Nawet średnio zorientowany w gospodarce jest w stanie podać - i to bez większego namysłu - niekrótką listę krajów, będących dziś największymi producentami ropy naftowej.

Zdjęcie

"Lebacy" - zbieracze ropy naftowej z łapaczek i rozlewisk na kopalniach w Boryslawiu /Marek Zajdler /East News
"Lebacy" - zbieracze ropy naftowej z łapaczek i rozlewisk na kopalniach w Boryslawiu
/Marek Zajdler /East News

Wyliczankę zaczyna się zwyczajowo od państw Bliskiego Wschodu (Arabia Saudyjska, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Irak, Kuwejt, Katar, Syria, Oman), wysoko klasyfikuje się Rosję i jej sąsiadów (Azerbejdżan, Kazachstan, Turkmenistan, Uzbekistan), jednym oddechem dodaje północną (Libia, Algieria, Egipt) i zachodnią oraz południową Afrykę (Nigeria, Angola, Kongo, Gwinea Równikowa, Gabon, Czad, RPA), nie zapomina o obydwu Amerykach (Stany Zjednoczone, Kanada, Meksyk, Wenezuela, Brazylia, Argentyna, Kolumbia, Ekwador, Peru), wschodnich rubieżach Azji (Chiny, Indonezja, Brunei, Malezja, Tajlandia, Wietnam), zazdrości podmorskich zasobów Norwegii czy Wielkiej Brytanii - a o Polsce zazwyczaj się milczy. Polski próżno szukać pośród nawet 50 największych potęg wydobywczych.

A przecież były czasy, kiedy nasz kraj (a precyzyjniej: ziemie polskie pod zaborem austriackim) zajmował pośród naftowych potęg miejsce, przynależne dziś gigantom spod znaku OPEC. Czasy stosunkowo nieodległe: sprzed stulecia. Nastałe po półwiecznym okresie budowania potęgi - od zera, od niczego. Względnie: od płytkich, naturalnych zagłębień w ziemi podgorlickich wsi, gdzie wszystko (wbrew stereotypom, ukształtowanym w PRL-owskiej historiografii) tak naprawdę się zaczęło.

Choć bowiem za początek polskiego (a i światowego) przemysłu naftowego uważa się uruchomienie przez Ignacego Łukasiewicza kopalni w Bóbrce, położonej między Krosnem a Duklą, to w istocie przemyślane górnictwo, celem którego było wydobywanie oleju skalnego, zainicjowano co najmniej dwa lata wcześniej w Sękowej koło Gorlic. Mieszkający w Libuszy wieloletni wiertnik naftowy Tadeusz Pabis, który własnym sumptem i wysiłkiem, za emeryckie grosze założył prywatne muzeum przemysłu naftowego, wyszukał nieznane wcześniej dokumenty, jasno wskazujące, że w 1852 r. książę Jabłonowski z Kobylanki wystarał się w c. i k. Urzędzie Górniczym w Wieliczce o prawo drążenia szybu, a uzyskawszy je, sprowadził ze Śląska fachowych gwarków, zaangażowanych do wykopania studni głębokich na 12 sążni. 

Ropa na ich dnie pojawiła się już w lipcu 1852, dwa miesiące później urząd wydelegował na inspekcję radcę górniczego nazwiskiem Haleczko oraz markszajdera Hompescha; ich wizyta świadczy dowodnie, że nie były to już naturalne wycieki - takie, z jakich od wieków czerpano tłustą maź, używaną do leczenia chorób skórnych bydła, zwłaszcza owiec - ale najprawdziwszy, założony i prowadzony zgodnie z zasadami sztuki górniczej zakład wydobywczy.

