Prababka Władysława patrzy poważnie. Gładko uczesana. W sukni ciemnej, ozdobionej przy dekolcie starannie, symetrycznie ułożoną plecioną tasiemką. Na szyi długi łańcuch.

Zdjęcie

Władysława Sierakowska
/archiwum autorki /

Władysława Sierakowska stanęła przed aparatem fotograficznym u B. Sztejnera we Włocławku, ulica Piekarska 192. Fotograf reklamował się hasłem: "Niepogoda nie czyni różnicy w zdjęciach". W mieście były też "Fotografia artystyczna", K. Szałwiński, ul. Nowa (Szeroka, obok biura powiatu) i przy ul. Brzeskiej 323 atelier A. Kaszubski. B. Sztejner zaproponował jeszcze drugie ujęcie. Władysława zgodziła się. Nie zmieniła miny ani spojrzenia. Jedynie trochę wyżej upięła włosy.

Do Włocławka przyjechała z pobliskiego Lubrańca. Podróż dwukonnym pojazdem mogła trwać ponad godzinę. Był 1907 rok. Lubraniec na Kujawach należał do Kongresówki. Na odwrocie oryginału zdjęcia, tego z nieco wyżej upiętymi włosami, carski urzędnik przybił pieczęć i przy dacie napisał cyrylicą "Władisława Sierakowskaja".

Reklama

Władysława pozostawała panną, a miała już dwadzieścia siedem lat. Najstarsza z rodzeństwa. Po niej urodziły się Helena i Wiktoria oraz najmłodszy Franciszek. Rodzina utrzymywała się z młyna. Władysława nie miała jeszcze czternastu lat (urodziny wypadały w Wigilię), gdy zmarł jej tata, po którym miała imię. Wdowa wkrótce powtórnie wyszła za mąż. Znali się wcześniej. Antoni Jedwabny był w młynie czeladnikiem. W 1900 roku urodził się jeszcze Kazimierz. O Władysławie mówiło się, że wśród sióstr jest najspokojniejsza. Religijna. W 1908 roku, dnia 12 lutego wstąpiła do Stowarzyszenia Przenajdroższej Krwi. Wszystkim jego członkom polecało się, by codziennie modlili się o zwycięstwo Kościoła.

Wymodliła sobie kawalera. Na poważną pannę popatrzył raz, drugi i pewnie trzeci. Piekarz Andrzej Marciniak był od Władysławy trzy lata starszy. Podarowała mu swój fotograficzny portret.  Mógł kontemplować go wieczorami, przy naftowej lampie. Wzięli ślub w 1910 roku.

Wyniki konkursu "Historia jednej fotografii"

"Dotykam ogniw łańcucha. Są mocno splecione" - tymi słowami kończy swoją opowieść Karolina Prewęcka - laureatka głównej nagrody w konkursie "Historia jednej fotografii". Jak ogniwa łańcucha, nierozerwalnie splecione ze sobą są losy naszych rodzin, tych, którym przed nami... czytaj więcej

Okna ich domu w Lubrańcu wychodziły z jednej strony na kościół, a z drugiej na centralny Plac 3 Maja. Pierwsza urodziła się Róża, w 1912. Jej pierwsze wspomnienie to czerwony płaszczyk. Mama szybko otuliła nim dziewczynkę. Uciekły kilkaset metrów, do domu siostry mamy, do Wiktorii. Władysława przeraziła się wielkiego zgromadzenia na placu. Ogłaszano Akt 5 listopada. O sprzymierzeniu Niemiec i Austro-Węgier w 1916 roku. Końca największej z wojen nie było widać.

Władysława nie była już młoda, ale dzieci posypały się w niepodległej Polsce. Wojtka, najmłodszego, dziewiątego, urodziła w czterdziestym czwartym roku życia. Dwoje zmarło we wczesnym dzieciństwie. Marciniakowie prowadzili piekarnię. Dobrze się im powodziło. Prababka sprzedawała w sklepie. Spokojem, może nawet dostojeństwem zjednywała klientów. Asortyment bogaty. Samych bułek kilkanaście rodzajów. Zaopatrywali pobliskie dwory i gospodarstwo należące do włocławskiego Wyższego Seminarium Duchownego. Po przeciwnej stronie piekarnię miał Żyd Rosner.

Władysława w wolnych chwilach robiła na drutach i szyła ubrania dla swoich dzieci. Gdy córki podrosły, zabierała je do Łodzi. Co sezon miały nowe materiały na suknie i kapelusze. Szykowne panny na wydaniu w Lubrańcu. Róża, Girka, Ola i moja Babcia Dela. Pierwsza za mąż wyszła Girka, jeszcze przed wojną. Do pobliskiego Piotrkowa Kujawskiego, za mężem, wzięła zdjęcie mamy. W ozdobnej ramce powiesiła go w swoim domu. Wzięła też kawałek maminego łańcucha, upamiętnionego na zdjęciu. Władysława podzieliła go między córki. 

Przyszli Niemcy. Przy placu przemianowanym na Plac Adolfa Hitlera zburzyli piekarnię Marciniaka. Lolek zginął w Powstaniu Warszawskim. Po co pchał się aż do stolicy? Mógł zaszyć się w Lubrańcu, ale chciał się przydać Polsce. Z młodszym Tadeuszem wstąpili do konspiracji. Mamie nie powiedzieli, ale ona się domyślała. Patrzyła na nich poważnie, może nawet srogo, nie tylko ze zdjęcia. Nic nie powiedziała. Ciała Lolka nie odnaleziono. Wojtek zmarł w 1946 na gruźlicę, trzy dni po urodzinach swojej mamy. Tadeusz szedł do niego do szpitala sto kilometrów w srogą zimę. Zdążył.

Przyszły nowe czasy, lepsze z nazwy. Piekarni, tym razem przy Placu 1 Maja, nie odbudowano. Władysława zajęła się osieroconą po Lolku małą Lidką. Róża i Dela zostały w Lubrańcu. Jedyny ocalony z wojny syn osiadł we Włocławku. Olę rzuciło aż do Wrocławia. Każdy wszedł w dorosłość z tym samym, powstałym przed laty, portretem swojej mamy. Innego nie było. I zabrał też powagę matki, przypominającej dzieciom o prostej drodze, o tym, co jest ważne w życiu oraz to, kim, skąd i po co jesteśmy. Władysława Marciniak zmarła w Lubrańcu w 1959 roku.

Mam jej zdjęcie. W spojrzeniu prababki jest ponad sto lat dziejów rodziny. B. Sztejner nie kazał Władysławie uśmiechnąć się bez powodu. Była sobą. Nic nie zmąciło prawdy.

Odziedziczyłam też kawałek łańcucha prababki. Zakładam go rzadko, żeby podkreślić znaczenie świątecznych wydarzeń. Jest króciutki, bo fragment, który przypadł Babci Deli był jeszcze dzielony, ale swobodnie mogę nosić go wokół szyi. Dotykam ogniw łańcucha. Są mocno splecione.

Karolina Prewęcka

--------------------------

Opowieść "Najspokojniejsza siostra" zwyciężyła w konkursie "Historia jednej fotografii". Pani Karolinie Prewęckiej bardzo dziękujemy za podzielenie się z nami swoją rodzinną historią. Gratulujemy!

Pełna lista laureatów konkursu dostępna jest tutaj.




Artykuł pochodzi z kategorii: Historia jednej fotografii