Jacek Kaczmarski to artysta bardzo ważny dla mnie, jak zapewne również dla wielu z pokolenia 40-50-latków. To właśnie jego piosenki zaraziły mnie trwale miłością do historii.

Zdjęcie

Resztki pomnika utrwalaczy "władzy ludowej" /Artur Chmielewski /Agencja FORUM
Resztki pomnika utrwalaczy "władzy ludowej"
/Artur Chmielewski /Agencja FORUM

Usłyszałem go po raz pierwszy gdy miałem 10 lat, ekspresja jego śpiewania i trudne do zdefiniowania to "coś" podświadomie upewniało mnie, że ten gość mówi szczerze i... prawdę. Nieco później, w zbuntowanym okresie nastoletnim - poszukiwania sensu - ta cecha jego twórczości była bardzo ważna. Dla mnie pozostała ważna do dziś.

Kaczmarski poprzez piosenki niesamowicie opowiadał historię Polski. Często bardzo trudną i dla niektórych niewygodną. W okresie Solidarności (1980 - 1981) okrzyknięto go "pieśniarzem opozycji", przypisując zbyt dużą wagę polityczną jego twórczości. Potrzebny był bard na sztandary. Jacek Kleyff odsunął się od polityki. Jan Krzysztof Kelus lirycznie i cicho nucący swoje piękne ballady nie pasował do wizerunku "rewolucji". Jacek Karczmarski krzyczał...

Reklama

W imię wyższego narodowego dobra nie prostowano tego wizerunku, choć nie był on do końca zgodny z prawdą i jego intencjami, co wielokrotnie podkreślał w wywiadach. Piosenki Kaczmarskiego zahaczały o politykę o tyle, o ile w ostatnich 200 latach miała ona wpływ na życie zwykłych Polaków, czyli raczej sporo.

Jacek Kaczmarski w swoich piosenkach malował słowem obrazy z dawnych naszych dziejów. Robił to bardzo ekspresyjnie, czasami nucąc cichutko, innym  razem doprowadzając śpiew prawie do krzyku. Opowiadał też o postawach i wyborach zwykłych ludzki. Często mówił o rozbieżności pomiędzy powinnością moralną a zwykłą ludzką słabością. Historia według niego miała ludzką twarz - honorową, ale też nie wolną od wahań - a nie tylko pomnikowy czy książkowy wizerunek. To było i jest nadal siłą jego twórczości. Dlaczego trafił na indeks? Po prostu nasza historia była zbyt trudna, złożona i niewygodna dla ówcześnie rządzących, a on opowiadał o niej prawdziwie.

Każda piosenka Kaczmarskiego to historia w pigułce. Za każdą stali ludzie i ważne wydarzenia w naszej historii. Gdyby chcieć, dla przykładu, wspomnieć najważniejsze jego piosenki trzeba by wymienić ich co najmniej 30 - 40, a może więcej.

Bardzo ciekawa była konstrukcja jego utworów, zarówno w faktograficznej sferze tekstowej, jak i w bogatych formach wykonania. Wciągu 3-4 minut trwania piosenki, jak najlepszy aktor, potrafił wypowiadać się jako kilka osób, zmieniają diametralnie ton, tempo i barwę głosu.

W prezentowanej poniżej piosence "Świadkowie" wciela się w sześć postaci -  głos prowadzącego program, czytającego list matki oraz telewidza, trzech więźniów, radzieckiego żołnierza i narratora.

 

Jacek Kaczmarski "Świadkowie"

Od trzydziestu lat szukam syna, wojnę przeżył, wiem to, bo pisał.

Na tym zdjęciu jest razem z dziewczyną, która mieszka ze mną do dzisiaj,

w jego liście ostatnim przeczytam:

"Jadę do was, uściskaj tatę, mam dla niego na wojnie zdobytą marynarkę w angielską kratę.

Sam ją noszę na razie, choć mała...".

Syn był wielki, barczysty i silny, jeśli wie ktoś, co się z nim stało, niech da znać, bardzo proszę, pilne.

Droga Pani! W programie "Świadkowie" oglądałem Panią przypadkiem.

Od trzydziestu lat w Rembertowie mieszkam, z wojny pamiątki mam rzadkie.

