Masowe mordy, gwałty i grabieże dokonywane przez żołnierzy Armii Czerwonej, deportacja kilkudziesięciu tysięcy mężczyzn do kopalń na wschód, wreszcie komunistyczne obozy pracy z sadystycznymi komendantami - tak wyglądała powojenna rzeczywistość na Górnym Śląsku. O dramatycznych wydarzeniach z lat 1945-1948, o których w Polsce zaczęto głośno mówić dopiero po upadku komunizmu, opowiedział Interii historyk dr Dariusz Węgrzyn z Instytutu Pamięci Narodowej.

Zdjęcie

Brama komunistycznego obozu pracy Zgoda w Świętochłowicach Zgodzie /Dominik Gajda /East News
Brama komunistycznego obozu pracy Zgoda w Świętochłowicach Zgodzie
/Dominik Gajda /East News

Artur Wróblewski, Interia: Czym były wydarzenia określane mianem Tragedii Górnośląskiej?

Dr Dariusz Węgrzyn, Biuro Badań Historycznych IPN w Katowicach: Tragedia Górnośląska jest w różny sposób definiowana. To głównie pojęcie publicystyczne, które gości na łamach prasy czy w telewizji. Nie oznacza to oczywiście, że nie jest używane przez naukowców. Czym była zatem tak zwana Tragedia Górnośląska? To są wydarzenia związane z końcem drugiej wojny światowej na Górnym Śląsku i latami następnymi. Chronologiczny początek jest dość jasno zarysowany, to wkroczenie Armii Czerwonej na Górny Śląsk. Stało się to w styczniu 1945 roku. Od tego momentu miały miejsce wydarzenia, które określa się właśnie tą nazwą. Zaznaczę jednocześnie, że wojna na Górnym Śląsku nie zaczęła się w 1945 roku i wydarzenia te należy ujmować w szerszej perspektywie od 1 września 1939 roku. Natomiast główne i najtragiczniejsze wydarzenia Tragedii Górnośląskiej rzeczywiście zaczynają się na początku 1945 roku. Wcześniej ten obszar nie był aż tak bardzo doświadczony wojną, nie było zbyt wielu zniszczeń, obszar właściwie ominęły bombardowania. To się zmieniło w momencie wkroczenia Armii Czerwonej.

Reklama

Dlaczego Górny Śląsk ucierpiał szczególnie?

- Głównym problemem Górnego Śląska był fakt, że to był teren pogranicza, który przed wybuchem drugiej wojny światowej znajdował się w granicach dwóch organizmów politycznych, czyli II Rzeczpospolitej i III Rzeszy. Granica oddzielająca polską część Śląska od niemieckiej była dość sztuczna, bo trudno przecież administracyjnie podzielić jedną krainę historyczną. Zwłaszcza, że Górny Śląsk był terenem mocno zurbanizowanym, gdzie granica przebiegała wzdłuż płotów, przez ulicę czy stanowił ją jakiś mur. Graniczne położenie powodowało również, że część mieszkańców deklarowała się jako Polacy, część jako Niemcy, a jeszcze jedna część definiowała się jako "tutejsi". Ludzie ci nie chcieli ostatecznie się definiować narodowościowo, byli związani z ziemią i miejscem zamieszkania. Natomiast to, czy oni byli jednoznacznie Niemcami czy Polakami, to dla nich nie miało największego znaczenia. Definiowali się jako Górnoślązacy, jako ci "stąd". Dzieje historii spowodowały, że zarówno nazizm, jak i później komunizm, postanowiły różnorodność mieszkańców Górnego Śląska zlikwidować. Dla Niemców miał to być obszar stricte niemiecki. To determinowało działania Niemców na terenie Górnego Śląska należącego przed 1 września 1939 roku do Polski. Uznali oni, że ludność zamieszkująca ten obszar jest ludnością niemiecką i nadaje się na volkslistę. Tutaj chciałbym zaznaczyć, że kwestia volkslisty na Górnym Śląsku a w Generalnym Gubernatorstwie, zasadniczo się różniły. By zostać wpisanym na volkslistę w Generalnym Gubernatorstwie, należało się wkraść w łaski niemieckiego okupanta, zazwyczaj jakimś jednoznacznie negatywnym zachowaniem wobec okupowanej ludności polskiej. Natomiast na Górnym Śląsku wpisanie na listę było zjawiskiem powszechnym i odgórnym. Niemcy przyjęli, że odzyskują ludność górnośląską dla niemczyzny, a wpis na volkslistę był czymś tymczasowym, bo docelowo Górnoślązacy mieli stać się w pełni Niemcami. Ci, którzy z pewnych powodów nie chcieliby przejść tego procesu, zostaną wysiedleni. Nazistowska polityka bardzo skomplikowała sytuację narodowościową na Śląsku.

