Nie wiedzieliśmy czy strajk w Stoczni Gdańskiej zakończy się sukcesem czyli podpisaniem porozumień - mówi Bogdan Borusewicz. Dziś mija 35 lat od podpisania historycznych porozumień, które zapoczątkowały przemiany polityczne w Polsce.

Zdjęcie

Strajkujący i rodzina pozdrawiają się przez ogrodzenie Stoczni fot. Lehtikuva /AFP
Strajkujący i rodzina pozdrawiają się przez ogrodzenie Stoczni fot. Lehtikuva
/AFP

Borusewicz wspomina, że atmosfera pierwszych dni strajku była wyjątkowo napięta i trudno było przewidzieć co może się wydarzyć. Z głośników słychać było wezwania do pracy i groźby, że jeżeli ktoś nie podporządkuje zostanie zwolniony z pracy, wzywano także do opuszczenia terenu zakładu przez osoby spoza stoczni - to dotyczyło między innymi i mnie dodaje Bogdan Borusewicz.

Panowała atmosfera zagrożenia i strachu, potem to się ustabilizowało, choć bardzo często ludzie mówili, że pierwszy postulat "wolne związki zawodowe" jest nierealny. Jak wyjaśnia, to wtedy nabrał przekonania, że może się udać ponieważ o postulatach zaczęli mówić wszyscy robotnicy - nie tylko kierownictwo strajku.

Reklama

Borusewicz dodaje, że przez cały czas strajku w stoczni otaczali go współpracownicy, którym ufał - a to było niezwykle istotne. Współpracował ze mną cały zespół Komitetu Obrony Robotników, różni ludzie dochodzili, ale na własnej skórze ustalałem, kto był agentem - a kto nie. Dodatkowe informacje dostarczał Adam Hodysz.

Robotnicy bardzo potrzebowali wsparcia psychologicznego, trzeba było cały czas ich motywować - ale ja nie miałem władzy nad tłumem - to robił Lech Wałęsa, dodaje Bogdan Borusewicz.

Oni wiedzieli co mieli zrobić, ale trzeba było ich przygotować. To Lech Wałęsa miał władzę nad tłumem, był starszy, ja nie przemawiałem - stałem z tyłu - wyjaśnia Borusewicz. Ja dodaje "będąc nie byłem".

Dzień wcześniej podpisano porozumienia w Szczecinie, a 3 września w Jastrzębiu.

31 sierpnia jest świętem państwowym, to Dzień Wolności i Solidarności.

Artykuł pochodzi z kategorii: Aktualności