Ale o ile prymat Bóbrki można poddawać w lekką wątpliwość, o tyle zasługi Łukasiewicza - na pewno nie. Aptekarz był z pewnością pierwszym, który stworzył zamknięty ciąg przemysłowy: obok kopalni (będącej dziś skansenem, pieczołowicie konserwującym najstarsze szyby, "Franka" i "Janinę"), stworzył rafinerię, w której przerabiano surowiec przede wszystkim na naftę. Łukasiewicz też - nie skrywający bynajmniej swoich doświadczeń pod korcem, lecz dzielący się wiedzą chętnie z każdym, kto chciał iść w jego ślady - dokonał sformalizowania nowej gałęzi przemysłu założeniem w 1879 r. Krajowego Towarzystwa Naftowego.

Zdjęcie

Portret polskiego nafciarza, lata 20. /Marek Zajdler /East News
Portret polskiego nafciarza, lata 20.
/Marek Zajdler /East News

Sukces dawnego aptekarza spowodował, że całe Podkarpacie rychło zaroiło się od poszukiwaczy cennej cieczy. Początkowo czerpano ją z płytkich studni, głębionych najprostszymi narzędziami, siłami ludzkimi, a lokalizowanych najchętniej w sprawdzonych - wedle ówczesnej praktyki geologicznej - miejscach: w siodłach pomiędzy wzniesieniami. Jak uczyło doświadczenie, właśnie takie ukształtowanie terenu dawało największe prawdopodobieństwo natrafienia na kumulacje, pod własnym ciśnieniem wyzwalające na powierzchnię, poprzez udostępniające ją otwory w ziemi, ropę. 

Z czasem studnie głębiono metodami mechanicznymi - świdrami udarowymi o napędzie parowym, a następnie (dzięki wprowadzeniu nowości, podpatrzonych w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, które rychło uznały odkrycie Łukasiewicza i z właściwym sobie rozmachem jęły szukać doskonalszych technologii) świdrami obrotowymi, znakomicie przyśpieszających drążenie ziemi. Ogromną rolę w postępie odegrał Kanadyjczyk William Henry McGravey, nazwany po latach "Naftowym Królem Austrii" - oprócz tego, że wprowadził w Galicji najnowocześniejsze i najwydajniejsze sposoby poszukiwawcze, że założył w Gliniku Mariampolskim koło Gorlic fabrykę narzędzi wiertniczych oraz rafinerię, był autorem największego odkrycia kumulacji węglowodorów - tego właśnie, które dało ziemiom polskim status naftowej potęgi.

McGarvey, tak nawiasem, syn irlandzkiego imigranta, prowadzącego w nowym kraju sklepik spożywczy, doszedł w Galicji do takiego majątku i statusu społecznego, że młodszą córkę wydał (nie bez rozterek: brały się one z wątpliwości, czy arystokrata jest godną partią dla "Naftowej Księżniczki"...) za Eberharda Friedricha Alexandra Josepha Edwarda hrabiego von Zeppelin, bratanka sławnego wynalazcy i producenta sterowców.

McGarvey był jednym z wielu, którzy (kierując się podobieństwem geograficznym i geologicznym wschodnich Karpat do Beskidu Niskiego, kolebki wszak kopalnictwa naftowego) przenieśli się z poszukiwaniami złóż ropy w stronę centralnych Bieszczadów i ich przedgórza. Płytkie złoża na Podkarpaciu wyczerpywały się, miejsca dla nowych kopalń brakowało; marsz na wschód był czymś oczywistym. Idący w tym kierunku przedsiębiorcy odnosili znaczące sukcesy w Słobodzie Rungurskiej i Schodnicy, rewelacyjnego zaś odkrycia (którego okoliczności najlepiej ilustrują metody, stosowanych w owych pionierskich czasach) dokonano na polach pod Borysławiem.