- Przychodzi rok 1945 i na ludność Górnego Ślaska spada strach. Wszyscy byli przerażeni i zastanawiali się jak, Sowieci potraktują mieszkańców tego obszaru? Czy uznają ich za Niemców, czy może jednak zwrócą uwagę na zawiłość sytuacji związanej z pogranicznym położeniem Górnego Śląska? Częściowo te obawy się spełniły, a częściowo nie. Mimo wszystko do przedwojennej granicy z 1 września 1939 roku, czyli na terenach należących wówczas do II Rzeczpospolitej, Sowieci jakoś się zachowywali. Nie powiem, że ich zachowanie było w pełni cywilizowane, że nie było zabójstw, rabunków, gwałtów czy innych przestępstw. Oczywiście były. Widać jednak wyraźnie, że dowództwo Armii Czerwonej hamuje żołnierzy. Natomiast wszelkie hamulce zostają zwolnione po przekroczeniu granicy niemiecko-polskiej z 1 września 1939 roku. Nieważne, że to była jedna kraina historyczna, a ludność tam zamieszkująca nie była wyłącznie niemiecka. Dla Sowietów to były Niemcy.

Dlatego czerwonoarmiści zachowywali się jak barbarzyńcy?

- Symbolem tego, jak zachowywała się Armia Czerwona po wkroczeniu w granice III Rzeszy jest oczywiście Nemersdorf w Prusach Wschodnich. Tam zamordowano 24 czy 26 cywilów. Tymczasem na Górnym Śląsku mamy na przykład miejscowość Przyszowice, gdzie czerwonoarmiści zamordowali 69 osób, czy Miechowice, gdzie mamy 380 zamordowanych osób. W Gliwicach ofiar było co najmniej 800, a mówi się nawet i o 1500 zamordowanych cywilów. W Boguszycach zamordowanych zostało 250 osób... Można by tak wymienić. Co istotne, nie mówimy tutaj o ofiarach działań wojennych, bo w czasie walk zawsze giną przypadkowi cywile. Mówimy o ofiarach zabitych już po zajęciu tych miejscowości, po zakończeniu walk. Dziś nie jesteśmy w stanie oszacować pełnej liczby cywilów zamordowanych przez żołnierzy Armii Czerwonej. Tak naprawdę właściwie każda miejscowość na Górnym Śląsku została dotknięta w mniejszym lub większym stopniu. Gdy spojrzy się na mapę z zaznaczonymi miejscami mordów, to odzwierciedla ona przedwojenną granicę polsko-niemiecką. Masowe zbrodnie zaczęły się od granicy, chociaż jest kilka miejscowości, gdzie Sowieci mordowali jeszcze przed przekroczeniem granicy. Przykładem są wspomniane wcześniej Przyszowice. Tam czerwonoarmiści byli przekonani, że są już w III Rzeszy.

- O ile już te masowe mordy są szokujące, bo zabija się nawet po kilkaset osób w jednej miejscowości, to należy również wspomnieć o przemocy wobec kobiet. Ta była powszechna. W niektórych miejscowościach Sowieci zgwałcili wszystkie kobiety, o czym mówią nawet polskie powojenne źródła. Skala gwałtów była potworna, gwałcono wszystkie kobiety, również dziewczynki.

Czy w ten sposób zachowywali się wszyscy czerwonoarmiści?

