 wieczorem. Walki przeniosły się jednak na ostatnią większą pozycję, wzgórze 575, górujące nad Trasą 6 i zaatakowane bez powodzenia poprzedniego dnia. Tam strzelcy spadochronowi stawiali zacięty opór usadowieni w szczelinach i załamaniach na stoku. Niemcy byli przekonani, że Polacy nie biorą jeńców i walczyli do samego końca, i tylko kilku się poddało. Teren został opanowany dopiero późno w nocy z 18 na 19 maja.

O ile klasztor był względnie pusty, kiedy dotarli tam Polacy, o tyle większość szczytów nie była opuszczona. Trudno zatem zgodzić się z twierdzeniami niektórych, że Korpus Polski odniósł zwycięstwo tylko dlatego, iż Niemcy się wycofali. Wyjątkowo ciężkie walki niemal całkowicie zmiotły z powierzchni ziemi 1. Dywizję Strzelców Spadochronowych do takiego stopnia, że uczyniły dalsze jej przebywanie na Monte Cassino niemożliwym (...).

Korespondent "Daily Herald", Arthur Helliwell, donosił 19 maja 1944 roku: "Ciała bohaterów - dzielnych polskich żołnierzy - leżą wzdłuż wąskiej, wijącej się ścieżki uczęszczanej przez kozice, po której wspiąłem się do tego, co pozostaje dzisiaj po historycznym klasztorze św. Benedykta. Leżą w zesztywniałych, niezgrabnych pozycjach gwałtownej śmierci na stokach, na których tak mężnie walczyli. Zajęło nam 2,5 godziny, żeby wspiąć się 520 metrów na wysokość klasztoru. Poruszaliśmy się wzdłuż białej taśmy wijącej się niczym wąż wśród skał i wskazującej ścieżkę wolną od min (...). Była to wyczerpująca i zarazem makabryczna marszruta, nawet w pełni dnia. Jakie mogło mieć znaczenie walczenie o taki kawałek ziemi? W rzeczywistości wydaje się nie do uwierzenia, że Polacy w takich warunkach w ogóle zdołali odpędzić Niemców".
2. Korpus Polski miał ponieść jeszcze więcej strat podczas ataku w dolinie Liri, kiedy w dniach 20-25 maja nastąpił atak na Piedimonte San Germano koło Cassino, a także podczas dalszych walk we Włoszech aż do końca wojny, który nastąpił niemal dokładnie rok później. Pogrzebano około 900 Niemców znalezionych w rejonie klasztoru. Podczas przygotowań do obchodów 50. rocznicy bitwy odkryto jeszcze dwa szkielety Niemców wciąż ściskających kurczowo swoje karabiny w krzakach tuż poniżej szczytu wzgórza 593.

Polacy pogrzebali swoich zmarłych między klasztorem i wzgórzem 593, dwoma celami, o które najzacieklej walczyli. W wejściu na cmentarz, którego budowę ukończono oficjalnie 1 września 1945 roku, w szóstą rocznicę ataku na Polskę w 1939 roku, ustawiono po obydwu stronach dwa polskie orły. W pojedynczych grobach usytuowanych na stromych tarasach spoczywa tutaj 1054 żołnierzy. (...) Na froncie cmentarza do zmarłych wojowników dołączył w 1970 roku generał Władysław Anders, który po długotrwałym wygnaniu w Londynie wyraził życzenie, iż po śmierci pragnie być pochowany razem ze swoimi żołnierzami w Cassino.

Uzasadnienie przy nadaniu Orderu Łaźni generałowi Andersowi bezpośrednio po operacji "Diadem" mówi jasno, że zaszczyt ten stanowi również uznanie dla zbiorowej odwagi Korpusu Polskiego. Ale słowa generała Alexandra wypowiedziane w Cassino 25 maja 1944 roku podczas wręczania Andersowi odznaczenia były również starannie sformułowaną wypowiedzią odzwierciedlająca usiłowania aliantów do utrzymania uczestnictwa Polaków w dalszych działaniach bitewnych, mimo że z ustaleń konferencji w Teheranie z poprzedniego roku wynikało jasno, że mocarstwa zachodnie po zakończeniu wojny mają zamiar zostawić Polskę w sferze wpływów sowieckich. (...)

Nie ma wątpliwości, iż dla "Alexa", świadomego polityki aliantów wobec Polski i jednocześnie pełnego podziwu dla Korpusu Polskiego, niektóre części mowy pochwalnej były trudne do wypowiedzenia. "Był to dzień chwały dla Polski, kiedy zdobyłeś twierdzę uważaną przez samych Niemców za niepokonaną", powiedział do polskiego dowódcy. "Nie jest to tylko wspaniały początek. Jest to drogowskaz wskazujący drogę na przyszłość (...). Składam ci mój hołd".

----------------------------------

Opublikowany fragment pochodzi z książki: Peter Caddick-Adams "Monte Cassino. Piekło dziesięciu armii" Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2014


Artykuł pochodzi z kategorii: Polska walcząca

materiały prasowe