Okradałem kiedyś skrzynki pocztowe - w listach były pieniądze czasami,

wśród tych listów są trzy obozowe, może będą ciekawe dla pani...

 

Starsi czytelnicy pamiętają zapewne telewizyjny program "Świadkowie", emitowany na przełomie lat 70 i 80. W dość ponurej scenografii (przyciemnione światło, mroczna muzyka, ogromnej wielkości cyfry ułożone w daty ważnych historycznie okresów) głos płynący gdzieś z tyłu czy z góry scenografii czytał listy telewidzów.

Przedstawiano zagadkowe losy zaginionych ludzi. Celem programu było poszukiwanie odpowiedzi. Czasami się to udawało. Częściej nie. Redakcja nie narzekała jednak na brak listów od telewidzów, dla wielu była to kolejna próba odnalezienia bliskich lub chociażby informacji o nich. W większości polskich rodzin było jeszcze wiele niezaleczonych blizn.

Program miał bardzo dużą oglądalność. Od zakończenia wojny minęło 30 lat. Od "odwilży" 1956 roku - 20 lat. Starzy rodzice szukali synów, żony mężów, dorosłe już dzieci szukały ojców. Bardzo dobrze specyficzną formę tego programu odtwarza pierwsza część tej piosenki.

 

"Bracie, braciszku, wojnę przeżyłem a z lasu wyszedłem za wcześnie.

We wsi mnie jakiś patrol przydybał i taki był koniec pieśni.

Siedzę w obozie razem z Niemcami, NSZ i AK,

trzymam się zdrowo, do domu wrócę kiedy się tylko da.

Wczoraj niektórzy z nas uciekali, ja się trzymałem z daleka

(gdy się z takiego obozu pryska trzeba mieć dokąd uciekać!).

Dziś ciężarówką zwieźli połowę, resztę skreślono z list,

teraz ich biorą na przesłuchanie, patrzę, nie mówię nic. (...)

 

Jesienią 1944 roku, w Rembertowie, na przedmieściach Warszawy, w zabudowaniach przedwojennej fabryki amunicji "Pocisk", Rosjanie (NKWD) utworzyli obóz jeniecki. Na początku trzymali tam tylko Niemców, szybko jednak zaczęli umieszczać tam również żołnierzy Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych oraz innych organizacji niepodległościowych. Dla nich obóz ten był etapem przed wywózką w głąb Rosji, przeważnie na Syberię.

Zdjęcie

Jacek Kaczmarski /Andrzej Wiernicki /Agencja FORUM
Jacek Kaczmarski
/Andrzej Wiernicki /Agencja FORUM

Nikt nie miał złudzeń, co do przyszłości. Rosjanie też tego nie ukrywali. Obóz otoczony był dwoma liniami drutów kolczastych z wieżami strażniczymi. W niedalekiej okolicy, na terenie Warszawy stacjonowały duże jednostki wojsk sowieckich i podległego im polskiego wojska (ludowego).

Akcję rozbicia obozu przeprowadzono w nocy z 20 na 21 maja 1945 roku. Dokonał tego oddział partyzancki Armii Krajowej z okolic Mińska Mazowieckiego, dowodzony przez podporucznika Edwarda Wasilewskiego ps. "Wichura". Decyzję o ataku podjął komendant obwodu "Kamień" (miasto i powiat Mińsk Mazowiecki) kapitan Walenty Suda ps. "Młot".

Atak był całkowitym zaskoczeniem dla straży obozowej. Partyzanci szybko opanowali obóz i uwolnili polskich jeńców. Baraki z Niemcami nie zostały otwarte. Ci, którzy zdecydowali się na ucieczkę opuścili obóz. Wycofał się też oddział partyzancki ppor. "Wichury". Cała akcja - atak, zajęcie obozu i ewakuacja - trwały zaledwie 25 minut.

Prawdopodobnie z obozu uciekło kilkuset Polaków (niektóre relacje mówią nawet o 1000 uciekinierów). Około 100 zostało schwytanych podczas zorganizowanego kilka godzin później pościgu. Wielu z nich zamordowano na miejscu, a do obozu przywieziono tylko zmasakrowane ciała. 