- Mówiąc o przestępstwach Armii Czerwonej trzeba zaznaczyć, że żołnierze pierwszej linii frontu zachowywali się w miarę cywilizowanie. Wynikało to z faktu, że jako jednostki liniowe musieli posuwać się szybko naprzód i nie mieli czasu na mordowanie, gwałcenie i rabowanie. To pojawia się nagminnie wraz z drugą falą czerwonoarmistów. Nie oznacza to jednak, że jednostki liniowe były bardziej zdyscyplinowane. Gdy ranni z tej pierwszej fali oddziałów trafiali do lazaretów na zapleczu frontu, również uczestniczyli w przestępstwach. Mieli wtedy więcej czasu dla siebie, mieli broń i to wykorzystywali. Mamy na przykład opisy z Gliwic, gdzie rekonwalescenci z Armii Czerwonej chodzą po mieście w szpitalnych piżamach z karabinami i mordują, gwałcą i rabują. Ludność cywilna była zdana na ich łaskę i niełaskę.

- Trzeba też zwrócić uwagę na jedną rzecz. Na przedwojennym polskim Górnym Śląsku dopuszczono do rządzenia polską komunistyczną administrację, co w pewien sposób tonowało zachowania Armii Czerwonej. Natomiast na przedwojennej niemieckiej części Górnego Śląska, która dopiero później weszła w skład państwa polskiego, działa sowiecka wojskowa administracja. Polskiej administracji tam jeszcze nie ma. Na tych terenach, uważanych przez Sowietów za podbite i okupowane, czerwonoarmiści robią, co chcą. Dodatkowo, mamy tutaj do czynienia z eksplozją sowieckiego gniewu wobec Niemców za ich zbrodnie w Związku Sowieckim. Górny Śląsk miał tego "pecha", że był jednym z pierwszych niemieckich terenów, gdzie wkroczyła Armia Czerwona. Bestialstwo sowieckich żołnierzy było sprowokowane faktem, że maszerując na zachód widzieli efekty zbrodni i zniszczeń niemieckich. W zdewastowanych rosyjskich wioskach spotykali zagłodzone kobiety i dzieci, które prosiły ich, by zemścili się na Niemcach za ich krzywdy. Gdy dowódcy informują ich, że przekroczyli granicę niemiecką, czy to w Prusach Wschodnich, czy na Górnym Śląsku, ten gniew eksploduje, a ludność cywilna staje się obiektem zemsty. Tym również należy tłumaczyć zniszczenia dokonywane tylko dla samego zniszczenia. Przecież Sowieci nie mogli wszystkiego zrabować. Ile zegarków i rowerów mógł zabrać ze sobą żołnierz frontowy? Możliwości miał ograniczone.

- Zniszczenia były również efektem strachu. Sowieccy żołnierze wchodzili na teren obcy nie tylko językowo, ale także pod względem cywilizacyjnym, kulturowym czy infrastrukturalnym. Na Górnym Śląsku mamy całą masę opowieści o tym, jak czerwonoarmiści nie mogli się nadziwić, że z kranu płynie woda. Woda ze ściany! Czymś niepojętym były dla nich ubikacje. Jest wiele opowieści o tym, jak Sowieci obstukiwali porcelanę ze złotej farby w przekonaniu, że to prawdziwe złoto. Dla części żołnierzy Armii Czerwonej to był zupełnie fantastyczny świat. A gdy prosty sowiecki żołnierz wchodził na teren, gdzie pojawiały się elementy dla nich - powiedzmy wprost - magiczne, to u takich ludzi pojawiał się czasem strach i gwałtowne reakcje. Dodajmy do tych niekontrolowanych reakcji broń palną. Gotowy przepis na tragedię. Przykładem może być Nysa, która nie ucierpiała w wyniku działań wojennych, ale spłonęła później. Podobnie było z Olesnem, które nie zostało zniszczone w czasie działań frontowych, ale gdy polska administracja przejmowała miasto, to okazało się, że jest w połowie zniszczone. Z czego to wynikało? Ludność w obawie przed czerwonoarmistami chowała się w kryjówkach i piwnicach. W tym samym czasie żołnierze sowieccy plądrowali miasto. Gdy wybuchł jakiś pożar, o co nie było trudno, bo z powodu braku elektryczności Sowieci biegali po mieście z pochodniami, to nie było komu gasić ognia. Nikt z mieszkańców nie chciał ryzykować wyjścia na ulicę, gdzie szaleli uzbrojeni czerwonoarmiści.

Artykuł pochodzi z kategorii: PRL