14 osób poniosło śmierć, a 24 zostało rannych – to bilans jednej z najtragiczniejszych katastrof kolejowych w historii Polski.

Zdjęcie

Zniszczeniu uległy dwa wagony towarowe i jeden osobowy (zdjęcie ilustracyjne) /Przemek Graf /Reporter
Zniszczeniu uległy dwa wagony towarowe i jeden osobowy (zdjęcie ilustracyjne)
/Przemek Graf /Reporter

Do katastrofy doszło pod Radkowicami pod Kielcami około godziny 2:42 w nocy 27 sierpnia 1973 roku. Pociąg relacji Zakopane - Warszawa Wschodnia, z prędkością 90 km/h, najechał na dwadzieścia wagonów składu towarowego, które oderwały się od pociągu jadącego z Jaworzna-Szczakowej w stronę Skarżyska-Kamiennej. Zniszczeniu uległy dwa wagony towarowe i jeden osobowy.

Jak zeznawał Zygmunt Kukieła, pomocnik maszynisty z lokomotywy ciągnącej pociąg osobowy, "nagle zauważył przed nami na naszym torze wagony towarowe, nieoświetlone". "Wagony te zauważyłem mniej więcej 150 m przed czołem naszego elektrowozu" - powiedział. Kukieła w ostatniej chwili uciekł do korytarza maszynowego, gdzie w wyniku zderzenia stracił przytomność. Przeżył również maszynista Walenty Haduch.

Reklama

Niestety, w wyniku zderzenia śmierć poniosło 14 osób, w tym 13-letnia dziewczyna i 17-letni chłopak.

Po zderzeniu trzeźwością umysłu popisał się konduktor Władysław Bareja. Pobiegł 300 metrów wzdłuż torów, gdzie przy pomocy sygnałów świetlnych i spłonek alarmowych zatrzymał nadjeżdżający pociąg osobowy. Dzięki temu nie doszło do jeszcze większej tragedii.

Jak ustaliła prokuratora, rozczepienie składu towarowego było wynikiem "zmęczeniowego pęknięcia sprzęgu".

Wciąż jednak do rozstrzygnięcia pozostawała kwestia braku oświetlenia składu - była tam tylko jedna nieświecąca latarnia sygnałowa. Choć załoga elektrowozu została o tym poinformowana przez kolejarzy w Sędziszowie, to nie zareagowała.

Gdyby oświetlenie było sprawne, do tragedii by nie doszło. Sygnały świetlne są bowiem widoczne z odległości 500 metrów, a to wystarczało do wyhamowania składu osobowego.

To jednak nie jedyne okoliczności sprawy. Prokuratura ustaliła, że załoga towarowego zignorowała fakt urwania sprzęgu, i braku aż 20 wagonów. Dodatkowo dróżnik z pobliskiej Wolicy nie obserwował całego pociągu towarowego, co było niezgodne z procedurami. Jak zeznał, "zdrzemnął się stojąc".

Winni po zaskakująco błyskawicznym procesie zostali skazani na kary więzienia od 12 do 7 lat więzienia. Po złożeniu rewizji wyroki zmniejszono od 8 do 2,5 roku więzienia.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kartka z kalendarza

Więcej na temat:katastrofa kolejowa