 

(...) Był jeden taki przyjemnie spojrzeć, wysoki, obszerny w barach,

wyższy, silniejszy nawet ode mnie, znasz mnie, trudno dać wiarę.

Miał marynarkę w angielską kratę, razem z tamtymi pruł,

Gdy go złapali i przesłuchali, wyszło człowieka pół.

Zapadł się w sobie, chodzić nie może, niższy jest chyba o głowę.

Nie znam się na tym, ale wygląda jakby miał żeber połowę.

Tak tu żyjemy, list ten wysyłam Rosjanka (kocha tu mnie).

Jak mam już siedzieć, wolę u swoich, zawiadom o mnie UB".

"Tatusiu, uciec się nie udało, nie wiem czy jeszcze napiszę,

Ten w marynarce w angielską kratę z daprosa na czterech przyszedł,

więc teraz ja się nim opiekuję, tak jak on mną przez lat cztery.

Trochę się boję co z nami zrobią. Szkoda, do jasnej cholery!".

 

Tych, których przywieziono do obozu żywych, poddano bestialskim torturom. Nie chodziło o uzyskanie jakichkolwiek informacji, bo więźniowie nie wiedzieli o planowanym ataku. Bestialskie tortury, których wielu więźniów nie przeżyło, były tylko aktem zemsty i wynikiem dzikiej wściekłości sowietów z NKWD.

Niezmiernie ważnym był również efekt propagandowy tej akcji. Pokazała ona, że istnieje zbrojna opozycja i że jest zdolna do bardzo skutecznego działania. Rozbicie obozu jenieckiego znajdującego się w niedalekim sąsiedztwie dużych jednostek wojsk sowieckich było nie lada wyczynem. Przez kilka następnych tygodni krążyły po Warszawie mocno przekoloryzowane opowieści o kulisach akcji rozbicia obozu, o dziesiątkach zabitych "kacapów" i o tysiącach uwolnionych AK-owców.  

 

"Mamasza, mnie sjemnadsat liet a ja uże liejtienant!

Sdies wsio w paradkie, polskich my unicztażim banditow,

tagda ja napiszu pismo i wsio skażu ja wam.

Sczas nie chwatajet sił i spit moj major, Szachnitow.

Atcu skazi szto u mienia jest dla niewo padarok:

pidżak s anglijskoj plietuszkoj papał mnie prosto darom!"

 

Ta zwrotka to treść jednego z listów, o którym mowa na początku piosenki. Pisze go  żołnierz radziecki do matki. Spojrzenie na sprawę z drugiej strony, inna perspektywa tego samego zdarzenia:

"Mamo mam 17 lat i już jestem porucznikiem. Tu wszystko w porządku, niszczymy polskich bandytów. Napiszę do ciebie list i wszystko ci opowiem, teraz jednak nie mam już sił i śpi mój dowódca major Szachnitow. Powiedz ojcu, że mam dla niego prezent: marynarkę w angielską kratę, dostałem ją za darmo".       

 

Wejdźmy głębiej w wodę kochani.

Dosyć tego brodzenia przy brzegu.

Ochłodziliśmy już po kolana.

Nasze nogi zmęczone po biegu.

Wejdźmy w wodę po pas i po szyję.

Płyńmy naprzód nad czarną głębinę.

Tam odległość brzeg oczom zakryje,

I zeschniętą przełkniemy tam ślinę.
Potem każdy się z wolna zanurzy.

Niech się fale nad głową przetoczą.

W uszach brzmieć będzie cisza po burzy.

Dno otwartym ukaże się oczom.

Tak zawisnąć nad ziemią choć na niej,

Bez rybiego popłochu pośpiechu.

I zapomnieć, zapomnieć kochani,

Że musimy zaczerpnąć oddechu.

 

Wejdźmy głębiej w wodę kochani... No właśnie. Czytając bardzo rozbieżne komentarze różnych artykułów publikowanych tutaj (Interia "Nowej Historii") przypuszczam, że każdy inaczej zinterpretuje końcówkę tej piosenki. Niesie ona bardzo głęboki sens.

"Co autor chciał powiedzieć..." to powiedział. A jak my to zrozumiemy to już nasza sprawa. Dla jednych będzie to historia o bandytach, dla innych o bohaterach.

 

Tomasz Szczerbicki

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL