"Zośkowiec" to wspomnienia Henryka Kończykowskiego ps. „Halicz”, jednego z niewielu jeszcze żyjących żołnierzy Harcerskiego Batalionu Zośka. Brał udział w konspiracjach, akcjach “małego sabotażu”, a przede wszystkim w Powstaniu Warszawskim.

Wspomnienia ilustrują fotografie z rodzinnych zbiorów bohatera, po raz pierwszy publikowane zdjęcia ze Starego Miasta z okresu Powstania Warszawskiego, a także nieznane dotychczas dokumenty z archiwum IPN.
Przedstawiamy fragmenty książki Jarosława Wróblewskiego "Zośkowiec" opublikowanej przez wydawnictwo Fronda.

"Zośkowiec" -  rozdział "Czas Wyklęty"

Reklama

Większość oddziałowych starała się jak najbardziej dokuczyć i utrudnić pobyt w więzieniu. Szczytem szykany było wyprowadzenie więźniów z celi na korytarz, oddziałowy wchodził wtedy do celi i jednym kopnięciem przewracał kibel z całą zawartością, a następnie krzycząc, wpychał wszystkich do środka.

Cała betonowa podłoga była zalana nieczystościami, a zbierać je trzeba było rękami, szmat nie było, ewentualnie ktoś musiał poświęcić koszulę. Oczyszczenie podłogi nie było rzeczą łatwą, a dużym utrudnieniem przy sprzątaniu był panujący tłok. Powierzchnia celi niewielka, a osób sporo. Nieprzyjemny zapach spotęgowany upałem pozostawał w powietrzu jeszcze przez parę następnych dni.

Przyszedł czas sądu. Razem ze mną była sądzona moja żona Halina, aresztowana mniej więcej w tym samym czasie, co ja. Od chwili aresztowania nie wiedziałem, gdzie przebywa i dopiero teraz spotkaliśmy się. Przewieziono nas samochodem ciężarowym, przeznaczonym do przewozu więźniów, ze szczelnym blaszanym nadwoziem, na ulicę Koszykową, gdzie mieścił się Rejonowy Sąd Wojskowy.

Proces rozpoczął się od odczytania aktu oskarżenia, opartego na Kodeksie Karnym Wojska Polskiego. Czego tam nie było: przynależność do nielegalnej przestępczej organizacji pod nazwą Armia Krajowa, przygotowywanie i wykonywanie zamachów na dostojników państwowych, przygotowywanie  zbrojnego obalenia ustroju.

Żona moja Halina była oskarżona o to, że wiedziała o mojej rzekomej działalności i nie doniosła o tym fakcie odpowiednim władzom. W języku więziennym artykuł ten nazywał się "wiedział, nie powiedział". Aktu oskarżenia nie tylko nie otrzymałem, lecz nigdy go nie widziałem, jedynie usłyszałem z ust sędziego.

Do winy się nie poczuwałem, do żadnej organizacji nielegalnej, mającej za zadanie obalenie ustroju nie należałem, żadnych zamachów na dostojników komunistycznych nie przygotowywałem, ale to dla wysokiego sądu nie miało znaczenia. Tryb postępowania sądu polegał na tym, aby wyimaginowane zarzuty uznać za rzeczywistą prawdę, a wszystko inne odrzucić przez wygłoszenie przez sędziego formułki: "Sąd nie daje wiary".

Sądy wojskowe w tym okresie były specyficzną instytucją, zaprzeczeniem elementarnej sprawiedliwości. W większości "procesów" nie było konieczności obecności prokuratora, a sędzia spełniał obie role i o co w imieniu prokuratora wnioskował, to jako sędzia zatwierdzał. Również, aczkolwiek teoretycznie, istniało pojęcie świadka obrony, ale praktycznie nie znam przypadku, aby sąd zgodził się na powołanie takiego świadka. Główną rolą obrońcy nie była obrona oskarżonego, ale pomoc w sprawnym przeprowadzaniu postępowania. Adwokatem w sądach wojskowych mógł zostać tylko członek partii (w tym okresie PPR) i ponadto mieć zgodę Komitetu Centralnego partii. Tak więc przeprowadzanie procesu to była gra do jednej bramki.

Zdjęcie

Jarosław Wróblewski "Zośkowiec" Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2014 /materiały prasowe
Jarosław Wróblewski "Zośkowiec" Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2014
/materiały prasowe

W czasie procesu przewinęło się wielu świadków, oczywiście oskarżenia, powołanych przez sąd i w większości całkowicie mi nieznanych. Najciekawszym i jednym z głównych świadków oskarżenia była dziewczyna w wieku około 25 lat, która twierdziła, że zgłosiła się do sądu dobrowolnie, bez wezwania, bo czuje się w obowiązku złożyć zeznanie, dotyczące mojej osoby. Zeznawała z pewnością siebie, jak na pamięć wyuczoną lekcję, mocno mnie obciążając, przypisując mi czyny, o których ja nigdy nie słyszałem. Na pytanie obrońcy mecenasa Maślanki - czy mnie zna - nie przerywając swojej tyrady, odpowiedziała, że nie, widzi mnie po raz pierwszy, a skąd o tym wszystkim wie - odpowiedziała bez wahania: "Wszystko to mówił mi oficer śledczy". Obrońca zwrócił się do sądu o wykluczenie świadka. Sędzia nawet nie zareagował i prowadził rozprawę dalej.

Proces trwał trzy dni i zakończył się wyrokiem skazującym aż z trzech artykułów: art. 86 KKWP - 15 lat, art. 225 KK - 10 lat, specjalnego Dekretu z 1945 roku - 12 lat. Sąd orzekł jako łączną karę 15 lat więzienia, utratę na okres 5 lat praw publicznych, honorowych i obywatelskich oraz całkowitą utratę mienia.

Żona została skazana z jednego artykułu - 4 KKWP na 8 lat więzienia i również na takie same kary dodatkowe. Aktu oskarżenia, wyroku, jak też uzasadnienia wyroku (sentencji wyroku) nie otrzymałem. Dopiero po 48 latach od skazania udało się z czeluści archiwów wyciągnąć podniszczoną kopię wyroku; innych dokumentów, niestety, nie udało się odzyskać.

Następnego dnia ogolono mi głowę na zero i przeniesiono na oddział 6. Oddział ten zajmował całe pierwsze piętro dłuższego boku budynku. Pod nim mieścił się oddział śledczy, w którym niepodzielnym panem życia i śmierci był major Serdakowski. Ulubionym jego zajęciem było bicie więźniów kantem linijki po piszczelach nóg. Po takim kilkakrotnym zabiegu ciało odstawało od kości.

 

Więcej na temat książki "Zośkowiec" znajdziesz na stronie Księgarni Ludzi Myślących

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL

materiały prasowe
Więcej na temat:"Zośkowiec"