600 polskich żołnierzy przez wiele godzin powstrzymywało blisko czterokrotnie liczniejsze wojska bolszewickie. Dzięki ich bohaterstwu i poświęceniu "do ostatniej kropli krwi", uratowano przed rozbiciem polską dywizję piechoty i ukraińską konnicę.

Zdjęcie

Dytiatyn, kaplica św. Teresy. Widok ogólny uroczystości przy kaplicy wzniesionej na mogile poległych w walkach 1920 r. /Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego
Dytiatyn, kaplica św. Teresy. Widok ogólny uroczystości przy kaplicy wzniesionej na mogile poległych w walkach 1920 r.
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Bitwę pod Dytiatynem (dziś zachodnia Ukraina) rozpoczął poranny (około godziny 9.00) atak batalionu kapitana Jana Gabrysia na obsadzone przez bolszewików wzgórze 385, znajdujące się na północny-wschodzie od miasteczka. Polacy szybko wyparli Rosjan z pozycji i zajęli strategiczny pagórek.

Na polski batalion ruszyły huraganowe ataki elitarnej dywizji "Czerwonych Kozaków", którą wspierała brygada piechoty (w sumie ponad 2200 bolszewików). Jeszcze do godziny 14.00 Polacy odparli cztery natarcia na wzgórze.

Reklama

Polacy, pomimo ogromnej przewagi Armii Czerwonej, dużych strat własnych i wyczerpania fizycznego, wreszcie braków w amunicji, nie poddawali się - nawet w sytuacji wdarcia się kozaków na tył polskich pozycji.

Około godziny 16.00 kapitan Gabryś podjął decyzję o wycofaniu się, gdyż dalsza obrona, zwłaszcza z powodu wyczerpania amunicji, nie miała sensu. W newralgicznym momencie wycofywania się pierwszej grupy Polaków, Sowieci natarli na wzgórze 385 i wdarli się do opuszczonych na lewym skrzydle okopów. Wyparł ich stamtąd kontratak sformowanej sytuacyjnie grupy uderzeniowej złożonej z artylerzystów. Kwadrans później Polacy znów musieli odpierać natarcie czerwonoarmistów.

Gdy zniszczone zostały wszystkie polskie cekaemy, zarządzono pełny odwrót. Na szczycie wzgórza pozostali kawalerzyści i pluton piechoty, którzy osłaniali obsługę baterii dział. Grupa żołnierzy dowodził kapitan Adam Zając.

Widząc ogromną przewagą liczebną i mając świadomość wyczerpanych zapasów amunicji polskich żołnierzy, kozacy podjechali na koniach na kilkadziesiąt kroków do okopów i nakłaniali kapitana Zająca do poddania się słowami: "Poliak, zdajsia! Nie ujdiosz!". W tym czasie polski dowódca obchodził pozycje i motywował żołnierzy, by "bronili się do ostatniej kropli krwi".

Polacy posłuchali kapitana Zająca i nie załamali się, chociaż w ostatnim etapie bitwy przyszło im się bronić jedynie za pomocą bagnetów i kolb karabinów. Choć walczyli do końca, nie mieli żadnych szans. Z dwustuosobowego batalionu 97 żołnierzy poległo, a 86 zostało rannych. Zginęła cała obsługa baterii. Kilkanaście minut po godzinie 17:00 bitwa była zakończona. Barbarzyńscy bolszewicy znęcali się nad rannymi Polakami, a następnie dobijali ich i bezcześcili  zwłoki.    

Poświęcenie żołnierzy pod Dytiatynem miało ogromne znaczenie strategiczne. Dzięki ich bohaterstwu, udało się utrzymać ofensywę na froncie w Małopolsce Wschodniej i uratować przed rozbiciem 8 Dywizję Piechoty oraz ukraińską dywizję kawalerii.

"W myśl rozkazu swego dowódcy 'bronić się do ostatniej kropli krwi', wytrwali wszyscy tak żołnierze, jak i oficerowie mężnie na swoich stanowiskach, poświęcając raczej swe życie niż działa i honor Żołnierza Polskiego. (...) Męstwo ich i nieustraszona odwaga niech zapalą w nas ten wielki ogień Miłości Ojczyzny, który oby prowadził wszystkich śladami takich bohaterów. Na dowód też uznania tego męstwa i poświęcenia przedstawiono baterję 4-ą 1-go pułku artylerii górskiej jako 'baterię śmierci' do Krzyża Virtuti Militari" - napisał w rozkazie pułkownik Stanisław Burhardt-Bukacki, dowódca ocalonej 8 Dywizji Piechoty.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kartka z kalendarza