Ambasada Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w Bernie została zajęta przez uzbrojonych napastników z bliżej nieznanej Patriotycznej Armii Krajowej.

Zdjęcie

Berno (fot. Picsel 123RF) /INTERIA.PL
Berno (fot. Picsel 123RF)
/INTERIA.PL

6 września do peerelowskiej ambasady w Bernie wtargnęło czterech uzbrojonych mężczyzn, którzy sterroryzowali personel i zagrozili wysadzeniem budynku. Zamachowcy z nieznanej nikomu Patriotycznej Armii Krajowej zażądali zniesienia stanu wojennego w Polsce, a później również i okupu oraz umożliwienia ucieczki do Albanii albo Chin.

Służby wywiadowcze ludowej Polski szybko zidentyfikowały przywódcę terrorystów. Okazał się nim być Florian Kruszyk, były żołnierz podejrzany o przestępstwa, któremu pomagała trzech emigrantów zarobkowych. Przygotowano również akcję odbicia zakładników, jednak władze szwajcarskie - ponoć pod naciskiem Stanów Zjednoczonych - nie pozwoliły peerelowskim antyterrorystom na przylot do Berna.

Reklama

Ostatecznie do akcji wkroczyły szwajcarskie służby specjalne, które sprawnie opanowały ambasadę PRL i odbiły zakładników. Odbył się proces, w wyniku którego terroryści zostali skazani przez szwajcarski sąd na wyroki od dwóch i pół roku do sześciu lat więzienia. Peerelowskie wnioski o ekstradycję stanowczo odrzucono

Tymczasem propaganda w ludowej Polsce zarzuciła zamachowcom powiązanie z bliżej niesprecyzowanymi środowiskami "radykalnymi" w łonie NSZZ "Solidarność". Sugerowano też, że opozycja może chcieć przeprowadzić ataki terrorystyczne na terenie Polski. "Solidarność", która nie miała nic wspólnego za akcją Patriotycznej Armii Krajowej, stanowczo odcięła się od zamachowców.

Artykuł pochodzi z kategorii: Kartka z kalendarza

Więcej na temat:ambasada | Berno