Polski przemysł naftowy

liczba zdjęć: 9

Reprezentujący tam firmę Kanadyjczyka Władysław Długosz (prawdziwy self-made-man: absolwent szkoły technicznej w Pradze, praktyk, zaczynający karierę górniczą od stanowiska pomocnika kopalnianego kowala, dzięki pracowitości i inteligencji awansowany na kierownika kopalni, próbujący bezskutecznie szczęścia za zaoszczędzone fundusze, a po fiasku i bankructwie pracujący na rzecz McGarveya, a w przyszłości krezus, austriacki poseł na Sejm Krajowy oraz do Rady Państwa, a także minister ds. Galicji, polski zaś senator), szukał w jego imieniu w 1896 r. ropy koło tego ukraińskiego dziś miasta. Kiedy świder minął uważaną za graniczną głębokość 500 m, a złóż nie było, patron kazał przerwać wiercenia. Długosz wespół z pracującym z nim genialnym samoukiem technicznym, chłopskim synem z Siar pod Gorlicami, Janem Rączkowskim, zignorowali polecenie: zapewniając szefa, że likwidują urządzenia, zapuszczali żerdzie wiertnicze coraz głębiej. Była to znana każdemu rasowemu nafciarzowi gorączka: wiara w sens tego, co się robi, przyćmiewająca głos rozsądku oraz rozkazy przełożonego. Jakoż i okazało się, że przeczucie nie myliło poszukiwaczy: na głębokości około 900 m świder przebił się do horyzontu, z którego buchnęła wielka ropa.

Był to przełom - potwierdzający, iż górnictwo naftowe ma wielkie perspektywy. Dzięki udowodnieniu, że na większych głębokościach niż wypraktykowane wcześnie (najstarsze sięgały kilku-kilkudziesięciu metrów, te zaś, na których zalegały wyczerpujące się złoża, nie przekraczały pięciuset), skryte są niezmierzone wręcz pokłady, w szybkim tempie zintensyfikowano wiercenia, a rekordy wydobycia ustanawiane były niemalże każdego dnia. Dochodziło przy tym do istnych "embarras de richesse": w naftowych annałach zapisał się przypadek firmy niejakiego Wolskiego, który otrzymywał z jednego szybu o nazwie "Wilno" 50 wagonów ropy na dobę - że nie było możliwości wywiezienia takiej ilości surowca, przedsiębiorca wykupił kawał nieużytków, przeciętych parowem, zagrodził go u obu wylotów i potraktował jako otwarty magazyn (jego zwartość sprzedał potem zresztą hurtem).

Czy Polacy mogliby ponownie wybić się na niepodległość?

Czy Polacy mogą wybić się na niepodległość - pytał kilka lat po ostatnim rozbiorze Rzeczpospolitej w broszurze o takim tytule Józef Pawlikowski, sekretarz Tadeusza Kościuszki. Niewykluczone, że była ona bezpośrednim wyrazem poglądów samego Naczelnika. czytaj więcej

Absolutnym rekordem borysławskim (czyli galicyjskim, czyli polskim) był szyb "Oil City", z którego pod własnym ciśnieniem wydobywało się na powierzchnię 200 wagonów ropy dziennie. Ten szyb, tak nawiasem, stał się powodem największej w dziejach katastrofy naftowej: wytryskująca ogromnym pióropuszem substancja zapaliła się, powodując istne pandemonium. Kłęby dymu i sadzy przesłaniały słońce, pożar trwał cztery miesiące. Takie przypadki nie były rzadkością - kiedy w 1914 r. sławny krajoznawca Mieczysław Orłowicz wydawał "Ilustrowany przewodnik po Galicyi, Bukowinie, Spiżu, Orawie i Śląsku Cieszyńskim", opisując Borysław odnotował pośród ciekawostek rzecz następującą: "Bardzo ciekawe są *wybuchy szybów naftowych, oraz **pożary szybów, szczególnie jeżeli się pali szyb wybuchający" (dla jasności: jedna gwiazdka oznaczała osobliwość wyjątkową, dwie - atrakcję non plus ultra).

Szczyt polskiego wydobycia datowany jest na 1909 r.: z galicyjskich kopalń czerpano wtedy 2 mln ton ropy - zważywszy, że w 2012 całość urobku krajowego potentata, Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, operującego na nieporównanie większym obszarze (zagranicznych złóż nie wyłączając) i dysponującego dalece doskonalszymi metodami zarówno poszukiwań jak i wydobycia, nie przekracza połowy miliona ton, zestawienie świadczy samo za siebie. Porównując pod względem udziału w światowej produkcji, ówczesne 9 proc. ogólnego wydobycia, przypisywane Galicji, odpowiadałoby dzisiejszemu poziomowi Stanów Zjednoczonych, czyli lokowałoby Polskę na trzecim miejscu w świecie.

Skutek wierceń zrewolucjonizował gospodarkę Europy. Nadmiar surowej, nieprzetworzonej ropy na rynkach spowodował drastyczny spadek cen i konieczność nie tylko pilnej budowy instalacji do przerabiania jej na wykorzystywaną już na stosunkowo dużą skalę benzynę (skutkiem czego stało się np. uruchomienie wielkiej rafinerii - zwanej "odbenzyniarnią" - w sąsiadującym z Borysławiem Drohobyczu), ale zgoła szukania całkiem nowych sposobów wykorzystania surowca: kolejowe władze Austro-Węgier np. sfinansowały szeroko zakrojone prace nad dostosowaniem parowozów do opalania ropą zamiast węgla - co automatycznie odbiło się na rentowności kopalń antracytu. Wielkie odkrycia miały jeszcze jeden niekorzystny dla naftowców aspekt: kiedy cena jednostkowa ropy spadła, w trosce o zachowanie opłacalności przedsięwzięć trzeba było sprzedawać jej więcej - a to mogło zapewnić jedynie zwiększenie wydobycia. Zwiększenie wydobycia wymagało z kolei tworzenia nowych kopalń, lokalizowanych na sprawdzonych, obfitujących w złoża polach naftowych. Borysław zapłacił za to wysoką cenę. Dość zacytować raz jeszcze Orłowicza: "Obie miejscowości (Drohobycz i Borysław - przyp. aut.) przedstawiają się jak las szybów naftowych i zbiór rezerwoarów, wśród których stoją nędzne i krzywe domki. Są one tak brudne i zaniedbane, że podobnych (nawet w przybliżeniu) nie znajdzie w całej Galicyi. Borysław posiada tylko jedną ulicę (...) zresztą komunikacja odbywa się przez pola lub łożyskami potoków. Chodniki zastępują deski, położone z boku ulic, które całymi miesiącami zalega niezmiernie głębokie błoto. Mimo, że w ciągu pół wieku tylu ludzi z kraju i zagranicy wywiozło stąd milionowego fortuny, dla podniesienia Borysławia i umożliwienia jego mieszkańcom znośnej egzystencji, nie mówiąc o wygodach, nie zrobiono niczego. Przedstawia się on dotychczas raczej jak obóz, niż jak miejscowość przemysłowa, to też każdy, nawet robotnik, który tu przybywa, stara się, wycisnąwszy jak najwięcej pieniędzy w krótkim czasie, czem prędzej wyjechać. Szczepanowski nazwał Borysław 'galicyjskiem piekłem'".

Nie był to jednak przypadek odosobniony: czyż podobne mechanizmy prywatyzowania zysków a uspołeczniania negatywnych konsekwencji uprzemysłowienia nie występowały w innych zakątkach - żeby za przykład brać chociażby Śląsk? Ale to już inna historia...

Faktem jest, że naftowa gorączka, która po dziś dzień ogarnia świat, rozbudza ambicje - także te najgorsze - wzięła swój początek z Polski, z polskiej Galicji. A że dziś można o tej hossie jedynie wspominać? Sic transit gloria...

Waldemar Bałda

Artykuł pochodzi z kategorii: Drogi do wolności